• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Spóźniona kampania

Poniedziałek, 14 października 2013 (02:11)

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, rozmawia Paulina Gajkowska

Jak ocenia Pan przebieg kampanii referendalnej w Warszawie?

– Byłbym ostrożny z używaniem słowa kampania. Po pierwsze, kampanii w sensie ścisłym właściwie nie było. Biorąc pod uwagę klasyczną strategię marketingową, czyli budowanie przekazu do odpowiedniego segmentu wyborców, w tym przypadku coś takiego w ogóle nie zaistniało. Kampania była prawie w ogóle niewidoczna. Z jednej strony oczywiście mieliśmy do czynienia z celowym działaniem, czy raczej brakiem działań ratusza, chociażby niewywiązywaniem się z obowiązku udzielania podstawowych informacji na temat referendum, takich jak np. gdzie są punkty wyborcze. To oczywiście jest w interesie obecnie rządzącej partii, aby zaniżać frekwencję. Z drugiej strony eventy zachęcające, plakaty czy spoty pojawiły się właściwie na pięć minut przed samym referendum.

Uważa Pan, że kampania proreferendalna była spóźniona? Opozycja powinna wcześniej sformułować swój przekaz?

– I spóźniona, i prawie niezauważalna. Zasadniczo zachęcanie do wzięcia udziału w referendum powinno zacząć się dużo wcześniej, ponieważ trudniej jest przekonać do aktywności niż do bierności. Platforma miała w pewnym stopniu ułatwione zadanie. Nie sądzę, aby frekwencja zależała od jakichkolwiek działań marketingowych. Aby zachęcić do pójścia na głosowanie, trzeba zbudować w społeczeństwie pewną postawę obywatelską, a nie sposób tego dokonać w kilka dni. Jestem przekonany, że ogromna część zdecydowanych na pójście na referendum to grupa ludzi już dawno ugruntowanych w swoim zdaniu i krytycznej ocenie rządów obecnej prezydent Warszawy. Kampania zachęcająca nie była najlepiej przygotowana. Koalicja przeciwników Hanny Gronkiewicz-Waltz spóźniła się ze swoimi działaniami.

 

Czy elektorat niezadowolony z rządów Platformy w stolicy, ale niestanowiący targetu opozycji, mógł ostatecznie ulec presji, jaką wytworzyła ta partia?

– Trudno powiedzieć, ale sądzę, że łatwiej zniechęcić, zwłaszcza mając poparcie głównych mediów i znanych osób wyrażających swój sprzeciw wobec obywatelskiego aktu. Poza tym od wielu lat sondaże prowadzone przez główne ośrodki badania opinii publicznej pokazują, że w Polsce istnieje bardzo niski poziom podmiotowości obywatelskiej. Polacy niezależnie od wieku w ogromnej części są przekonani, że ich głos nie ma żadnego znaczenia w całym systemie sprawowania władzy. Nie dostrzegają związku pomiędzy swoimi wyborami a kształtem systemu obywatelskiego. Mało tego, nie widzą poprawy swojej sytuacji życiowej, więc nie uważają, aby musieli wypełniać obowiązki wynikające z uczestnictwa w demokracji. Obecnie rządzącej ekipie jak żadnej poprzedniej udało się wmówić Polakom, że polityka to sfera, która powinna im się źle kojarzyć. Proszę zauważyć, że sama inicjatywa referendum była nazywana „polityczną” przez Platformę Obywatelską. Jest to w ich przekonaniu określenie pejoratywne. Dlatego bardzo aktywnie włączali się w akcję przekonywania warszawiaków, aby niedzielę spędzili w domu i nie marnowali swojego wolnego czasu.

Może jednak to obrócić się przeciwko partii rządzącej, bo przy następnych wyborach ludzie mogą pamiętać narrację o pozostaniu w domu. Głosy niezdecydowanych zawsze są najbardziej w cenie. Niska frekwencja może w przyszłości nie być z korzyścią dla Platformy.

– Tak, jednak wszelkie działania ze strony PO mają charakter doraźny, propagandowy, nastawione są na efekty krótkotrwałe. W tej kampanii mieliśmy do czynienia z bardzo czytelnym przekazem Platformy: to i tak nic nie zmieni, prawdziwe wybory są za rok, a Hanna Gronkiewicz-Waltz i tak zostanie komisarzem, referendum to marnowanie pieniędzy. Dlatego przekaz pozytywny powinien być artykułowany wcześniej, niż było to w tym wypadku. Brak podmiotowości obywatelskiej jednak przeważnie działa na korzyść Platformy Obywatelskiej, która doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego moderuje przekaz konsekwentnie zniechęcający nie tylko do udziału w referendum warszawskim, ale również do zainteresowania polityką. Warto w tym miejscu przypomnieć znamienny fakt, czyli dość niską frekwencję w wyborach na przewodniczącego Platformy. Jeżeli sami działacze partii rządzącej nie zamierzają głosować w wyborach wewnętrznych, to znaczy, że PO nie jest zainteresowana budowaniem aktywnej postawy obywatelskiej w polskim społeczeństwie.

Zniechęcanie do głosowania jest działaniem skrajnie antyobywatelskim – to nie ulega wątpliwości.

– Referendum jest jedną z form demokracji bezpośredniej. Działanie partii rządzącej przy współudziale głowy państwa i mediów, którego celem było zaniżenie frekwencji, moim zdaniem jest ewenementem. W krajach demokracji zachodniej takie postępowanie nie jest standardem. Byłoby postrzegane jako skrajnie niewłaściwe, a media jako recenzenci działań władzy od razu zareagowałyby, gdyby któryś z prominentnych polityków aktywnie zniechęcał do uczestnictwa w demokracji. To, co dzieje się w naszym kraju, zbliża nas nieuchronnie do demokracji fasadowej. Dlatego tak ważne jest, aby oddolnie była budowana postawa aktywnego obywatelstwa.

 

Dziękuję za rozmowę.

Paulina Gajkowska