Iracka pułapka śmierci
Czwartek, 17 października 2013 (10:03)Wojna w Iraku, w okresie od 2003 do 2011 r. kosztowała życie prawie pół miliona cywilów. Są to ofiary przemocy bezpośredniej, jak i pośredniej. Przynajmniej tak wynika z badań instytutu PLOS Medicine, którego autorami są Amerykanie, Kanadyjczycy i Irakijczycy. Dane wskazują, że dotychczasowe szacunki rządowej strony irackiej głoszące liczbę 115 tys. zabitych są nieaktualne.
Raport opiera się na bazie danych zaczerpniętych ze szpitali, mediów, organizacji pozarządowych, źródeł rządowych oraz na badaniach ankietowych. Zespół amerykańsko-kanadyjskich naukowców we współpracy z irackim ministerstwem zdrowia przedstawił studium, w którym mowa nie tylko o zamordowanych w atakach bezpośrednich, tj. w wyniku działań wojennych czy terrorystycznych, ale także o ofiarach zmarłych w związku z następstwami wojny, jak choroby, wysiedlenia czy zły stan egzystencjalny.
Opublikowany raport przez PLOS Medicine opiera się, jak wspomniałem, także na szacunkach badań przeprowadzonych wśród mieszkańców dwóch tysięcy gospodarstw domowych rozrzuconych po dwudziestu regionach kraju. Respondenci byli pytani o okoliczności zgonów znanych im ludzi, z rodziny, sąsiedztwa. Na podstawie ich wypowiedzi oszacowano, że od marca 2003 r. do połowy 2011 r. zginęło 461 tys. Irakijczyków.
70 proc. zgonów spowodowanych było przez walki, ataki, morderstwa (głównie z broni maszynowej, na drugim miejscu przez samobójcze zamachy lub wybuchy bomb), zaś 30 proc. było konsekwencją czynników pośrednich wynikających z konfliktu. 35 proc. przypadków odnosiło się do źródła, jakim były działania wojenne przeprowadzane przez siły koalicji, natomiast 32 proc. do akcji terrorystycznych zrealizowanych przez islamskie milicje.
Te wyniki należy traktować bardzo ostrożnie. Na pewno badanie jest bardzo ciekawe i nowatorskie, dotyczy też niezwykle ważnego przedmiotu badawczego. Jednak pojawia się uzasadniona wątpliwość. A nawet dwie. Po pierwsze, odpytywanie ludzi o znane im przypadki zgonów, przypisywanie tym zgonom okoliczności, w wyniku których do nich doszło, nawet jeśli sondowanie odbywało się w różnych miejscach kraju, może być przecież oceną subiektywną respondentów.
Po drugie, respondentami byli mieszkańcy Iraku, a to oznacza, że w badaniu nie wzięli udziału chrześcijanie. Nie zdołano ich zapytać o tragiczne doświadczenia. Dlaczego? Ponieważ już ich tu nie ma.
A przecież trzeba myśleć przede wszystkim o ofiarach po stronie chrześcijańskiej (raport nie wspomina słowem o wyznawcach Chrystusa), tej mniejszości, która ucierpiała najbardziej w wojnie. Dwunastu naukowców, autorów badania powinno wiedzieć, że kwestia chrześcijan w Iraku przestała właściwie istnieć. Z ponad milionowej populacji w kraju zostało mniej niż 300 tys. wyznawców Chrystusa, żyjących głównie na północy Babilonii, w Kurdystanie.
Można zatem przypuszczać, że ta brutalna wojna religijna pochłonęła więcej istnień ludzkich, niż podają wyniki badań wspomnianego instytutu. Jeszcze więcej osób zostało rannych, okaleczonych, bezpowrotnie zniszczonych i trawionych przez traumę wojenną. Szczególnie osobistą tragedię przeżywają dzieci wojny, sieroty, zgwałcone dziewczynki.
Z kolei wysiedleni ze swoich domów chrześcijańscy uchodźcy (i nie tylko chrześcijańscy) ruszyli potężną falą do Syrii, Jordanii, Libanu, Turcji oraz na Zachód. Ci, którzy przybyli do Syrii, kraju wówczas względnie otwartego i tolerancyjnego dla chrześcijan, gdzie spróbowali zacząć nowe życie, od 2,5 lat zmagają się z kolejnym krwawym konfliktem i przeżywają te same doświadczenia.
Może badacze z zespołu amerykańsko-kanadyjsko-irackiego powinni dotrzeć przede wszystkim do nich?
Dr Tomasz M. Korczyński