Do protestów zostaliśmy zmuszeni
Sobota, 14 września 2013 (13:21)Z Wojciechem Buczakiem, przewodniczącym Zarządu Regionu Rzeszowskiego NSZZ „Solidarność”, członkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W jednej ze swoich wypowiedzi przewodniczący Forum Związków Zawodowych Tadeusz Chwałka powiedział, że albo rząd podejmie rozmowy ze związkami zawodowymi, albo związkowcy będą prowadzić dialog na ulicy. Czy protesty uliczne to najlepszy sposób prowadzący do zmian?
– Na pewno nie jest to najlepszy sposób, ale jeżeli po drugiej stronie mamy mur obojętności, a działania strony rządowej ograniczają się tylko do dyktatu, to innego wyjścia nie ma.
Kolejne nasze postulaty, aby rząd podjął rozmowy, trafiały w próżnię. W tej sytuacji formułowanie kolejnych straciło sens. To, co rząd do tej pory robił, prezentując w mediach rzekomy dialog w Komisji Trójstronnej, zakrawa na kpinę. Kreowanie przekazu, że oto premier pojawia się na posiedzeniu, a związkowcy ostentacyjnie zrywają obrady, to typowe dla tego rządu uprawianie propagandy, sprawianie wrażenia, że dialog jest prowadzony. W rzeczywistości premier oznajmiał, co zrobi, nie biorąc pod uwagę propozycji, postulatów strony społecznej. Efektem tej brutalnej i cynicznej gry Donalda Tuska i jego ekipy są protesty, które mają pokazać nasze stanowisko i oburzenie. Nikt nie ukrywa, że celem tego protestu jest wezwanie do dymisji tego rządu, do zmian, które w Polsce są konieczne. Mam nadzieję, że one nastąpią.
Podsumowując te kilka dni protestów – pokazały siłę czy słabość ruchu związkowego?
– Protest pokazuje z pewnością determinację związków zawodowych. Zostaliśmy zmuszeni do protestów ulicznych, choć tak naprawdę wolimy negocjować, rozmawiać, prowadzić dialog. Protest pokazuje też naszą siłę choćby z uwagi na liczbę uczestników, którzy mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych przybyli do Warszawy. Co ważne, został poparty przez pracowników niezrzeszonych w związkach zawodowych. Również sondaże i badania opinii publicznej pokazują olbrzymie poparcie społeczne dla naszych działań, poparcie deklarowane w różny sposób. Mam tu na myśli mieszkańców Warszawy, którzy wbrew utrudnieniom w ruchu, a zwłaszcza temu, co mówili poplecznicy tej władzy i niektóre media, okazywali nam dużo sympatii. Mamy też kontakty z ludźmi, którzy głosowali na Platformę Obywatelską czy Polskie Stronnictwo Ludowe, a teraz mówią głośno, że są zawiedzeni, czują się oszukani i solidaryzują się z nami.
Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha powiedział, że związkowcy jak terroryści wzięli warszawiaków za zakładników i żądają od rządu spełnienia postulatów, które są niemożliwe do zrealizowania.
– Pan Robert Gwiazdowski, wyrażając takie obraźliwe opinie, sam o sobie daje świadectwo. Szkoda, że nie podejmuje się z nami dyskusji, a jedynie formułuje się takie opinie.
Przypomina mi to starą goebbelsowską i stalinowską metodę, że jeżeli się nie ma argumentów do rozmowy z partnerem, to się go obraża. Warszawiacy wielokrotnie wypowiadali się, mówiąc, że są gotowi znieść niedogodności związane z protestem, bo popierają nasze żądania. Ponadto wielu z nich osobiście uczestniczyło w naszym proteście, w marszach, manifestacjach. Próby dzielenia, konfliktowania czy wbicia klina między protestujących a mieszkańców Warszawy nie wypaliły. O obłudzie rządzących świadczy chociażby fakt, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, będąc kiedyś w opozycji, kanapkami wspierała protestujących, a dzisiaj się oburza i wyraża obraźliwe opinie pod naszym adresem. Tym się jednak nie przejmujemy, robimy swoje.
