Decyzja USA to zły sygnał
Czwartek, 10 października 2013 (10:42)Stany Zjednoczone zapowiedziały, że nie będą już wspierać Egiptu. Finansowo i militarnie. W sytuacji, gdy armia i nowy rząd biją się z islamistami w całym kraju, nie jest to dobra wiadomość dla stabilizacji regionu.
Powoływanie się USA na prawa człowieka w kontekście obrony islamistów to wielki skandal i groteska, szczególnie gdy zwrócimy uwagę, że Amerykanie nie mają problemu dofinansowywać islamskiej rebelii w Syrii. Szeroki strumień pieniędzy i broni zabezpiecza krwawy dżihad Al-Kaidy prowadzony przez jej syryjską odnogę Dżabhat al-Nusra i inne paramilitarne ugrupowania war lordów. Tu kwestia praw człowieka nie jest już tak oczywista.
Rzecznik Departamentu Stanu Jennifer Psaki poinformowała także, że Waszyngton zamrozi wsparcie, oczekując na postępy w pielęgnowaniu praw człowieka w Egipcie. Dobrze by było, gdyby pani rzecznik zapytała ponad 80-milionowy naród, czy jest tak samo jak ona i jej rząd zatroskany o los Bractwa, którego reżim przez rok całkowicie zdewastował młodą demokrację i ukradł Egipcjanom rewolucję ze stycznia 2011 roku. Morderstwa i tortury polityczne, korupcja, kryzys ekonomiczny, wzrastające bezrobocie, podpalenia kościołów, przestępstwa kryminalne u samego szczytu władzy (Mursi uciekł z więzienia Wadi an-Natrun w 2011 r.) – oto prawdziwe oblicze Egiptu za czasów tego reżimu, który wprawdzie został powołany demokratycznie, ale tuż po wyborach zaczął rozmontowywać struktury władzy i przemieniać je w dyktaturę islamską, docelowo kalifat.
Ta postawa USA to również bardzo zła wiadomość dla prześladowanych chrześcijan. Dzisiaj jedynym gwarantem ich praw jest właśnie armia oraz rząd tymczasowy, a pracujące nad nową konstytucją władze (wcale nie wojskowe) włączyły do obrad przedstawicieli wszystkich Kościołów i wspólnot chrześcijańskich.
Wracając zaś do owej „brutalnej” rozprawy lipcowej z Bractwem Muzułmańskim w Kairze, którą Stany Zjednoczone (za namową proaborcyjnej Amnesty International) tak piętnują, pamiętajmy, że po niezaakceptowaniu decyzji 33 milionów Egipcjan w lipcu br., którzy odsunęli od władzy prezydenta Mursiego, Bractwo Muzułmańskie przeszło do krwawej kontrofensywy. Nie są to jednak łagodne baranki, nad którym losem administracja Baracka Obamy powinna się pochylać, ale groźni fanatycy tworzący w Egipcie państwo w państwie.
Na Półwyspie Synaj ponad tysiąc mudżahedinów zabija żołnierzy. W ciągu czterech dni w sierpniu br. ci „biedni” islamiści przeprowadzili kilkaset akcji terrorystycznych na posterunki policyjne, rządowe, na kościoły i cywilów. Spacyfikowali i sterroryzowali w Górnym Egipcie całe miasteczka, gdzie żyją chrześcijanie, nakładając na nich haracz. Spalili ponad 60 kościołów, a w sumie 80 obiektów własności kościelnej. Jakoś te drobiazgi nie zaprzątają uwagi prezydenta Obamy. Dlaczego? Bo ofiarami tych pogromów są chrześcijanie, a nie islamiści. Do tych ostatnich, jak widać, Barack Hussein Obama ma słabość.
Autor jest socjologiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ekspertem badającym prześladowania chrześcijan.
Dr Tomasz M. Korczyński