• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Ryli na wrakowisku

Czwartek, 29 sierpnia 2013 (02:06)

Chcieli ukraść tyle pieniędzy, ile się da. Przeszkodziła im blokada i zabezpieczenia karty bankomatowej Andrzeja Przewoźnika. Sam proces żołnierze szabrownicy określają mianem „kuriozalnego” następstwa.

 

Pieniądze wydawali na jedzenie, alkohol, prostytutki, łaźnię i grę na automatach.

Wczoraj czterej szeregowi rezerwy składali wyjaśnienia. Mieli w rosyjskiej armii stanowisko strzelca, obecnie wszyscy są też żonaci. Postanowili także uznać w całości roszczenie o zadośćuczynienie strat moralnych w wysokości 10 tys. złotych. Ich pełnomocnicy mają jedynie wątpliwości, czy mogą wpłacić pieniądze na konto Memoriału, jak tego chce rodzina Andrzeja Przewoźnika. Stowarzyszenie zostało uznane niedawno przez władze za „zagranicznego agenta” i podlega szeregowi obostrzeń prawnych, które powszechnie uważa się za szykany wobec politycznie niewygodnych organizacji pozarządowych. Ostatecznie zdecydowali się dziś rano dokonać odpowiedniego przelewu. 

Strategia na litość

Adwokaci wciąż grają kartą sytuacji osobistej oskarżonych, mówią o żonach (które nie pracują), małych dzieciach i chorych rodzicach. Zadają pytania tak, by podkreślić przypadkowy („spontaniczny”) charakter przestępstwa, które miało być przejawem młodzieńczej głupoty, bezmyślnym impulsem. Czy ten stan całkowitego bezkrytycyzmu mógł trwać przez trzy, cztery dni?

– Mówicie, że podejmowaliście pieniądze „spontanicznie”. A trzy dni łamania dyscypliny wojskowej, chodzenia do restauracji, picia alkoholu, spotkań z kobietami określonej profesji? To też spontanicznie? – spytał sędzia ppłk Rauf Ibragimow. – Nie – odpowiedział oskarżony Artur Pankratow. – To jak? Wypłacaliście spontanicznie? A wydawaliście już nie spontanicznie? – dopytywał sędzia. – Wychodzi na to, że tak – słyszymy w odpowiedzi podsądnego.

Pierwszy zeznawał Siergiej Syrow, który znalazł torbę z portfelem Przewoźnika i zabrał ją z miejsca katastrofy. Ma 24 lata. Urodził się w miasteczku Dubna w obwodzie tulskim (180 km na południe od Moskwy). Obecnie mieszka w Lubercach pod Moskwą, gdzie pracuje jako kierowca. W 2004 r. był skazany (jako małoletni) na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu za grabież.

Kolejny oskarżony to Artur Pankratow, 27-latek. Urodził się w małej wsi Czerniowiec w obwodzie kurskim, skąd przeniósł się do najbliższego miasteczka rejonowego Pristeń, a później do Kurska. Ma wyższe wykształcenie, pracuje na czarno w firmie sprzedającej i montującej okna. W 2005 r. skazano go na 2,5 roku więzienia w zawieszeniu za wprowadzanie do obiegu fałszywych pieniędzy.

Igor Pustowar to najstarszy z oskarżonych. Jako jedyny nie ma przeszłości kryminalnej i tylko jemu dowódca jednostki wystawił pozytywną ocenę z przebiegu służby. Kilka dni temu skończył 30 lat. Urodził się i mieszka w Smoleńsku. Pracuje w miejscowej firmie budowlano-montażowej.

Wreszcie ostatni Jurij Sańkow, starający się wyraźnie zdystansować od kolegów i pomniejszyć swój udział w sprawie. Ma 22 lata. Urodził się i mieszka w mieście Kaszira (40 tys. mieszkańców) nad Oką (100 km na południe od Moskwy). Pracuje w magazynie meblowym. W 2007 r. był skazany (jako małoletni) na 2 lata w zawieszeniu za kradzież.

