Wystarczy chcieć
Sobota, 5 października 2013 (08:46) Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Z Anną Salacińską, wolontariuszką Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu, rozmawia Izabela Kozłowska
W Radomiu trwa VI Ogólnopolska Konferencja Wolontariatu Hospicyjnego, której przyświeca hasło „Wolontariusze hospicyjni solą ziemi”. Jest to ważne wydarzenie w skali całego kraju, gdyż wskazuje na potrzebę chęci niesienia innym bezinteresownej pomocy. Wiele osób rezygnuje z podjęcia się takiej posługi, tłumacząc się brakiem czasu…
- Nie ma prostej recepty na pogodzenie naszych codziennych obowiązków z posługą w hospicjum. Nie jest to zadanie matematyczne, gdzie się podstawi jakiś wzór i już jest rozwiązanie. Myślę, że wszystko tak naprawdę zależy od nas samych. Musimy wiedzieć, ile czasu poświęcimy hospicjum i czy tego naprawdę chcemy. W naszym hospicjum jestem już parę ładnych lat i dopóki żył mój tata, miałam tego czasu więcej, bo wiedziałam, że oprócz mnie i rodzeństwa rodzice mają siebie. Dziś jest inaczej. Zawsze w swoich planach muszę uwzględnić też swoją schorowaną mamę i jeśli jej stan zdrowia pozwala, że może zostać sama w domu, to ja się angażuję w posługę u chorych. W momencie, kiedy mama jest chora lub czuje się gorzej, z oczywistych powodów swój czas poświęcam jej. Choć nasze dyżury planujemy z wyprzedzeniem, to nigdy nie mamy pewności, że nasze plany nie będą zmienione.
Jak często posługuje Pani w hospicjum?
- Planowo w hospicjum jestem dwa razy na tydzień. Jest to dyżur w karetce z lekarzem. Zdarza się też tak, że chodzę do chorego w zespole wolontariusz i pielęgniarka. Taka sytuacja była, kiedy ostatnio chodziłam do swojego sąsiada, który był pod opieką hospicjum. Wtedy w duchu prosiłam Pana Boga, żeby On mi jakoś zaplanował ten dzień, bym mogła spokojnie iść do chorego. I myślę, że bez Pana Boga nieważne jest, jak się będziemy starać, bo zawsze stanie nam coś na przeszkodzie.
Wolontariusz hospicyjny to posługa, za którą nie otrzymują Państwo wynagrodzenia. Nie macie żadnego zysku materialnego. Co według Pani jest najcenniejszą zapłatą za poświęcony czas?
- Zdaje mi się, że dla mnie największą siłą i doładowaniem na dalszą pracę są sami chorzy. Szczególnie ich uśmiech, który mimo cierpienia i bólu pojawia się na ich twarzach przy okazji każdej wykonanej przez nas czynności. To największa zapłata za naszą pracę. Ich podziękowania są dla mnie takim akumulatorem. Pamiętam, jak jedna z naszych chorych leżała długo w łóżku i spadł śnieg, a ona tak bardzo chciała go zobaczyć, jednak nie było to możliwe. Dlatego przyniosłam go jej. Może wydawać się to dziwne, ale radość chorej, jaką wywołał widok śniegu w domu, jest nie do opisania. Jej rozradowana twarz była dla mnie najcenniejszym podarunkiem.
Jednak posługa przy chorym to także te trudne i bolesne chwile…
- Najtrudniejsza w naszej posłudze jest bezsilność. Widzimy chorego człowieka, w którym jest tyle chęci do życia, a tu choroba sieje spustoszenie w jego organizmie i pozbawia go sił. Wówczas chciałoby się coś więcej zrobić, ale się nie daje. Są też takie sytuacje, kiedy znamy chorego już długo. Te relacje są takie jak w rodzinie i kiedy przychodzi czas rozstania, wtedy każdy z nas czuje, że traci kogoś bliskiego.
Dziękuję za rozmowę.
Szczegółowe informacje na temat Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu oraz organizowanej konferencji dostępne są tutaj.