Berlin przemebluje UE?
Sobota, 21 września 2013 (02:12)Z Tomaszem F. Krawczykiem, ekspertem ds. polityki europejskiej Niemiec, rozmawia Piotr Falkowski
Co było głównym tematem kampanii wyborczej przed niedzielnymi wyborami do Bundestagu?
– Rzeczy bardzo przyziemne. Kampania dotyczyła spraw socjalnych, podatków, minimalnego wynagrodzenia, infrastruktury.
A Unia Europejska i postulowane niemieckie przywództwo w Europie?
– Europa się właściwie nie pojawiała. Co najwyżej z punktu widzenia strategii zwalczania kryzysu, ale to nie więcej niż jedna dziesiąta wypowiedzi. Inne kwestie były poruszane zupełnie powierzchownie. Sprawa przywództwa w Europie nie była tematem kampanii wyborczej, ale ta cały czas pojawia się w mediach jako temat publicystyki.
Jakie poglądy na przyszłość Europy przeważają w tej debacie?
– Ogólny wniosek jest taki, że polityka antykryzysowa rządu federalnego jest słuszna, choć politykom opozycyjnej SPD i niektórym mediom zdecydowanie brakuje inicjatyw prowzrostowych. Polityka ta wymusza na znajdujących się w kryzysie państwach południowej części Unii ogromne oszczędności i uciążliwe reformy, ale też Niemcy podejmują ryzyko wynoszącego ponad 27 proc. udziału w programach pomocowych. Włożyli setki miliardów euro w instrumenty finansowe skierowane do Grecji i innych państw znajdujących się w kryzysie w celu ratowania strefy euro, zakładając, że zachowa ona spójność i uda się ustabilizować sytuację. Tymczasem wszyscy eksperci są zgodni, że taki sukces nastąpi nie wcześniej niż za 15 lat. Pojawia się więc pytanie, czy Niemców stać finansowo i politycznie, by tak długo czekać. I czy Unię stać na tyle czasu stagnacji, napięcia i kryzysu?
Niemcy mają jakiś pomysł na rozwiązanie tego problemu?
– Myślę, że po wyborach Niemcy metodą małych kroków doprowadzą do znaczących zmian instytucjonalnych w całej Unii Europejskiej, w tym w strefie euro. Administracja rządowa zdaje sobie sprawę, że tak jak obecnie strefa nie może dalej funkcjonować i wszyscy oczekują od Niemiec zrobienia czegoś. Wynika to z tego, że Niemcy są jedyną rozwijającą się znaczącą gospodarką strefy i wnoszą do niej największy wkład finansowy. Można się spodziewać znaczącej przebudowy zasad działania unii walutowej. Przykładem jest tworzenie Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM). Został on ustanowiony jako umowa pomiędzy państwami działającymi jako niezależne podmioty prawa międzynarodowego, a nie w ramach Unii Europejskiej, jedynie z wykorzystaniem pewnych wspólnotowych instytucji. W ten sposób doszło do wyprowadzenia elementów zarządzania strefą euro z UE i pominięcia ograniczeń wspólnotowych: całego jej dorobku prawnego (acquis communautaire), interesów jej instytucji i państw członkowskich. Proszę zwrócić uwagę, że Niemcy mają jako państwo w ESM prawo weta, gdyż ich udział wynosi aż 27 proc., a do podejmowania decyzji wymagana jest duża większość. Można się spodziewać, że coraz więcej elementów europejskich polityk wspólnotowych będzie wyprowadzanych w podobny sposób z systemu instytucji i traktatów unijnych.
Jak miałaby wyglądać Europa po tych zmianach instytucjonalnych?
– Myślę, że tego Niemcy sami jeszcze dokładnie nie wiedzą, ale na pewno dojdzie do znacznego rozwodnienia całej UE. Właściwym kręgiem decyzji politycznych i gospodarczych będzie się stawać strefa euro, a pozostałe kraje euro będą miały coraz mniejszy wpływ na kształt najistotniejszych decyzji dla politycznej i ekonomicznej przyszłości Europy. Pojawiają się też pomysły podziału w ramach obecnej Unii Gospodarczej i Walutowej na dwie strefy walutowe: „silniejszą” dla Niemiec, Austrii i Beneluksu oraz „słabszą” dla południa, w tym Francji. Istniałyby dwie waluty powiązane mechanizmami współpracy.
Czy niedzielne głosowanie wpłynie na politykę zagraniczną Berlina?
