• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Boli, bo musi

Czwartek, 3 października 2013 (02:10)

Z Adrianem Zielińskim, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów, rozmawia Piotr Skrobisz
 

Jak Pana forma na kilka tygodni przed mistrzostwami świata?

– Nie mam zielonego pojęcia. Pozostaję wciąż w treningu siłowym, jeszcze nie wszedłem na większe ciężary, zatem sam nie wiem, na co mnie stać. Ostro ruszam do przodu w piątek.

A zdrowie?

– Zdrowie jest. Nie znaczy to oczywiście, że nic mnie nie boli; boli, cały czas, ale taki już jest urok sportu wyczynowego. Przyzwyczaiłem się.

Pytając o zdrowie, miałem na myśli głównie kolano operowane w marcu. Wszystko z nim w porządku?

– Pobolewa, czasami mocniej, lecz nie narzekam. W ogóle to po igrzyskach zrobiłem sobie nieco za długą przerwę w treningach. Organizm się odzwyczaił od ciężkiej i ciągłej pracy, a myślę, że jest tak przyzwyczajony do wysiłku, że zabijam go, nie trenując. Krótko mówiąc, lepiej było się ruszać, wypoczywać czynnie, nawet na samej sztandze robić przysiady.

Wspomniał Pan o bólu, cenie płaconej za uprawianie sportu. Naprawdę można się do niego przyzwyczaić?

– Każdy sportowiec chcący coś osiągnąć, wspiąć się na wyższy poziom, nieustannie musi balansować na cienkiej linii pomiędzy zdrowiem a kontuzją. Musi ryzykować, wiedząc, że jeden nierozważny krok, jeden błąd może skończyć się upadkiem w przepaść. Dlatego każdego boli, szczególnie tego, kto uprawia dyscypliny, w których decydującą rolę odgrywają siła i technika. Jeśli ktoś powie, że nie odczuwa żadnego bólu, to znaczy, że daje z siebie zbyt mało. My, zawodnicy, w swoim gronie nawet o nim nie rozmawiamy, mając świadomość, że jest nieodłącznym elementem naszej codzienności. Mówimy „trudno” i czekamy na krótki odcinek czasu po sezonie, gdy boli mniej.

Zatem przypominają o nim najczęściej dziennikarze?

– Na zajęciach trenerzy nawet nie pytają, bo wiedzą, że boli i musi boleć. Tak, wszyscy musieliśmy zaakceptować ten stan. Po prostu, gdyż nie ma innej drogi.

Jak będzie we Wrocławiu, podczas mistrzostw świata?

– Zobaczymy, nie jestem jasnowidzem (śmiech). Na pewno nie będzie łatwo, zdaję sobie z tego sprawę, jednak optymistycznie patrzę na ten start.

Mierzy Pan w medal czy konkretnie złoty medal?

– Medal, jakikolwiek.

Będzie to Pana ostatni występ w kategorii 85 kilogramów?

– Wszystko wskazuje na to, że tak. Organizm już od jakiegoś czasu domaga się zwiększenia masy, a przy okazji podreperowania zdrowia. To decyzja świadoma, nie podjęta z dnia na dzień, tylko analizowana pod wieloma aspektami. Z wiekiem mam coraz więcej nadwagi w stosunku do docelowej wagi startowej. Stąd czas na zmianę.

I pożegnanie z dietą?

– Tu akurat bym nie przesadzał. Wiem, że wielu sportowców miewało z nią problemy, ale akurat mnie one nie dotykały. Robiłem ją bowiem stopniowo, z głową. Zbicie kilku kilogramów rozkładałem na okres jednego miesiąca, nie było zatem tak, że tygodniowo traciłem po pięć kilo i ledwie żyłem, na nic nie mając sił. Taki też jest urok ciężarów, nie znam zawodnika, który nie miałby kłopotów z wagą. Każdy z nas ją zbija.

Słyszałem, że tak naprawdę nie ma Pan z czego zrzucać, bo nadwagi w zwykłym tego słowa znaczeniu Pan nie ma. Zostają tylko mięśnie.

– No tak, zgadza się. I tu wchodzi do gry odpowiedni trening. Na miesiąc przed startem wchodzę w tzw. intensywność, a co za tym idzie – robię mniej objętościówki. Objętość mięśnia sama przez to spada, mogę w ten sposób stracić około dwóch kilogramów. To wszystko kwestia pewnych niuansów, drobnych szczegółów, które złożone w całość pozwalają osiągnąć zakładany cel.

Kategoria 94 kg, w której zamierza Pan startować, będzie wyzwaniem, może ryzykiem?

– Nie, dlaczego? Cieszę się, że do niej przechodzę.

Dojdą jednak większe ciężary, dużo większe. A w dotychczasowej był Pan mistrzem.

– Wiele osób patrzy w ten sposób, a ja odpowiadam: gdy człowiek nabiera większej masy, ma automatycznie więcej siły. Przy danej wadze osiągamy swoje maksimum i stajemy przed dylematem, co dalej. Powtórzę: na zmianę czekam z radością i optymizmem.

Ile daje Pan sobie czasu, by dojść do mistrzostwa w nowej kategorii?

– Około dwóch lat.

Czyli powinien być Pan gotowy na kolejne igrzyska, w Rio de Janeiro?

– Taką mam nadzieję, taki mam plan. Do Rio zostały niecałe trzy lata, powinienem ze wszystkim się wyrobić.

Byłoby pięknie zostać mistrzem olimpijskim w dwóch kategoriach…

– Byłoby pięknie. Przekonamy się, co życie przyniesie, ale mogę panu powiedzieć, że żadnego rywala się nie boję, a każde zawody są do wygrania.

Zmieniło się Pana życie po triumfie w Londynie?

– Ani trochę. Pozostałem tą samą osobą, a i wokół mnie nie zmieniło się nic.

Ale jako mistrz olimpijski powinien się Pan wręcz odpędzać od sponsorów itp.?

– Może gdybyśmy żyli w innej rzeczywistości, tak by było. Żyjemy jednak tu, gdzie żyjemy. To cały mój komentarz, aczkolwiek nieco smutne to wszystko.

Dziękuję za rozmowę.