Władza nie pozwala wierzyć w Boga
Środa, 16 października 2013 (10:28)Z piekła na ziemi - Korei Północnej bardzo rzadko przedostają się wiadomości o sytuacji chrześcijan, którzy są oficjalnie skazani przez reżim totalitarny na śmierć.
Historia Amerykanina koreańskiego pochodzenia Kennetha Bae jest nieco inna niż te, które dotykają chrześcijan pochodzenia wyłącznie koreańskiego.
Kenneth Bae, przewodnik turystyczny, został aresztowany w listopadzie ubiegłego roku i skazany przez północnokoreańską dyktaturę na 15 lat obozu pracy za „wrogie działania przeciwko rządowi”. Tymi wrogimi działaniami było zachęcanie do modlitwy o zjednoczenie Korei Północnej i Południowej. Bae przebywa w obozie od 11 miesięcy.
Aktualnie Kenneth Bae nie jest w najlepszej kondycji zdrowotnej, cierpi na cukrzycę, ma problemy z sercem, zaburzenia czynności wątroby i ból kręgosłupa, a zatem zaniepokojone władze przeniosły go do więziennego szpitala. Warunki, w których przebywa, nie są złe. Ostatnio reżim zezwolił mu także na odwiedziny matki, pani Myunghee Bee w celi szpitalnej. Wizyta trwała 90 minut, była bardzo poruszająca, ale nie oznacza złagodzenia wyroku Amerykanina.
Niewątpliwie ten stan rzeczy nie jest komfortowy dla Bae. Nie wolno jednak zapominać, że propaganda komunistyczna, która gra losem obywatela USA, ma na celu po pierwsze, ukazanie potęgi Północy, po drugie, sprawianie wrażenia, że jest ona od Stanów Zjednoczonych niezależna, po trzecie, jej pokazowa nieustępliwość ma skłonić Zachód do dalszych ustępstw, przede wszystkim finansowych i politycznych. Prawdopodobnie Bae wyjdzie z tej katorgi cało, bo reżimowi nie opłaca się przegrać tej rozgrywki.
Niestety los chrześcijan z Korei Północnej (bez paszportu amerykańskiego) jest zdecydowanie inny niż obywatela Bae. W totalitarnym kraju nie istnieje nie tylko wolnośc religijna, ale przede wszystkim wolność sumienia. Władza nie pozwala swoim obywatelom wierzyć w Boga, wdziera się swoim bezprawiem w najintymniejszy obszar ludzkiej wolności. Za posiadanie różańca, krzyżyka czy Pisma Świętego trafia się do obozu zagłady. Jest ich ok. 30 w całym kraju. Stanowią tajemnicę poliszynela, która jest dostrzegalna na Google Earth.
Nie muszę dodawać, że na odwiedziny krewnych skazańcy nie mogą liczyć, ponieważ zazwyczaj są razem z tymi, którzy dopuścili się „zbrodni” wiary w Jezusa. W Korei Północnej obowiązuje zbiorowa odpowiedzialność. Jeśli ktoś zostanie przyłapany na „przestępstwie” modlitwy, na czytaniu Biblii, on i jego rodzina trafiają do obozu koncentracyjnego. Stamtąd się nie wychodzi żywym.
Według sprawdzonych danych międzynarodowego dzieła chrześcijańskiego Open Doors, w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, która od jedenastu lat otwiera Światowy Indeks Prześladowań, aż 50 tys. wierzących uwięzionych jest w okrytych złą sławą północnokoreańskich karnych obozach pracy (kwan-li-so). Według ostatnich doniesień na temat pracy systemów obozowych, szacunki dla wszystkich więźniów politycznych, w tym chrześcijan, wynoszą od 150 do 200 tys. osób, to oznacza, że co czwarty więzień to chrześcijanin.
Bezkarność komunistów i bezradność władz Polski niech odzwierciedli fakt, że na terenie naszego kraju, który uznawany jest za demokratyczny, znajduje się ambasada Korei Północnej, czyli de facto placówka dyplomatyczna reżimu antydemokratycznego i totalitarnego. Na wezwanie sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych w lutym br., w którym miałem okazję uczestniczyć, ambasador Korei Północnej Kim Pyong II nie odpowiedział. Nie zjawił się też pomimo wysłanego dużo wcześniej zaproszenia przez Grzegorza Schetynę, przewodniczącego tej komisji. Zastanawiam się zatem, w jakim celu placówka reżimu funkcjonuje na terenie Warszawy?
Warto także przypomnieć skandal, jaki był udziałem wiceminister transportu w rządzie Donalda Tuska, pani Anny Wypych-Namiotko, która pojawiła się na uroczystym bankiecie wyprawionym przez ambasadę Korei Północnej z okazji 100. rocznicy urodzin Kim Ir Sena. Wygląda na to, że polskie władze na wezwanie komunistów żywo odpowiadają.
Dr Tomasz M. Korczyński