Jak by nie było, poza PiS, którego klub parlamentarny przyjął uchwałę popierającą protest, a prezes Kaczyński odwiedził protestujących, politycy w przeciwieństwie do ubiegłego roku raczej unikali związkowego zgiełku. Pana zdaniem, protest zrobił wrażenie na politykach?
– Myślę, że zrobił, ale naszym celem nie jest robienie wrażenia na politykach. Jesteśmy wdzięczni Prawu i Sprawiedliwości za stanowisko, ale najbardziej jesteśmy wdzięczni za działania, jakie to ugrupowanie podejmuje, wspierając związkowe postulaty.
Wystarczy przypomnieć poparcie we wszystkich głosowaniach tzw. pracowniczych w Sejmie, czy to w sprawie ustawy o emeryturach, zabieganie o ustawowe regulacje płacy minimalnej, czy poparcie dla szeregu innych rozwiązań propracowniczych. Zawsze mieliśmy w tej partii sojuszników i mam nadzieję, że tak będzie w przyszłości. Jeżeli zaś chodzi o postawę innych ugrupowań, to uważam, że im dalej będą się trzymać od „Solidarności”, tym lepiej. Nie zależy nam na poparciu ugrupowań, które nas w Sejmie zwalczały, zwłaszcza ugrupowań lewicowych, które przyklejając się do nas, chcą jedynie poprawić swój wizerunek i wyniki sondażowe.
A może niektórzy parlamentarzyści, mając na uwadze swoje dokonania antypracownicze i antyspołeczne, po prostu bali się kontaktu z siłą związkową?
– Niewykluczone. Choć nie przyszliśmy pod Sejm, żeby straszyć czy grozić. Jeżeli ktoś czuje obawę, to może podpowiada mu to jego sumienie. Nasze protesty mogą doprowadzić do skrócenia kadencji parlamentu. Zresztą zbieraliśmy podpisy pod apelem o samorozwiązanie obu izb i dla niektórych może to być ostatnia kadencja w ich karierze politycznej, stąd być może obawa.
Czy związkowcy mają ambicje polityczne?
– Chcę podkreślić z całą stanowczością, że „Solidarność” jako związek zawodowy nie ma ambicji politycznych. My nie chcemy zastępować polityków w ich roli, ale zależy nam na tym, aby w parlamencie zasiadali ludzie, którzy zadbają o interes społeczeństwa, a nie tylko o własny czy interes partii.
O czym świadczy fakt, że nikt z ministrów nie spotkał się z protestującymi?
– Jedni są obrażeni, że obnażamy ich bezczynność, brak kompetencji czy nawet złą wolę, inni, nie mając argumentów do rozmowy, woleli unikać konfrontacji. Tak to już jest, że ktoś ma odwagę i kulturę, wychodzi naprzeciw i przyjmuje opinię nawet krytyczną, z którą się nie zgadza, a inny robi unik. Tak czy inaczej nie jest to dla nas jakiś problem, bo podejrzewam, że nawet gdyby wyszli i przyjęli nasze petycje, to z ich realizacją byłoby tak jak do tej pory.
Czy powrót do Komisji Trójstronnej jest jeszcze możliwy?
– Oczywiście, jest możliwy, ale z innymi partnerami. Spodziewam się wcześniejszych wyborów, bo widać, że koalicja PO – PSL nie radzi sobie z rządzeniem, a poza tym zaczyna im się rozsypywać większość parlamentarna, która jest podstawą demokratycznych rządów. Liczymy na nowy rząd, a wtedy dialog wróci. Natomiast w to, że premier Tusk zreflektuje się i zacznie prowadzić dialog społeczny, prawdę mówiąc, nie wierzę.
