Mam serce do walki
Środa, 25 lipca 2012 (06:31)Z Natalią Partyką, reprezentantką Polski w tenisie stołowym, rozmawia Piotr Skrobisz
Ma Pani dopiero 23 lata, a za kilka dni rozpocznie rywalizację w czwartych w karierze igrzyskach. Niesamowite.
- Właściwie to tych cyferek można by wyliczyć więcej. Zaczęłam od paraolimpiady w Sydney, potem byłam w Atenach, Pekinie (zarówno na paraolimpiadzie, jak i na olimpiadzie), a teraz znów przede mną dublet. Wychodzi zatem na to, że w Londynie przeżyję swoje szóste igrzyska. Wcześnie zaczęłam (śmiech). Paraolimpiada to oczywiście trochę inna bajka, zawsze łatwiej jest się na nią zakwalifikować i odnosić sukcesy. Chciałabym kiedyś, aby moje starty w paraolimpiadzie zrównały się ze startami w olimpiadzie. Na razie mam w tej materii mały poślizg, ale jak się sprężę, to może mi się uda. Marzę też o podobnych sukcesach, no ale to będzie o wiele trudniejsze.
Skąd wywiozła Pani najlepsze wspomnienia: z Sydney, Aten czy z Pekinu?
- Jasne, że z Pekinu, jako pingpongistka nie mogłabym odpowiedzieć inaczej. W Chinach wszyscy żyją tenisem stołowym, mecze odbywały się przy pełnych halach, kilkutysięcznej publiczności, gorącym dopingu, co w innych zakątkach świata jest nie do pomyślenia. Czułam się niesamowicie, przeżywając to wszystko. Do tego moja gra też została zauważona, pewnie nigdy nie spotkam się z takim zainteresowaniem jak wtedy.
Pod względem liczby udzielonych wywiadów chyba pokonała Pani Michaela Phelpsa i Usaina Bolta?
- Na podium pewnie się uplasowałam (śmiech). Na początku to był faktycznie szok. Wszyscy chcieli ze mną rozmawiać, co mnie trochę przerażało. Jak jednak wiadomo, trening czyni mistrza i z każdym kolejnym wywiadem szło mi lepiej i coraz pewniej się w tym wszystkim odnajdywałam. Ale pod koniec padałam już ze zmęczenia. Proszę sobie wyobrazić - przez sześć tygodni odpowiadać bez przerwy na te same pytania, dzień w dzień. Dzielnie sobie jednak z tym poradziłam.
Bariera językowa nie stanowiła problemu?
- Dogadywaliśmy się po angielsku. Kilku Chińczyków zaskoczyło mnie też naprawdę dobrą znajomością naszego języka. Jeden z dziennikarzy studiował nawet polonistykę. A gdy już faktycznie nijak nie mogliśmy się porozumieć, to z pomocą przychodziły obie nasze Chinki, które tłumaczyły wszystko cierpliwie.
Teraz, przed Londynem, towarzyszą Pani podobne emocje do tych sprzed czterech lat?
- Poniekąd tak, lecz wybieram się do Anglii z innej pozycji. Przed czterema laty nie wywalczyłam kwalifikacji w singlu, na igrzyska pojechałam na "doczepkę" dzięki Xu Jie i Li Qian, które zdobyły miejsce dla drużyny. Teraz wreszcie spełniłam swoje marzenie i samodzielnie wywalczyłam sobie paszport do Londynu. Jestem lepszą zawodniczką niż cztery lata temu. Starszą, bardziej doświadczoną, mam większą wiedzę i umiejętności. Posiadam też więcej argumentów przy stole, by rozgrywać wyrównane mecze z wszystkimi rywalkami. W Pekinie coś już tam potrafiłam, nadrabiałam ambicją i walecznością, lecz umiejętności w pewnych momentach mi brakowało. Teraz są zdecydowanie większe, a serca do walki też mi nie zabraknie.
Co po Pekinie uważa Pani za swój największy sukces?
- Mam nadzieję, że te największe dopiero przede mną. Ważne były oczywiście oba medale z mistrzostw Europy, w drużynie i deblu z "Ksenią". Wysoko oceniam obecny sezon, w którym zanotowałam kilka bardzo dobrych występów, a z dziewczynami dotarłam do ćwierćfinału drużynowych mistrzostw świata. Widać, że się rozwijam, gram coraz lepiej.
Długo krążyła o Pani opinia, że jest Pani wielkim talentem, który potrzebuje spektakularnego zwycięstwa nad dużo wyżej notowaną rywalką, by uwierzyć w siebie. Doczekała się Pani?
- Od stycznia mam bardzo dobry okres. Na początku roku w jednym z turniejów byłam jedną nogą na aucie, strasznie się męcząc z dużo od siebie słabszą rywalką. Udało mi się wygrać, szczęśliwie, ale wtedy puściły hamulce i w kolejnych rundach osiągnęłam życiowe sukcesy, pokonując dwie o wiele wyżej notowane zawodniczki. Na Węgrzech w turnieju cyklu Pro Tour wygrałam z Rumunką Elizabetą Samarą, dwukrotną mistrzynią Europy. Kilka udanych spotkań zaliczyłam na mistrzostwach świata. Wygrywając, nabiera się pewności siebie, która przekłada się na postawę w końcówkach setów. Wcześniej, gdy rywalizowałam z dobrymi tenisistkami i w secie było 9:9, odchodziłam od stołu pokonana. Nie wytrzymywałam ciśnienia. Teraz jest już inaczej, radzę sobie, a wynik do końca jest niewiadomą.
Jak będzie w Londynie?
- Też chciałabym wiedzieć, mam nadzieję, że dobrze. Niczego nie obiecuję, bo zazwyczaj z obiecanek niewiele wychodzi. Mogę tylko zapewnić, że powalczę z całych sił. Stać mnie na fajną grę, na wygranie kilku pojedynków, sprawienie radości sobie i kibicom. Cieszę się, że jadę do Londynu, ale chciałabym swoją obecność na igrzyskach jakoś zaznaczyć.
Michał Dziubański, trener kadry, przekonuje, że szczególnie w zmaganiach drużynowych Polska może nieźle "namieszać".
- No może. Dużo zależy od losowania, jeśli unikniemy Chinek, bezkonkurencyjnych w świecie, jesteśmy w stanie zajść daleko. Medal? Marzenie, ale marzenia mają to do siebie, że czasem się spełniają. Myśląc o podium, będziemy jednak musiały pokonać ekipę z Azji, w czwórce rankingu są, prócz Chinek, tenisistki z Japonii, Singapuru i Hongkongu. Mamy jednak nad nimi pewną przewagę. Nie należymy do faworytek, niczego nie musimy bronić, możemy zagrać na luzie i zdobywać. A od Azjatek wymaga się medali, tylko i wyłącznie. To ich obowiązek.
Podobnie jak dla Pani złoto na paraolimpiadzie.
- To prawda. Nie będę oszukiwać, że interesuje mnie coś innego. Poziom rośnie, rywalki stają się coraz to bardziej wymagające, ale jak zagram, co umiem, poradzę sobie ze stresem i oczekiwaniami, to będzie dobrze.
Dziękuję za rozmowę.