• Wtorek, 24 marca 2026

    imieniny: Marka, Katarzyny, Gabriela

Optymiści mają łatwiej

Piątek, 30 sierpnia 2013 (02:09)

 Z Sebastianem Kawą, najbardziej utytułowanym pilotem szybowcowym, rozmawia Piotr Skrobisz

 

 

Pamięta Pan, kiedy ostatnio nie wygrał wielkich zawodów?

– Tak, pamiętam. Było to w Rieti, we Włoszech, specyficznych górach, niezbyt wysokich, ale z długimi zboczami. Nie mogłem potrenować przed zawodami z powodu kiepskich warunków atmosferycznych. Wygrali Niemcy, którzy rokrocznie przyjeżdżali tam na wakacje, by sobie polatać rekreacyjnie. Który to był rok? 2007 albo 2008 (śmiech).

Ale na mistrzostwach świata i Europy, od 2003 roku, jest Pan poza zasięgiem kogokolwiek.

– Zgadza się. 15 razy zdobyłem złoty medal.

Gdzie tkwi tego tajemnica?

– Cóż, pewnie jestem w tym dobry. Nie da się jednak ukryć, że w pewnym ważnym etapie kariery miałem szczęście, a konkretnie możliwości, by wyjeżdżać za granicę i sprawdzać się w międzynarodowych zawodach. Zawdzięczam to rodzicom. W Polsce jest wielu utalentowanych pilotów, którzy nie tylko nie ruszają się z kraju, ale nawet regionu, w którym mieszkają. Latają zatem u siebie, a gdy przyjdzie im wyruszyć, przykładowo, w góry, napotykają mnóstwo problemów. Latają, dodam, gdy pozwala im na to pogoda, bardzo kapryśna i nieprzewidywalna. W południowej Europie pod tym względem jest zupełnie inaczej.

Zmieniły się też czasy, wszystko podrożało, pojawiła się wszechobecna biurokracja. Coś, co powinno być traktowane jak rower, oczywiście „powietrzny”, jest uważane za wielką działalność lotniczą, niemal pasażerską. Na początku roku nagle okazało się, że wszystkie polskie samoloty holujące szybowce nie mogą startować, bo nie wydano odpowiednich przepisów. Gdy musieliśmy wymienić licencje na europejskie, utraciliśmy większość uprawnień, m.in. do latania w chmurach czy w nocy, wykonywania akrobacji. Każdy musiał zdobyć je na nowo, co przecież zakrawało na totalną bzdurę. Trzymamy się chyba tylko dlatego, że jest parę osób, ikon szybownictwa, ciągnących cały wózek do przodu, zdobywających medale wielkich imprez, przez to przypominających, że jest taka dyscyplina sportu. Gdyby nie te sukcesy, to wszystko by się pewnie załamało.

Na czym polega sztuka dobrego pilotażu?

– Najłatwiej zauważyć różnice między zawodnikami, gdy na niebie są chmury. Dobry pilot potrafi bardzo wiele wyczytać z ich kształtu, zachowania się, rozwoju, a co za tym idzie – umie minimalnymi nawet korektami kursu zmienić tak tor swojego lotu, że prawie przez cały czas będzie popychany do góry przez wznoszące się powietrze. W szybownictwie kluczem do sukcesu jest bowiem meteorologia, przewidywanie, jak pogoda może się zmienić. Wiodące kraje do tych zadań zatrudniają całe sztaby ludzi. Na mistrzostwa przejeżdżają w sile dwudziestu osób, wśród których jest przykładowo po dwóch zawodników w trzech klasach, a także pomocnicy, menedżerowie, taktycy, meteorolog. Wszyscy oni wzajemnie sobie pomagają, podpowiadają. Dla porównania podam, że na tegoroczne mistrzostwa Europy we francuskim Vinon-sur-Verdon wybrałem się sam z tatą. Nikt mi nie mówił, jaka może być pogoda, jak i kiedy najlepiej lecieć. Ale wygrałem.

Bo to Pan jest „królem przestworzy”. Taki przydomek nie bierze się znikąd.

– Spokojnie, wspaniałych pilotów jest zdecydowanie więcej, choćby u nas. Wie pan, zawodnicy na najwyższym poziomie mają podobny poziom wyszkolenia i umiejętności. Wygrywa się zatem głową, mocną psychiką. Mistrzostwa nierzadko trwają dwa tygodnie, przez ten czas trzeba radzić sobie z napięciem, ktoś kogoś ściga, ktoś ucieka, przewaga się powiększa lub zmniejsza etc. Tymczasem jeden błąd może zniweczyć cały wysiłek. Dlatego tak ważna jest umiejętność radzenia sobie z presją. Optymiści mają w tej kwestii łatwiej.

Jak w szybownictwie rozkładają się proporcje między człowiekiem a sprzętem?

– Sprzęt mamy bardzo podobny, każdy o niego dba, jak potrafi. Dobry pilot może dzięki umiejętnościom zyskać sto metrów, sam sprzęt jakieś trzy do pięciu.

Szybowce mają dla Pana jeszcze jakieś tajemnice?

– Oczywiście. Straszliwie żałuję, że nie ma już u nas zakładów szybowcowych, takich, jakie były dawniej. Nie tylko tworzących je, ale i badających. Przed laty na wyższych uczelniach były instytuty zajmujące się całymi teoriami latania, dziś zajmują się one jedynie sprawami, za które dostaną konkretne pieniądze.

Jak wiele godzin spędził Pan w powietrzu?

– Na szybowcu już blisko pięć tysięcy.

Którą z nich pamięta Pan najlepiej?

– Na początku tego roku podczas zawodów we Francji omal nie przegrałem wszystkiego już w pierwszej konkurencji. Długo nie mogłem nabrać wysokości przed startem, moi konkurenci już dawno lecieli, gdy ja zaciskałem zęby i próbowałem wycisnąć maksimum ze straconej pozycji. Udało się, choć przede mną było 400 kilometrów, a nad lotnisko uniosłem się dopiero o godz. 15.00.

Szybowce dostarczają niezwykłych wrażeń. Wykorzystujemy siły natury, przez co w każdej chwili może się wydarzyć coś nieprzewidywanego. Latamy bez silników, a potrafimy pokonać dystans kilku tysięcy kilometrów. Rekordowy przelot miał 3008 km długości. Szybowce wznoszą się na wysokość przekraczającą 16 kilometrów, frunąłem już ponad szczytami Andów. Widziałem z bliska, jak alpiniści wspinali się na szczyty, podczas gdy ja przelatywałem obok nich w ciepłej kabinie. Bywałem w terenach dziewiczych, niedostępnych dla ludzi.

Ile lat Pan lata?

– 25.

Jak bardzo przez ten czas szybowce się zmieniły?

– Do dziś są wykorzystywane szybowce szkolne, na których się uczyłem. Sprzęt starzeje się powoli. W klasie standard korzystamy z szybowców dziesięcioletnich, w 18-metrowej nawet starszych. Konstruktorzy doszli do takiej granicy, że niewiele już można poprawić.

Ma Pan marzenie, którego do tej pory nie udało się Panu zrealizować?

– O tak. Na razie zabrakło mi i czasu, i pieniędzy, by zorganizować wyjazd w Himalaje. To takie skryte marzenie.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz