• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Chcieć to móc

Środa, 9 października 2013 (02:09)

Z Zofią Noceti-Klepacką, brązową medalistką olimpijską
w windsurfingowej klasie RS:X, rozmawia Piotr Skrobisz

 

Nie startowała Pani od igrzysk w Londynie, a tu proszę: pierwszy występ i od razu mistrzostwo Polski.

– Nie startowałam, ale nie znaczy to, że przez cały rok leżałam i nic nie robiłam. Czas, jeśli tylko mogłam, spędzałam aktywnie, ćwiczyłam, zdarzyło się także zejść na wodę. Ale tak, mistrzostwa Polski były moim pierwszym występem od igrzysk. Przygotowywałam się do nich intensywnie, efekty przyszły. Jest się z czego cieszyć.

Intensywnie, ale krótko. Przez miesiąc.

– Od 1 sierpnia trenowałam w Zatoce Puckiej. Wychodzi zatem miesiąc z małym okładem. Na pewno brakuje mi jeszcze wydolności fizycznej, ale to zaległość do nadrobienia. Mam trochę czasu, bo najważniejszą imprezę mam dopiero w przyszłym roku. Mistrzostwa świata w hiszpańskim Santander.

Nieco ponad miesiąc mocnej pracy wystarcza zatem Pani, by zbudować wysoką formę?

– Wydaje mi się, że wszystko siedzi i rozstrzyga się w głowie zawodnika. Jestem ambitną osobą, chciałam wrócić jak najszybciej, bo kocham to, co robię. Na pewno nie było łatwo, bo dziewczyny postawiły wysokie wymagania. Cały czas mocno trenowały, jeździły na zgrupowania, startowały na mistrzostwach świata i Europy, były bez przerwy w grze. Ja nie, ale też techniki i taktyki się nie zapomina. Pływam już 17 lat, szmat czasu, mam sporo doświadczenia, które procentuje. A co do tego miesiąca: jak widać, można zbudować formę, gdy się rzetelnie trenuje i do swoich obowiązków podchodzi poważnie.

Dziś pływa już Pani dla dwójki pociech.

– No tak. Zostałam mamą po raz drugi, fantastyczne uczucie.

Jak się Pani udaje połączyć rodzicielskie obowiązki z treningami?

– Jest takie powiedzenie: „Chcieć to móc”. Bywa ciężko, ale jeśli człowiek czegoś bardzo pragnie, to jest w stanie mnóstwo rzeczy pogodzić, zrobić. Pomaga mi rodzina, ta najlepsza instytucja pod słońcem. Wiele jej zawdzięczam. Oczywiście tęsknię. Pamiętam, że po urodzeniu Mariana, gdy tylko odbijałam się od brzegu, to chciałam wracać jak najszybciej, by go przytulić, teraz tęsknota, zdrowa tęsknota, jest podwójna. Ale wiem, że moje dzieci są w dobrych rękach, nakarmione, przebrane, zabawione. Nie mam powodów do zmartwień czy niepokoju. Zresztą pływanie to moja praca. Tak samo tęsknią mamy, które idą na osiem godzin do biura.

Wspomina Pani czasem Londyn i swoją walkę o olimpijski brąz?

– Wspominam, pewnie. Są takie dni, gdy odwiedzają mnie znajomi, wtedy rozmawiamy o Londynie. To wciąż świeże emocje, choć od igrzysk upłynął już ponad rok.

 

Ten medal zmienił coś w Pani życiu, w Pani?

– Nie, nie wydaje mi się, aby coś się zmieniło. Także ja pozostałam taką samą osobą. Oczywiście, szczególnie tuż po igrzyskach, udzielałam się bardziej niż kiedykolwiek medialnie, byłam zapraszana do szkół i różnych instytucji. Cieszyłam się, bo dzięki temu mogłam poopowiadać trochę o swojej dyscyplinie sportu. Do grona moich sponsorów obok Polskiej Grupy Energetycznej dołączył Volkswagen, który specjalnie dla mnie skonfigurował samochód caravelle comfortline. To dla mnie superrozwiązanie, bo mogę zapakować nie tylko sprzęt, ale całą rodzinę i bezpiecznie i w komfortowych warunkach jeździć na treningi i zawody, zarówno w kraju, jak i za granicą.

Myśli Pani już o Rio?

– Cały czas mam swoje ambicje i marzenia. Mam też plany. Niby mogłabym spocząć na laurach, bo sporo już zdobyłam, mam medal olimpijski, jednak to nie w moim stylu. Poważny sportowiec, a za takowego się uważam, po jednych wielkich zawodach już myśli o kolejnych. Ja przez rok nie startowałam, lecz tuż po Londynie wyznaczyłam sobie kolejny cel i do niego dążę. To wspomniane Rio. Marzę o złocie olimpijskim i wiem, że stać mnie na to, by je wywalczyć. Oczywiście do 2016 roku pozostało jeszcze trochę czasu. Po drodze będą mistrzostwa świata i Europy, Puchary Świata, kwalifikacje, bo przecież nikt mi nie da miejsca w kadrze za darmo. Jestem jednak dobrej myśli, bo niby dlaczego miałoby się nie udać?

Co Pani odpowie, gdy za kilka lat Marysia i Marian powiedzą: „Mamo, chcemy pływać”?

– Marian już pływa! Kilka dni temu byliśmy na katamaranie, śmiało stawiał swoje pierwsze kroki. Marysia musi trochę poczekać…

Czyli dzieci nie mają wyjścia?

– (śmiech). Mają, mają. Tak naprawdę będą robić to, co one będą chciały. Do nich będą należały decyzje, choć ja mogę je jakoś ukierunkować. Na pewno jednak do niczego nie przymuszę.

Ale pływać warto, co często Pani powtarza. Dlaczego?

– Bo w żeglarstwie można nawiązać wyjątkowy kontakt z przyrodą, naturą. Kiedy świeci słońce, wieje wiatr i człowiek sobie spokojnie płynie, czuje się prawdziwie wolny i szczęśliwy. Dlatego tak mocno zachęcam do spróbowania, można sobie tanio wypożyczyć sprzęt, także windsurfingowy. Poza tym ja w tym wszystkim widzę Boga. Płynąc, dziękuję Mu za piękno, które mnie otacza.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz