Rząd lobbuje za likwidacją stoczni
Wtorek, 1 października 2013 (02:07)Z Karolem Guzikiewiczem, wiceprzewodniczącym Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańsk, rozmawia Anna Ambroziak
Po trzech dniach załoga przerwała protest. Dlaczego?
– Przerwaliśmy protest, ponieważ mamy już potwierdzenie, że na konta pracownicze wyszły już ostatnie przelewy. Sądzę, że opuszczając dziś zakład pracy, pieniądze otrzymają już wszyscy pracownicy stoczni. Ale to nie oznacza bynajmniej, że wykluczamy kolejne protesty.
Kiedy i jakie?
– Kiedy – jeszcze nie wiemy. Ale nie wykluczamy zorganizowania referendum strajkowego. W tym tygodniu do Polski ma przyjechać pan Sergiej Taruta. Zobaczymy, czy dojdzie do rozmów między stroną ukraińską a polskim rządem. A jeśli tak – jakie będą tych rozmów efekty. Wtedy zapadną decyzje o ewentualnym referendum.
Nie boicie się prowokacji? Zwolnień dyscyplinarnych?
– Oczywiście zawsze takie zagrożenie jest. Ale chroni nas prawo – gdyby z tytułu referendum doszło do strajku – chroni nas ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Chodzi o legalność strajku. To, że pensje zostały wypłacone, nie oznacza, że zakończyliśmy spór zbiorowy.
Minister skarbu Włodzimierz Karpiński twierdzi, że Agencja Rozwoju Przemysłu nie ma możliwości dalszego angażowania się w pomoc dla Stoczni Gdańsk. Według rządu, stocznia jest całkowicie niewydolna, więc Agencja nie może dalej angażować pieniędzy podatnika w to przedsięwzięcie.
– Ta oszczercza kampania wymierzona przeciwko stoczni trwa już od kilku dni. Zaczęło się od wypowiedzi premiera Donalda Tuska, który podczas piątkowej konferencji prasowej stwierdził, że nie będzie dosypywał bez końca pieniędzy z budżetu państwa ukraińskiemu właścicielowi stoczni. Premier poinformował także, że chce się dowiedzieć, czy prawdą jest to, co mówimy: że tylko dobra lub zła wola rządu zdecyduje o przyszłości stoczni. Więc odpowiadam: to jest, panie premierze, tylko dobra wola rządu. I nie trzeba pieniędzy podatników, by uratować Stocznię Gdańsk. Pieniądze na spłatę zobowiązań mają pochodzić ze środków strony ukraińskiej. Stocznia w 75 proc. jest kontrolowana przez ukraińskiego właściciela Siergieja Tarutę, spółkę Gdańsk Shipyard Group, który jeszcze w marcu mówił, że dosypywanie publicznych pieniędzy to byłaby niedozwolona pomoc publiczna.
Mówienie o tym, że do stoczni trzeba dopłacać z budżetu, jest tylko zręcznym ruchem PR-owskim rządu i wspierających go mediów, ruchem mającym na celu straszenie obywateli marnowaniem pieniędzy publicznych.
Jedna czwarta akcji stoczni należy jednak do Agencji Rozwoju Przemysłu.
– Państwo polskie potrzebne jest oczywiście jako udziałowiec w tym celu, by wynegocjować przedłużenie umowy restrukturyzacyjnej Stoczni Gdańsk przy Komisji Europejskiej. Czy też w celu poparcia wniosków na ubezpieczenia dla eksporterów. Ale w formie gotówkowej państwo polskie nie musi się angażować. Cała ta kłamliwa kampania ma na celu dyskredytowanie sytuacji Stoczni Gdańsk i usprawiedliwienie jej likwidacji.
Stocznia ma poważne problemy finansowe. Jest już wniosek o jej upadłość – złożył go wierzyciel, firma Techwind z Banina koło Gdańska, której zakład zalega ok. 250 tys. złotych. To już drugi wniosek o ogłoszenie upadłości spółki.
– A pracownicy od maja otrzymują wynagrodzenie w ratach. To wszystko prawda. Dlatego najważniejszą sprawą jest to, by stocznia przetrwała! Tymczasem co robi polski rząd? Lobbuje na likwidację stoczni! I to jest skandal!
Powtarzam: my nie chcemy żadnych pieniędzy z budżetu państwa! To wielkie kłamstwo! Drugie kłamstwo rozpowszechnia minister Karpiński, który stwierdził, że strona ukraińska nie wywiązała się z programu restrukturyzacji polegającego na odpowiednim poziomie inwestycji. To nieprawda. Do stoczni trafiło kilkaset milionów złotych na inwestycje – było to uzgodnione z Komisją Europejską. Tymczasem minister tego rządu najzwyczajniej w świecie okłamuje społeczeństwo. Jeżeli pan minister Karpiński ma odwagę, niech powie teraz panu Tarucie, że nie zrealizował programu inwestycyjnego.