Wygrała propaganda
Poniedziałek, 14 października 2013 (02:00)Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostanie na prezydenckim stolcu w warszawskim ratuszu.Nie dlatego, że warszawiacy uznali ją raptem za dobrego gospodarza stolicy, że wybaczyli zakorkowane ulice, organizacyjne bezhołowie, komunikacyjny chaos, nieporadność wobec plagi podtopień, horrendalne podwyżki opłat komunalnych, nierespektowanie elementarnych potrzeb mieszkańców, utrudniony dostęp do usług publicznych i zadłużenie miasta na kilka pokoleń, lecz dlatego, że warszawiacy – zamiast pójść na głosowanie – pozostali w domach.
Brak zaangażowania w sprawy lokalne to cecha właściwa mieszkańcom wielkich anonimowych aglomeracji z dużą liczbą ludności napływowej. Jednakże w przypadku referendum warszawskiego owa naturalna niejako bierność wynikająca z wyobcowania i braku wpływu na sprawy publiczne zlała się z innym potężnym antyobywatelskim nurtem, który od czasu upadku bloku komunistycznego zdawał się zanikać. Chodzi o ten szczególny rodzaj bierności, charakterystyczny dla państw totalitarnych, który wypływa ze strachu przed szykanami ze strony władzy i poczucia braku wpływu na cokolwiek poza własnym podwórkiem.
Tę „podwójną” skłonność do niepodejmowania aktywności zręcznie wykorzystali politycy Platformy Obywatelskiej, stołeczny establishment i powiązani z nimi celebryci, którzy na czas kampanii referendalnej z bierności uczynili cnotę i zajmowali się wyłącznie zniechęcaniem warszawiaków do udziału w głosowaniu.
Metoda odniosła skutek. Frekwencja wyniosła nieco ponad 27 procent. To sporo jak na referendum, ale za mało, aby jego wynik się liczył. A był on jednoznaczny – prawie 94 proc. aktywnych obywateli zagłosowało za odwołaniem prezydent.
Nie zmienia to jednak faktu, że warszawiacy w swojej masie nie poszli do urn. Jednych władza wystraszyła zawoalowaną groźbą utraty posad w instytucjach komunalnych i rządowych, innych zniechęciła rzekomym brakiem alternatywy dla obecnej prezydent, m.in. upowszechniając pogłoskę, że w razie odwołania i tak zostanie ona mianowana komisarzem miasta, albo przekonując, że Gronkiewicz-Waltz na pewno wygra ponowne wybory, lub dowodząc, że jeśli nie ona, to wygra je poseł od Palikota i miasto opanuje lewacka „palikociarnia”.
Wysuwano też argument wysokich kosztów referendum, które są jakoby zbędne, skoro wielkimi krokami zbliżają się kolejne wybory samorządowe. Na koniec dla tych, wobec których żadne argumenty nie skutkują, zorganizowano w mediach występy wachlarza celebrytów, którzy mówili odbiorcom wprost, jak mają się zachować: zostać w domach, a jeszcze lepiej – wyjechać za miasto na grzyby lub na przejażdżkę rowerową.
Jeśli dodać do tego brak publicznej informacji o referendum, utrudnianie prowadzenia społecznej kampanii w miejscach publicznych, stygmatyzację osób zainteresowanych głosowaniem – wynik można było przewidzieć.
Tak oto po raz kolejny garstka ludzi władzy i mediów, akolitów pani prezydent i Platformy, podyktowała obywatelom, jak mają się zachować 13 października. Wielu posłuchało i dołączyło tym samym do tych, którzy nigdy nie uczestniczą w głosowaniach. I tak powstała milcząca większość. Ale to nie oznacza, że to oni demokratycznie zdecydowali o utrzymaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowisku. Zrobił to za nich, we własnym interesie, ktoś inny.
Warszawiacy, którzy wzięli sprawy w swoje ręce, tym razem przegrali. Zaangażowanie obywatelskie przegrało z socjotechniką. Widać trzeba całkowitego paraliżu stolicy, aby opór przeciwko złym rządom osiągnął masę krytyczną. A może po prostu trzeba dobrej alternatywy?
Ale i Hanna Gronkiewicz-Waltz, choć zachowała fotel prezydenta, nie ma powodów do radości, bo wygrana za sprawą frekwencji jest jej faktyczną przegraną. Aktywna Warszawa powiedziała jej stanowcze NIE. I z tym głosem będzie musiała się liczyć.
Małgorzata Goss