– Jest oczywiste, że Angela Merkel zostanie znowu kanclerzem, a to oznacza, że główne kierunki polityczne się nie zmienią. Jedyny możliwy wariant zmiany kanclerza to koalicja SPD, Zielonych i Lewicy. Ale taki układ byłby bardzo chwiejny. W częściowo postkomunistycznej Lewicy (Die Linke) mało jest polityków pragmatycznych. Poza tym kandydat SPD na kanclerza Peer Steinbrück byłby bardzo słabym szefem rządu, co wynika z tego, że nie jest liderem partii, przeciwnie – jest raczej wśród socjaldemokratów nielubiany. Musiałby cały czas liczyć się ze stanowiskiem przewodniczącego partii Sigmara Gabriela i wpływowym przewodniczącym frakcji Frankiem-Walterem Steinmeierem, byłym ministrem spraw zagranicznych. Do tego dochodziłoby zróżnicowanie w ramach samej koalicji. Polityka Niemiec w takim wypadku byłaby bardzo niestabilna, a to oznacza niepokoje, a może wręcz zachwianie na rynkach, co jest nie tylko niekorzystne dla strefy euro, ale także dla polskich przedsiębiorców.
W takim razie zostają nam kolejne cztery lata rządów Angeli Merkel. Pytanie tylko, w jakim układzie?
– Może być tzw. mała koalicja, czyli powtórzenie tradycyjnego układu rządów CDU/CSU i FDP, jaki funkcjonuje obecnie, albo tzw. duża koalicja CDU/CSU z SPD. Patrząc na sondaże, wydaje się, że ta druga możliwość jest bardziej prawdopodobna. Nie jest pewne, czy FDP zdoła przekroczyć próg wyborczy. Nie wiadomo też, jak zadziała na elektorat wynik wyborów do Landtagu w Bawarii, gdzie FDP przegrało i wypadło z izby, a CSU zdobyła większość i może ponownie samodzielnie rządzić.
Czy można mówić o fenomenie Angeli Merkel? Trzecia kadencja oznaczałaby zbliżenie się do rekordu Helmuta Kohla.
– Ona coraz bardziej też przypomina Helmuta Kohla. Jest absolutnie bezbarwna, dzięki temu odnajduje się w każdej rzeczywistości, każdym układzie politycznym, interesie, potrafi wpisać się w każdy problem. Ta jej bezbarwność Niemcom odpowiada; lubią dobrych zarządców, będących jednocześnie autorytetami wyznaczającymi drogę, a nie krzykaczy, którzy się wymądrzają. To nie znaczy, że Merkel nie ma własnych poglądów, ale mało kto je zna. Na pewno ma wyrobiony pogląd co do tego, jak funkcjonuje polityka, jak zdobyć i utrzymać władzę. Druga osoba w partii, obecny minister finansów Wolfgang Schäuble, na pewno przerasta Angelę Merkel intelektualnie, ale ona jest dużo lepszą i wierniejszą uczennicą Kohla w skuteczności politycznej.
Co ciekawe, na niemieckiej scenie politycznej pojawiły się też nowe twory polityczne. Jest Partia Piratów, są ugrupowania neonazistowskie.
– Niestety, wciąż jest także pewien potencjał ugrupowań nacjonalistycznych. Jest partia NPD, Republikanie i jeszcze inne grupy. W sumie mają całkiem spore poparcie, chociaż dalekie od przekroczenia progu 5 proc. w wyborach do Bundestagu. Natomiast Piraci to całkiem poważna siła polityczna. Są w Landtagu Kraju Saary i Nadrenii Północnej-Westfalii. Ale chyba też nie przekroczą 5 proc., co było dość oczywiste jeszcze rok temu. Jej liderom trochę wypalił się pomysł na rozwój ugrupowania. Partia ta jest przykładem tego, jak zmienia się demokracja. Politycy uprawiający politykę w sposób tradycyjny nie zauważają zmian związanych z internetem i globalizacją. To stało się widoczne podczas protestów przeciwko ACTA. Sprawy ochrony danych osobowych, własności intelektualnej, wolności wymiany plików komputerowych angażują część wyborców, dla których znaczna część aktywności życiowej toczy się w świecie wirtualnym. Piraci są poważną siłą polityczną, a ich sukcesy wyczuliły także stare partie na problemy związane z nowymi technologiami i cyberprzestrzenią.