Przymiarki do identyfikacji
Sobota, 19 października 2013 (02:00)Z dr. Leonem Popkiem z Instytutu Pamięci Narodowej rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jaki wpływ na Pana zainteresowania badawcze ma fakt, że na Wołyniu oddziały UPA wymordowały Pana rodzinę?
– Część rodziny ze strony mamy zginęła 30 sierpnia 1943 r. w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, gdzie w sumie śmierć poniosło co najmniej 1050 osób, tyle mamy bowiem imion i nazwisk. Tego samego dnia, można powiedzieć, że prawie w tych samych godzinach, ok. 100 km dalej w Starym Gaju straciłem dziadka Mikołaja Popka ze strony ojca i cztery moje ciocie, jego córki. Po latach mogę dopełnić obowiązku, który na mnie spoczywał jako na wnuku – odnalezienia i po katolicku pochowania ich szczątków.
W jakim wieku byli Pana bliscy?
– Stary Gaj był młodą, rozwojową wsią. Mój dziadek Mikołaj miał 52 lata, ciocie: Kazimiera 18 lat, Marianna – 20, Zofia – 21, Helena – 22 lata. Ta ostatnia była mężatką, miała synka Antosia, który również został zamordowany, miał zaledwie 9 miesięcy. W Starym Gaju zginęły głównie kobiety i dzieci, mężczyzn było stosunkowo mało, a osób starszych zaledwie kilka. Mam do tej pory ustalonych około 200 nazwisk osób, które tam zostały zamordowane. Jest jednak pewien problem. W przypadku Ostrówek i Woli Ostrowieckiej zachował się spis nazwisk, który wykonał tuż po mordzie ksiądz dziekan Stefan Jas- trzębski z Lubomla, od razu więc dysponowałem ponad 800 nazwiskami. Ponadto sam przez ponad 30 lat odnajdywałem świadków i zbierałem relacje, weryfikując pewne informacje. W przypadku mieszkańców Starego i Nowego Gaju, którzy pochodzili głównie z okolic Radomia, ci, którzy ocaleli, rozjechali się po całej Polsce. Miałem kontakt zaledwie z kilkoma rodzinami, które pochodziły ze Starego Gaju, a zamieszkały później w okolicach Chełma w Rudzie-Hucie czy Rejowcu. Były to rodziny Fersztów, Zagożdżonów, Majewskich, Popków, Zielińskich, Gregułów.
Zna Pan ich relacje, co zapamiętali z sierpnia 1943 roku?
– Opowiadają, że scenariusz mordowania był podobny do tego z Woli Ostrowieckiej. 30 sierpnia 1943 r. o świcie w poniedziałek banderowcy podstępnie spędzili wszystkich mieszkańców na zebranie do szkoły w Starym Gaju. Ludzie podejrzewali, że coś złego się dzieje, więc chronili się, uciekali. Później ich zamordowano. Cały czas staraliśmy się o upamiętnienie w jakiś sposób tego miejsca lub o ekshumację. W 2001 r. wydawało się, że już jesteśmy blisko finalizacji naszego zamiaru. Pod kierunkiem prof. Andrzeja Koli udało się nawet przeprowadzić wtedy badania sondażowe i myśleliśmy, że zostanie przeprowadzona ekshumacja.
Dlaczego do niej nie doszło?
– Brak decyzji i zgody władz ukraińskich spowodował, że prace tam rozpoczęte odłożono na wiele lat, aż do tego roku. W końcu udało się, bo pomogła tu pewna konsekwencja strony polskiej – głównie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i konsulatu polskiego w Łucku, którzy cały czas zainteresowani byli kontynuacją prac. Od kilkunastu lat zabiegaliśmy u władz ukraińskich i polskich o to, żeby ta ekshumacja się odbyła. Były różne plany, projekty, rozważano nawet postawienie w tamtym miejscu pomnika, ale ze względów czysto logistycznych (trudny dojazd, potrzeba poprowadzenia drogi oraz wycięcia drzew i krzaków) odstąpiliśmy od tego. Stwierdziliśmy, że bardziej sensowne będzie przeprowadzenie ekshumacji i wydobycie szczątków Polaków z dołu, w którym zakopywano śmieci, a obok padłe zwierzęta.
