• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Sposób na tańsze podręczniki

Wtorek, 3 września 2013 (02:06)

Za komplet podręczników rodzice powinni płacić nie kilkaset, a kilkadziesiąt złotych – przekonują politycy Prawa i Sprawiedliwości. I pokazują propozycje rozwiązań, które miałyby do tego doprowadzić.

– Podręczniki w Polsce to dziś bardzo duży wydatek. Tak być nie może. Komplet podręczników nie powinien kosztować więcej niż 50 złotych. Chodzi o to, żeby podręczniki były dostępne i nie były dla rodzin wielkim, często ponad siły, obciążeniem. To jest dzisiaj kwestia naprawdę ogromnie istotna – powiedział wczoraj prezes PiS Jarosław Kaczyński.

PiS proponuje więc zmianę sposobu wyposażania dzieci w podręczniki, których ceny w Polsce należą do najwyższych w Europie. Według posła Kazimierza Michała Ujazdowskiego, na ten stan rzeczy wpływ ma przede wszystkim swoista zmowa urzędników i wydawców. – To, że mamy najdroższe podręczniki, to nie rezultat wolnego rynku, jak nam się wmawia, ale tego, że mamy w tej sferze układ zamknięty. Jest to sfera opanowana przez układ zamknięty stworzony przez urzędników i wydawców podręczników.

To ten układ winduje ceny. Jego mechanizm jest prosty: ciągłe zmiany programowe polegające na konieczności opracowywania i drukowania ciągle nowych podręczników. Pojawiają się też ćwiczeniówki właściwie do każdego przedmiotu. Każdy, kto pamięta dawną szkołę, wie, że ćwiczeniówka była czymś pomocniczym, niejednokrotnie ćwiczenia mieściły się w podręczniku. Efekt jest bardzo wymowny i dramatyczny z punktu widzenia rodziców o średnich i niskich dochodach: najwyższe ceny podręczników – wyjaśnił Ujazdowski. Zaznaczył, że w krajach Europy Zachodniej podręczniki kosztują po kilka euro za jeden, a cena kompletu nie przekracza, w przeliczeniu na naszą walutę, 150 złotych.

Według Ujazdowskiego, sposób wyposażania uczniów w podręczniki należy zmienić, czerpiąc inspirację z już praktykowanych sposobów z innych państw. – Szwecja dostarcza bezpłatnie podręczniki. Jeden z przykładów niemieckich, Nadrenia: szkoła dostarcza podręczniki, rodzice kupują tylko ćwiczeniówki. Czechy: do 9. klasy uczniowie wypożyczają podręczniki ze szkoły i zwracają je z końcem roku szkolnego. Zakłada się, że są użytkowane co najmniej przez 5 lat – mówił Ujazdowski. Podał też przykład Słowacji, gdzie państwo kupuje prawa autorskie do podręczników, istotną część digitalizuje, a następnie udostępnia w sieci i podręczniki są dobrem publicznie dostępnym.

PiS chce m.in. ograniczenia liczby możliwych do wyboru przez nauczycieli podręczników, a także większej stabilności programu nauczania. – Proponujemy rozcięcie układu zamkniętego i przywrócenie czegoś, na co oczekują wszyscy rodzice w Polsce, którzy ponoszą trud i wysiłek edukacji dzieci. Ministerstwo edukacji powinno w procedurze konkursowej wybierać nie więcej niż dwa podręczniki do przedmiotu, wykupywać prawa autorskie i zlecać druk samemu, pomijając wydawców. Powinniśmy też przyjąć zasadę niezmieniania podręczników przez co najmniej 5 lat – tłumaczył Ujazdowski. Ocenił, iż dzięki temu, że MEN dystrybuowałoby podręczniki, nie zarabiając na ich sprzedaży, koszt kompletu mieściłby się w sumie 50 złotych.

PiS zaproponowało także wprowadzenie karty rodziny wielodzietnej. Michał Dworczyk, radny PiS w Warszawie, poinformował wczoraj, że do końca tego roku w blisko 200 miastach w całej Polsce, gdzie jego partia ma swoich reprezentantów w samorządach, PiS złoży projekty uchwał tworzących kartę rodziny wielodzietnej. Na jej podstawie rodziny z trojgiem i większą liczbą dzieci mogłyby liczyć na różnego rodzaju ulgi. – Chodzi np. o darmowy dostęp do miejscowej komunikacji, ulgi w dostępie do obiektów sportowych nadzorowanych przez samorząd, do samorządowych instytucji kultury oraz pierwszeństwo w najmie lokali komunalnych – wyjaśniał Dworczyk. Tego typu karta miałaby także umożliwiać włączenie się do programu wspierania rodzin wielodzietnych prywatnym przedsiębiorcom. Lokalne firmy, które dawałyby dużym rodzinom rabaty na swoje usługi lub towary, mogłyby bezpłatnie reklamować się na stronach internetowych samorządów.

Artur Kowalski