Strach przed głosem obywateli
Wtorek, 15 października 2013 (02:23)„Siedź cicho i nam nie przeszkadzaj, nie wtrącaj się, przecież nic nadzwyczajnego się nie dzieje” – sprowadzająca się do tego typu konkluzji propaganda zwolenników partii rządzącej od miesięcy towarzyszyła kampanii referendalnej w sprawie odwołania ze stanowiska prezydent Warszawy, wiceprzewodniczącej Platformy Obywatelskiej Hanny Gronkiewicz-Waltz
Niezależnie od wyniku wczorajszego referendum, stopnia zmobilizowania mieszkańców Warszawy czy też ich zdemobilizowania do zabrania głosu już przegrała, swoją antyobywatelską postawą, partia Donalda Tuska.
Przegrane przez partię rządzącą wybory uzupełniające do Senatu w Rybniku, podobnie na Podkarpaciu, czy tak samo zakończone niepowodzeniem przedterminowe wybory prezydenta Elbląga, które poprzedziło odwołanie prezydenta tego miasta z Platformy Obywatelskiej, wyraźnie podziałały na wyobraźnię rządzących naszym krajem.
Szczególnie że premier Donald Tusk osobiście zaangażował się zarówno w podkarpacką, jak i elbląską kampanię, a prezydent Bronisław Komorowski, cieszący się podobno – na co wskazują sondaże – największym w społeczeństwie zaufaniem spośród polityków, przed uzupełniającymi wyborami do Senatu na Podkarpaciu „przypadkiem” przejeżdżał przez tamtą okolicę i korzystając z okazji, przemówił do mieszkańców. Jeśli jednak wyborcy nie chcą głosować tak, jak chcą rządzący, to lepiej niech nie głosują w ogóle.
Strategia zniechęcania
Taki koncept zaczął przyświecać partii rządzącej, gdy okazało się, iż następną osobą z obozu Platformy Obywatelskiej, po którą pójdą wyborcy, jest prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Strategia zniechęcania mieszkańców Warszawy do udziału w ocenie działalności prezydent stolicy skalkulowana była na nieosiągnięcie odpowiedniej frekwencji, aby wyniki referendum uznano za wiążące.
Powodzenie tej strategii pozwoliło premierowi Tuskowi zachować przynajmniej warszawski przyczółek z nadzieją – w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych i stosunkowo słabych wyników Platformy w sondażach – że nie przegra następnych wyborów. Bo to wcale nie efekt rządów Donalda Tuska w Polsce doprowadził do referendum w sprawie odwołania ze stanowiska prezydent Warszawy, wiceszefowej Platformy. To działalność wiceprzewodniczącej Platformy w Warszawie raczącej mieszkańców stolicy choćby gigantycznymi podwyżkami opłat za użytkowanie wieczyste, kolejnymi podwyżkami cen biletów komunikacji miejskiej, niedotrzymywaniem składanych podczas kampanii wyborczych obietnic czy przeciągającymi się ponad plan inwestycjami paraliżującymi miasto może zaszkodzić Tuskowi, gdy za dwa lata, w godzinie wyborów parlamentarnych, wyborcy pójdą tym razem nie po Gronkiewicz-Waltz, ale po samego Tuska.
Do akcji wykorzystania zbyt małego zainteresowania Polaków braniem udziału w jakichkolwiek wyborach Platforma rzuciła największe siły. To, że nie weźmie udziału w referendum lokalnym, ogłosił na antenie telewizji publicznej prezydent Bronisław Komorowski. Premier Donald Tusk referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy nazywał m.in. „polityczną hucpą”. – W tym przypadku nie mamy do czynienia z żadnym dramatycznym zdarzeniem (…). Jeśli warszawiacy uznają, że potrzeba zmiany, to za kilkanaście miesięcy dokonają wyboru prezydenta – mówił pod koniec sierpnia szef rządu. Próbując wpłynąć na zbagatelizowanie referendum przez mieszkańców Warszawy, Tusk przekonywał: „Nie mam żadnej wątpliwości, że intencją jest taka nie najczystsza polityka, a nie chęć ratowania Warszawy przed jakimś kataklizmem”.
Do niebrania udziału w referendum zachęcali mieszkańców Warszawy również celebryci. W jednym z głównych wydań telewizyjnych serwisów informacyjnych usłyszeliśmy nawet, że 13 października zostanie w domu i nie weźmie udziału w referendum Lech Wałęsa. Czy faktycznie były prezydent jest uprawniony do wzięcia udziału w lokalnym referendum w Warszawie? Jednocześnie propaganda rządzących głosiła: „referendum to zbędny wydatek pieniędzy”, „i tak nam nic nie zrobicie, bo mianujemy w Warszawie komisarza, który będzie rządził przez rok, do planowych wyborów samorządowych”.
