Przygotowany na wszystko
Czwartek, 26 lipca 2012 (07:02)Z Adamem Kszczotem, reprezentantem Polski w biegu na 800 m, rozmawia Piotr Skrobisz
Jak się Pan czuje na kilka dni przed igrzyskami?
- Dobrze. Praktycznie wszystkie założenia treningowe wykonałem, forma wygląda bardzo przyzwoicie, jestem nastawiony optymistycznie.
Wygrana sprzed kilku dni w prestiżowej Diamentowej Lidze, i to w Londynie, dodała Panu skrzydeł i umocniła przekonanie, że będzie dobrze również podczas igrzysk?
- Trochę tak. Niespełna dwa dni przed startem zakończyłem niezwykle ciężkie zgrupowanie w St. Moritz. Okazało się, że nie było aż tak bardzo męczące i obciążające; udało mi się uzyskać dobry rezultat i w takim stylu zwyciężyć.
I znów zaimponował Pan taktycznym rozegraniem biegu. Doskonały finisz z ostatniego miejsca to Pana znak firmowy?
- Czy ja wiem? W Londynie obraliśmy taką a nie inną taktykę ze względu m.in. na zmęczenie. Z tyłu stawki biegnie się bardziej ekonomicznie, nie traci się aż tylu sił. Obydwa okrążenia były w moim wykonaniu stosunkowo równe, bez większych szarpnięć, chociaż z boku mogło to wyglądać zgoła inaczej, gdy na 300 metrów przed metą zacząłem znacznie przesuwać się do przodu i już do końca atakowałem. Krótko mówiąc, była to dobra taktyka na moje samopoczucie, ale jak widać, nie przeszkodziło to w powalczeniu o czołową pozycję.
Podobnie pobiegnie Pan w Londynie?
- Nie wiem. Każdy bieg jest inny, do każdego dobiera się indywidualną taktykę. Robimy to dzień przed startem. Sprawdzam listę, żeby zobaczyć, jak dani zawodnicy spisywali się podczas eliminacji, wszystko konfrontuję z trenerem, obaj przedstawiamy swoje wizje i dochodzimy do wspólnych wniosków. Sztuka polega na dobraniu kilku wariantów w zależności od rozpoczęcia biegu, międzyczasów na 200, 300 i 400 metrów. Chodzi o to, by zachować na tyle zimnej krwi, aby nie marnować zbyt dużo sił.
Na każdy bieg ma Pan zatem opracowane warianty "a", "b" i "c"?
- Tak: żeby nie tracić czasu na podejmowanie decyzji i analizowanie sytuacji w trakcie biegu. Tylko czyste reagowanie, nie ma miejsca na myślenie czy zawahanie. Jeśli coś się dzieje na bieżni, trzeba dać temu odpowiedź albo zachować w dalszym ciągu zimną krew. Stąd różnorakie warianty. Lubię rozłożyć każdy metr biegu na części pierwsze i szczegółowo go zanalizować na zasadzie: "co jeśli". I jeszcze jedno: do taktyki muszę być przekonany. Żadna siła nie zmusi mnie do biegania w określonym stylu, jeśli nie będę tego pewien.
Czego spodziewa się Pan po swoim olimpijskim debiucie?
- Moje wyobrażenie jest bardzo proste. Każda impreza mistrzowska posiada pewne cechy wspólne, zmienia się jedynie nazwa. Przed rokiem mieliśmy mistrzostwa świata w Daegu, teraz mistrzostwa rozegrane zostaną pod mianem igrzysk olimpijskich. Wystartują w nich ci sami zawodnicy, pobiegną mniej więcej tak samo, osiągną porównywalne prędkości. Tyle, nic więcej w tym temacie nie trzeba dodawać.
Tyle że na igrzyskach otoczka jest zupełnie inna niż na mistrzostwach świata czy Europy. Myśli Pan, że tak łatwo się od niej odetnie?
- A od czego tu się odcinać? Przecież nic się nie zmienia, wszystko pozostaje w pewnym porządku. Przyznam szczerze, że nie jestem aż takim entuzjastą sportu, by ekscytować się np. obecnością wielkich sław w wiosce olimpijskiej. To, co robię, jest moją pracą, sprawdzaniem własnej formy, własnych możliwości. Nie doczepiam do tego żadnej filozofii.
Naprawdę termin "olimpiada" nie wywołuje w Panu dodatkowych emocji?
- A tego nie powiedziałem. Wywołuje, zawsze marzyłem o tym, by na niej wystartować. Nie po to jednak, by chwytać olimpijskie powietrze, żadne czynności związane z fascynacją tą imprezą nie są przeze mnie rozpatrywane. Każdy, kto jedzie na igrzyska, chce powalczyć o medal, ja również.
Start w Londynie potraktuje Pan jako najważniejszą próbę w dotychczasowej karierze?
- Tak. Ale nie tylko dlatego, że to igrzyska. Co roku staję się bowiem coraz lepszym zawodnikiem, przesuwam swoje granice. Londyn będzie stanowił kolejny etap. Za mną długie miesiące ciężkiej pracy, mam nadzieję, że moja forma jest przygotowana w sposób możliwie najlepszy. A przynajmniej lepszy niż rok temu.
Ile poświęcił Pan, by teraz znajdować się w gronie kandydatów do olimpijskiego medalu?
- Pierwszą imprezę międzynarodową zaliczyłem w 2007 r. i od tego czasu, bez przerwy, jestem lekkoatletą. Nie rozgraniczam spraw typu praca i urlop. Sportowcem, profesjonalistą bywa się bowiem nieustannie, 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu. Nie można o tym zapominać, a jeśli ktoś to robi, nie osiągnie nigdy tego, co mógłby. Trzeba wiele poświęcić, ale to oczywiste, i trzeba się kierować jedną zasadą: że tak naprawdę życie osobiste rozpoczyna się po zakończeniu kariery.
Nie za wysoka to cena?
- Po kilku latach zapomina się o tym, jak to było wcześniej. Trenuję z myślą, by doskonalić siebie i w tym doskonaleniu się nie zagubić.
Co Pan czuje, stojąc na starcie obok Davida Rudishy, legendy średnich dystansów?
- Nic specjalnego. Kolejny start, który trzeba zaliczyć. Żadnego drugiego, ukrytego dna. Biegi to moja praca. Gdybym z góry zakładał, że z rywalem "x", "y" czy "z" przegram, to skazałbym się na to.
Można Kenijczyka w Londynie pokonać?
- Imprezy mistrzowskie są nerwowe i wiele się w ich trakcie dzieje, przewracają się najwięksi, nawet faworyci. Trzeba pamiętać, że mistrzem olimpijskim nigdy nie został Wilson Kipketer, który w pewnym okresie na 800 m nie miał sobie równych, bił rekordy świata.
Jaki czas da olimpijski medal?
- Myślę, że w granicach 1.44,0 min.
Pobiegnie Pan tak szybko?
- Moim celem jest dostać się do finału, a potem zacznę kombinować.
Dziękuję za rozmowę.