Czy zatem rząd Donalda Tuska powinien podać się do dymisji?
– Jak najbardziej. Dla dobra Polski i Polaków powinien to zrobić czym prędzej. Inna sprawa czy tę ekipę na to stać. Moim zdaniem – nie.
Władysław Frasyniuk w jednej ze swoich wypowiedzi na temat protestu powiedział, że związki zawodowe nie reprezentują całego świata pracy w Polsce…
– Związki zawodowe reprezentują tych pracowników, którzy chcą być reprezentowani. Są jednak tacy, którzy chcą być indywidualistami, którzy sami chcą sobie radzić z problemami, i to też trzeba uszanować. Są też tacy, którzy zapomnieli o postulatach „Solidarności”, którą współtworzył także pan Frasyniuk, którzy sami są dzisiaj pracodawcami, zmienili poglądy i często krytykują czy wręcz nękają pracowników za to, że zrzeszają się w NSZZ „S”. Wielu jest dzisiaj takich, którzy korzystają z wolności wywalczonej przez „S”, działają w polityce czy biznesie i uznają, że ruch związkowy nie jest im już potrzebny do realizacji karier. Stąd próbują krytykować, a nawet dławić i niszczyć dorobek wywalczony przez ruch społeczny „Solidarność”.
Rząd nie rozmawia ze stroną społeczną, mało tego, próbuje osłabić związki zawodowe…
– Rząd Donalda Tuska jest rządem antyspołecznym, antypracowniczym i antyzwiązkowym, dlatego ustanowił prawo, które ogranicza możliwość organizowania manifestacji, pikiet itp. Są także zapowiedzi zmian w ustawie o związkach zawodowych, które mają utrudnić działalność związkową zwłaszcza na poziomie zakładów pracy. Ograniczając działalność związków zawodowych, rząd pokazuje, że de facto boi się ruchu, który obnaża jego prawdziwe oblicze, błędy i działalność antyspołeczną, samorządową i w wielu innych dziedzinach.
Dzisiejsza manifestacja jest chyba jedną z najliczniejszych manifestacji związkowych po 1989 roku. W tak licznej grupie łatwo o prowokacje, tak jak to miało miejsce podczas Marszu Niepodległości 11 listopada 2012 roku?
– Uczestniczyłem w Marszu Niepodległości 11 listopada ubiegłego roku, szedłem na czele z komitetem honorowym i miałem okazję obserwować na własne oczy ewidentną prowokację.
Widziałem, jak policja tolerowała ludzi w kominiarkach, którzy bez przeszkód wkroczyli między nastawionych pokojowo uczestników marszu. Wtedy nastąpiła interwencja, sfilmowano zamieszki i tylko dzięki człowiekowi, chyba z Lublina, który zaintonował odśpiewanie hymnu narodowego, uspokoiło się. Marsz ruszył i nie było już problemów. Jednak cel tych, którym zależało na podburzaniu nastrojów społecznych, został osiągnięty. Zamieszki zostały wywołane, a w świat poszła informacja, że w Warszawie grupa chuliganów rozrabiała, zamiast świętować.
Obawiam się, że podobna sytuacja może być dzisiaj, bo to sprzyja rządowi i propagandzie, którą uprawia, głosząc, że my nie reprezentujemy interesów pracowniczych, tylko jesteśmy grupą chuliganów, która rozrabia, utrudnia życie mieszkańcom Warszawy. Mamy swoje służby porządkowe i będziemy starać się zapobiegać wszelkim prowokacjom. Tym bardziej że przedstawiciele związków zawodowych policjantów są z nami.
Protest powoli dobiega końca. Co dalej?
– Wszystko zależy od postawy wielu różnych środowisk, w tym również rządu. Trudno prorokować, ale pewne jest, że idą zmiany, zmiany na lepsze. Mam nadzieję, że nasz protest przyspieszy proces tych zmian i oby tak było.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki