• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Szumilas do rekonstrukcji

Wtorek, 3 września 2013 (02:07)

Krystyna Szumilas weszła do ścisłej czołówki ministrów, którzy najbardziej powinni obawiać się dymisji podczas jesiennej rekonstrukcji rządu.

 

To może już ostatni rok szkolny, który zainaugurowała obecna minister edukacji. Odkąd tylko zaistniał temat rekonstrukcji rządu Donalda Tuska, Krystyna Szumilas jest w gronie ministrów najczęściej typowanych do zwolnienia. W czasie urzędowania nie udało się jej ugruntować swojej pozycji. Takie opinie padają nawet z ust posłów PO. – To jeden z najsłabszych ministrów naszego rządu.

Niestety, opozycja ma rację, wytykając MEN bałagan z powodu nieustannego reformowania oświaty czy też kompromitację z obniżaniem wieku szkolnego – często słyszeliśmy w ostatnich tygodniach od partyjnych kolegów Szumilas. Te głosy współbrzmią choćby z opiniami związków zawodowych. – Obniża się poziom nauczania, pogarszają się warunki pracy nauczycieli – wylicza Ryszard Proksa, szef Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. Jak wskazuje, władze centralne przerzucają odpowiedzialność za oświatę na barki samorządów, nie dając im w zamian wystarczających środków w postaci subwencji oświatowej. I choć wiele tych problemów wynika z polityki całego gabinetu, to jednak firmuje je minister edukacji, a te główne projekty były przez nią przygotowywane.

Związki zawodowe mają pretensje, że minister nie panuje nad oświatą. Resort umywa ręce od problemów, godząc się np. na ograniczanie nadzoru pedagogicznego ze strony kuratorów oświaty nad szkołami samorządowymi. Co więcej, minister nawet nie wie, jak duże będą zwolnienia w szkołach. MEN twierdzi, że odejdzie z pracy prawie 7 tys. osób. „Solidarność” i ZNP wyliczają, że będzie to ponad 11 tys. – w tym osoby, którym skończyły się czasowe umowy o pracę i większość z nich w innych szkołach nie znajdzie zatrudnienia. Ponadto 10 tys. nauczycieli ma pracować w mniejszym wymiarze godzin, na niepełny etat.

Resort proponuje zwalnianym kursy, przekwalifikowania – tylko nie wiadomo, jaka będzie skuteczność tych działań, a poza tym cały program może się rozbić o brak pieniędzy w budżecie. Jednym ze sztandarowych projektów szefowej MEN jest „Przedszkole za złotówkę”. Rodzice mają płacić tylko 1 zł za ponadwymiarową godzinę zajęć w przedszkolu, a obniżenie opłat ma służyć upowszechnieniu edukacji przedszkolnej. – Sam w to wierzyłem na początku, ale teraz widać, że to propaganda – mówi poseł PO. – Na moim osiedlu od wielu lat działa przedszkole. Do tej pory bez większych kłopotów, a teraz, jak relacjonowała mi pani dyrektor, jest ich aż nadto. Przede wszystkim z finansowaniem zajęć dodatkowych. Do tej pory płacili za to rodzice, teraz przedszkole nie może takich opłat pobierać. Tylko że bez tego przedszkole nie będzie w stanie zapłacić nauczycielom języka angielskiego czy instruktorom tańca. Zaczęło się kombinowanie, jak te nowe przepisy obejść. Na czym więc polega sukces? Chyba na stworzeniu bałaganu – dodaje parlamentarzysta. Nie tylko do jego biura poselskiego trafiają skargi od rodziców i nauczycieli z przedszkoli na nowy system. A „Przedszkole za złotówkę” pozostanie pustym sloganem.

Tylko co piąty

Minister Krystyna Szumilas ma na koncie jednak jeszcze bardziej nieudaną reformę: obniżenie wieku szkolnego z siedmiu do sześciu lat. To miał być skok edukacyjny. W praktyce okazuje się, że szkoły są nieprzygotowane do przyjęcia sześciolatków – brakuje odpowiednich sal lekcyjnych i zaplecza. Szybko zauważyli to rodzice, z których wielu pozytywnie zapatrywało się na ten pomysł, ale potem sami przekonali się, jak wygląda rzeczywistość.

Nic dziwnego, że tak ogromnym poparciem cieszyła się akcja „Ratujmy maluchy”, której efektem było ponad milion podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w kwestii obniżenia wieku szkolnego. Sprzeciw wobec projektów resortu wyraziło też wielu ekspertów. Rodzice uważnie słuchali dyskusji i mniej niż 20 proc. sześciolatków poszło w tym roku do szkoły. – Szkoły są przygotowane na przyjęcie sześciolatków – uparcie powtarzała minister Szumilas. Teraz jednak musiała przyznać, że naukę w tym wieku rozpocznie tylko 60 tys. dzieci. – To porażka. I to mimo tej nachalnej kampanii reklamowej, jaka była obecna w mediach. Resort wydał na nią miliony złotych, a efekt okazał się mizerny – przyznaje jeden z senatorów PO.

Ryszard Proksa jest mniej dyplomatyczny. Uważa, że pomysł z sześciolatkami był typową partyjną inicjatywą, która uderza w szkołę i dzieci, bo system oświatowy nie jest gotowy na przyjęcie dwóch roczników. W momencie gdy nauka dla sześciolatków będzie obowiązkowa, w jednym roczniku będzie nie 350 tys. dzieci, a prawie 700 tysięcy. – I tak wielki rocznik będzie szedł przez 12 lat nauki – ostrzega Proksa. A przecież dla tej grupy nikt nie będzie dobudowywał klas w szkołach.

Być może sprawa edukacji nie obchodziłaby premiera, gdyby nie to, że jest to jeden z elementów wpływających na kiepskie notowania rządu. Rodzice coraz bardziej krytycznie oceniają zmiany w edukacji, bo słyszą zewsząd utyskiwania na spadek poziomu nauczania, co zaczyna dotykać nawet licea ogólnokształcące, gdzie powinna trafiać najzdolniejsza młodzież. I ci zdolni są coraz słabiej przygotowani do podjęcia nauki na studiach – o czym alarmują wykładowcy.

To wszystko powoduje, że notowania minister edukacji są coraz niższe. Jeśli Donald Tusk przeprowadzi jesienną rekonstrukcję rządu – a coraz więcej na to wskazuje – to dni Krystyny Szumilas w ministerialnym gabinecie są policzone. – Pani minister próbuje ratować skórę, stała się ostatnio bardzo aktywna. Poza kampanią reklamową na temat sześciolatków zwołała też kilka konferencji prasowych, udziela wywiadów. Słowem – bryluje w mediach. Ale to raczej jej nie pomoże – zastrzega nasz rozmówca z władz krajowych PO. Jego zdaniem, Tusk pozytywnie patrzy na potyczkę, jaką Szumilas toczy ze związkami zawodowymi zwłaszcza wokół Karty nauczyciela, ale to może nie wystarczyć do uratowania posady.

Krzysztof Losz