Ukraińcy specjalnie chcieli zatrzeć ślady tej mogiły?
– Można tak stwierdzić, zaznaczając, że nie robili tego wszyscy okoliczni mieszkańcy, a tylko niektórzy. Obok były gotowe doły, chociażby po wybranych fundamentach szkoły, i tam można było wrzucić śmieci. Jeżeli ktoś zadał sobie trud, żeby wykopać śmietnik w mogile – gdzie ponadto stał krzyż, bo miejsce było upamiętnione, a ruch szpadlem ukazywał kości ludzkie – to na pewno było to działanie celowe. Trudno jest mi uwierzyć w to, że wykopując szczątki ludzkie, ktoś nie miał świadomości, że spoczywają tam jakieś osoby. Zresztą od dawna okoliczni mieszkańcy doskonale wiedzieli, że jest tam zbiorowa mogiła Polaków. Dowiedziałem się nawet, że prawosławny duchowny ojciec Piotr z pobliskiej Kaszówki wraz ze swoimi parafianami odprawiał tam nabożeństwa.
Gdyby nie ten wykop śmietnikowy, który naruszył grób, można by znaleźć więcej osób?
– Tam spoczywało co najmniej 80 osób. W trakcie ekshumacji miejscowi Ukraińcy pokazali nam jednak drugie miejsce pochówku, tzw. polskie mohiłki, jak nazywają polski cmentarzyk w lesie. W linii prostej około kilometra od tej zbiorowej mogiły widać wyraźne kopczyki mogił. Są ich dziesiątki. Porastają je gęsty las i krzaki. Na nasze pytanie, czyje są to groby – mówią, że Polaków z Gaju z 1943 roku. Wszystko wskazuje na to, że jest to niewielki cmentarzyk legionowy z 1916 r., na którym spoczywają Polacy, bo w relacjach jest taka informacja. W latach 30. XX wieku pochowano tam kilka osób, głównie dzieci zmarłe bez chrztu. Z relacji ludzi wiemy, że po wymordowaniu Starego i Nowego Gaju dużo ludzi leżało zabitych na łąkach i polach. Mój dziadek też zginął gdzieś na polu, a ciocie na łąkach, bo tam widziano ich ciała.
Pochowano ich na terenie tego cmentarzyka?
– Wszystko na to wskazuje. Ciała tych osób na początku września 1943 r. zostały przewiezione (czy dobrowolnie?) przez mieszkańców okolicznych wsi, głównie Kaszówki i Arsenowicz, najprawdopodobniej na ten właśnie cmentarzyk legionowy i tam je zakopano. Nie wieziono ich na cmentarz parafialny w Sokólu, bo ten był oddalony o kilkanaście kilometrów. Miejscowi mówią, że to jest „polski cmentarz mieszkańców Gaju, którzy zginęli w czasie wojny”. Twierdzą, że tu ich ciała zwożono i zakopywano. W latach 60., kiedy sadzono las, nakazano mieszkańcom całkowicie zaorać ten cmentarzyk. Traktorzysta nie wykonał jednak polecenia, dzięki temu cmentarz ocalał. I rzeczywiście są nasadzenia obok, a ten teren cmentarza jest wyodrębniony, przez to w jakiś sposób chroniony. W przyszłym roku chcemy ten cmentarzyk oczyścić, uporządkować i ogrodzić. Na razie zamówiliśmy dębowy krzyż, który obiecał poświęcić ks. Piotr Nazarenko z Kaszówki. W Starym i Nowym Gaju mogło w sumie zginąć około 600 osób, ale dane, którymi dysponujemy, trzeba jeszcze zweryfikować. Wydaje się bowiem, że mogło w tych wsiach zginąć trochę mniej osób. Mimo iż żywi świadkowie tamtych wydarzeń już odchodzą, udało nam się dowiedzieć nowych rzeczy.
Jakie to informacje?