Na bezcelowość referendum miały wskazywać także wyniki sondaży przekonujące, iż gdyby przeprowadzono wybory w Warszawie, to kolejny raz wygrałaby Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jednocześnie referendum nie zostało uznane przez władze Warszawy za na tyle istotne, by informację o nim opublikować na pierwszej stronie serwisu internetowego miasta, lecz ukryto ją gdzieś w zakamarkach strony internetowej.
Cichy sojusznik
Swoją rolę w antyreferendalnej kampanii odegrały także sprzyjające władzy media. Niejednokrotnie w stylizowanych na obiektywne materiałach można było usłyszeć dezawuujące referendum stwierdzenia, że zwolennicy odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz zarzucają prezydent Warszawy błędy w komunikacji, czyli że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie poświęcała czasu, by pochwalić się, jak wiele dobrego w ciągu już swojej drugiej kadencji dla mieszkańców Warszawy robi.
Rzeczywiście w programach telewizyjnych wkrótce zobaczyliśmy więcej Hanny Gronkiewicz-Waltz – jak jeździ miejskim rowerem, jak wczesnym rankiem częstuje warszawiaków w metrze kawą czy podczas powitania nowego, nowoczesnego pociągu metra. W obronie prezydent Warszawy niektórzy wręcz puszczali wodze fantazji.
W ostatnim dniu przed ciszą wyborczą w głównym wydaniu wiadomości jednej z telewizji usłyszeliśmy np., iż Hanna Gronkiewicz-Waltz obniżyła mieszkańcom opłatę za odbiór śmieci – choć nie podano informacji, iż „obniżka” polegała na tym, że podwyżka była mniejsza, niż prezydent Warszawy wcześniej projektowała, oraz że obniżyła ceny biletów komunikacji miejskiej. Do tej pory rzekomo tańszych biletów w stolicy jednak nie widziano. Od 2014 roku zapowiadana jest zmiana cen, lecz bilety miałyby zdrożeć.
Na już skrajną desperację Hanny Gronkiewicz-Waltz i strach przed oceną dokonaną przez mieszkańców Warszawy wskazywał także rozpaczliwy apel kierowany do najzagorzalszych zwolenników Platformy. W opublikowanym w ubiegłym tygodniu na stronie internetowej Platformy Obywatelskiej i na łamach „Gazety Wyborczej” liście wzywającym do nieuczestniczenia w referendum sugerowała wręcz, iż to lider partii opozycyjnej chce jej zrobić jakąś osobistą krzywdę: „Jeśli chcecie mi pomóc, zostańcie w domu, a swój głos oddajcie za rok. Wtedy będą prawdziwe wybory. Wtedy Wasz głos będzie mi naprawdę potrzebny. Dziś jedyny, kto się ucieszy z Waszego udziału w referendum, będzie Jarosław Kaczyński. Nie bez przyczyny namawia moich zwolenników, żeby wzięli w nim udział. Pamiętajcie, jeśli Jarosław Kaczyński Was do czegoś namawia, to na pewno nie jest to dobre dla mnie” – pisała Gronkiewicz-Waltz.
Sama wizja referendum w sprawie odwołania prezydent z PO, i to w mieście, w którym Platforma mogła do tej pory liczyć na zdecydowanie lepszy wynik niż polityczna konkurencja, pokazała, jak wielki strach przed poddaniem się ocenie wyborców zajrzał w oczy ekipie rządzącej w naszym kraju.
Do wyborczych zwycięstw – nie tylko w stolicy – wystarczyło do tej pory naopowiadanie bajek podczas wyborczych kampanii i rzucanie obietnic bez pokrycia. Po wyborach przekaz, jaki z zachowania rządzących mógł odczytać wyborca, brzmiał: „siedź cicho i nam nie przeszkadzaj, nie wtrącaj się, i tak zrobimy, co będziemy chcieli – podwyższymy ci wiek emerytalny, co rok uraczymy cię wyższymi podatkami, opłatami, a ty co najwyżej bij brawo, jak ogłosimy, że mamy sukces”.
Strach przed faktycznym rozliczeniem sprawił, że za najlepszą taktykę uznano zniechęcanie wyborców do zabrania głosu i przekonywanie, że wybory niczego nie zmienią i nie mają żadnego sensu. Może właśnie o to chodzi, by za dwa lata, gdy wszyscy Polacy będą rozliczać ekipę PO – PSL, głosowali jedynie ci zainteresowani utrzymaniem władzy wraz z grupą ekonomicznie zależną od decyzji rządzących – zatrudnionych bądź obdarzanych kontraktami rządowymi – a reszta „niech się lepiej nie wtrąca”.
Artur Kowalski