– Od niedawna wiemy np., że roczna dziewczynka Haneczka, która ocalała ze Starego Gaju, była wychowywana przez rodzinę ukraińską w Kaszówce. Po latach być może odnajdzie swoją polską rodzinę, będzie na pogrzebie ekshumowanych przez nas szczątków. Dowiedzieliśmy się także, że inna pięcioosobowa polska rodzina również była przechowywana w Kaszówce, że wielu Polakom udzielono pomocy. Sam z przekazów rodzinnych wiem, że rodzina Ukraińca Iwana Potockiego przechowywała moją babcię Franciszkę, która uciekła ze Starego Gaju. Ukrywała się u nich na strychu obory. Nazywam ich sprawiedliwymi Ukraińcami. Wielu z nich Polacy zawdzięczają życie, pomagali im, choć narażali życie własne i swoich rodzin.
W jaki sposób Ukraińcy traktują polską ekipę, która pracuje przy eksploracji mogił, jaki mają stosunek do tych prac?
– Jestem pełen uznania dla archeologów ukraińskich, którzy wraz z polską ekipą sumiennie i uczciwie pracowali w czasie ekshumacji szczątków w Starym Gaju. Widzimy dużą wrażliwość i szacunek pani wójt Sokóla, dyrektor szkoły Antoniny Poliszczuk w Kaszówce i księdza Piotra Nazarenki z cerkwi prawosławnej. Miejscowi Ukraińcy sami przychodzili do nas, życzliwie rozmawiali, częstowali nas jedzeniem, owocami. Pytali o różne kwestie związane z ekshumacją, o byłych mieszkańców Gaju, interesują się nimi. W trakcie prac przychodzili i modlili się nad mogiłą, wyrażając swój żal i współczucie. Od nich właśnie dowiedzieliśmy się, że tutejsi mieszkańcy przechowywali Polaków, mieszkańców Starego Gaju. Pewna miejscowa nauczycielka prosiła nas wręcz, żebyśmy jej coś więcej powiedzieli na temat ekshumacji i Polaków tu mieszkających, bo chce o tym opowiedzieć dzieciom w szkole. To buduje i daje nadzieję na przyszłość, bo zdajemy sobie sprawę, że podobnych miejsc, które czekają na upamiętnienie, są setki.
Na przykład Sucha Łoza?
– Tak. Ale tamtejsza mogiła wymaga jeszcze dokładnego zlokalizowania. Wiemy mniej więcej, gdzie jest, ale do przebadania jest obszar rzędu 50 na 50 metrów. Wymaga to czasu, sprzętu, ludzi i przede wszystkim zgody na poszukiwania, badania, a potem ekshumacje. Pogrzeb na dawnym cmentarzu parafialnym w Sokólu (Gaj należał do parafii Sokól), który odbędzie się 19 października o godz. 12.00 czasu ukraińskiego, będzie jednak dla mnie pochówkiem symbolicznym. Grzebiąc szczątki tych osiemdziesięciu osób, pochowamy niejako wszystkich tych, którzy wówczas zginęli. Dziś na tym cmentarzu, który zajmowany jest pod prawosławne pochówki ukraińskie, znajduje się jeszcze kilkanaście nagrobków polskich. Ukraińcy ich nie niszczą, tu bowiem są pochowane rodziny tych, którzy zginęli. Miejscowe władze życzliwie stwierdziły, że ekshumowane szczątki możemy pochować w miejscu, które wybierzemy, bo to jest nasz dawny cmentarz parafialny. Na razie zamówiliśmy drewniany krzyż i ogrodzenie, ale mam nadzieję, że z czasem, dzięki Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, stanie tam odpowiedni pomnik. W międzyczasie zbierzemy i uzupełnimy jeszcze nazwiska osób zamordowanych, które się na nim znajdą.
Przymierzają się Państwo do identyfikacji genetycznej ofiar?
– Tak, zastanawialiśmy się, czy taką procedurę rozpocząć, ale jest to bardzo droga rzecz. Sam miałem dylemat w stosunku do swojej rodziny, rozważałem, czy tam leży mój dziadek i moje ciocie, czy nie. Na razie zastanawiamy się nad przeprowadzeniem ewentualnych prac badawczych na cmentarzyku legionowym. Zobaczymy, co nam się ukaże po oczyszczeniu terenu cmentarza. Skoro miejscowi Ukraińcy mówią, że grzebali tam dziesiątki Polaków po 30 sierpnia 1943 r., to możliwe, że natrafimy na jakieś zbiorowe mogiły.