Podawane przez nich fakty nieco się różnią, czasem się uzupełniają. O nowych okolicznościach dowiadujemy się, gdy sąd odczytuje zeznania złożone podczas śledztwa jeszcze w 2010 roku. Jak wynika z przebiegu wysłuchań i protokołów, chor. Aleksiej Janczenkow wyznaczył Syrowa, Pustowara i Pankratowa (oraz żołnierza o nazwisku Łatyncew, który nie wziął udziału w przestępstwie) do pchania trapu samolotu.

Podoficer kazał im czekać na samolot w karetce sanitarnej, gdzie byli kierowca, lekarz i pielęgniarka. Syrow z Pustowarem w pewnym momencie poszli do toalety w jednym z budynków. Gdy Janczenkow zorientował się, że samolot mógł się rozbić, kazał natychmiast jechać go szukać. Dwaj żołnierze po wyjściu z toalety zauważyli, że coś się stało. Było poruszenie, ludzie gdzieś biegali, ich karetka odjechała, ale dogonili ją, gdy stała przed szlabanem, którego nie miał kto podnieść. W końcu pojazd pojechał z wszystkimi szukać samolotu. Znaleźli się ok. 100 metrów od wraku.

– Był rozbity na drobne części, widać było fragmenty ludzkich ciał – relacjonuje Syrow.

To on oddalił się od grupy i znalazł czarną torbę, którą otworzył, jak twierdzi, z ciekawości. Ale jeden z jego kolegów zauważył, że musiał aż kopać ziemię, żeby ją wyciągnąć. W środku zobaczył portfel i zabrał go. Prawdopodobnie już wtedy go otworzył i szybko przejrzał zawartość. Nie miał czasu, bo zawołał go Janczenkow i kazał wszystkim wracać do jednostki. Podsądni nie pamiętają, by chorąży kazał im tworzyć jakiś kordon, jak on sam zeznał jeszcze we wtorek.

W portfelu było trochę polskich pieniędzy, fotografie dzieci, karty płatnicze i wizytówki. Podsądni starali się odczytać personalia właściciela i udało im się stwierdzić, że ma imię podobne do rosyjskiego Andriej. Najbardziej zainteresowała ich jednak karteczka z wypisanymi cyframi i napisem „PIN”. Postanowili spróbować pobrać pieniądze.

Trzej oskarżeni nie są zgodni co do dokładnych okoliczności ich zmowy. Wiadomo, że Syrow pokazał Pustowarowi i Pankratowowi zawartość portfela. Ale nie wiadomo gdzie i kiedy. Nie wiadomo też, kiedy ustalili, że będą wypłacać pieniądze. Gdy trójka wychodziła przez wartownię, spotkali Sańkowa. Syrow powiedział koledze, że idą do bankomatu. Wtedy Sańkow przypomniał, że jest mu winien 200 rubli (ok. 20 zł), które może przy okazji zwrócić. Przez cały dzień przebywał w budynku sztabu i przypadkiem zszedł do wartowni. Początkowo nie wierzył kolegom, że była katastrofa. 

Sensacja w koszarach

Według Syrowa i zeznań Pustowara w śledztwie, Pankratow i Pustowar dowiedzieli się o portfelu „z samolotu” jeszcze w koszarach. I już wtedy zgodzili się wspólnie na plan Syrowa wykorzystania kart. Teraz Pustowar i Pankratow twierdzą, że doszło do tego pod bankomatem, zaś z jednostki wyszli dla towarzystwa, i sądzili, że Syrow będzie oddawał pieniądze, podejmując je z własnej karty, na którą rodzice mogli mu przelać jakieś pieniądze.

Do urządzenia podeszli Syrow i Pankratow, a pozostali obserwowali go z pewnej odległości. Próbowali dopasować kolejne karty do znanego numeru PIN, aż w końcu z jednej z nich udało się podjąć 4 tys. rubli (ok. 400 zł). Potem jeszcze wiele razy próbowali podejmować pieniądze z pozostałych kart, chociaż wiedzieli, że posiadany numer do nich nie pasuje.

Łącznie 11 razy wypłacili różne sumy z karty, do której PIN pasował, przy czym próbowali jeszcze więcej, ale urządzenie odmawiało z powodu przekroczenia limitu wypłaty jednorazowej lub limitu dziennego. – Chciałoby się wziąć, ile się da, jak najwięcej – przyznał Syrow. Przy bankomacie zmieniali się, do urządzenia podchodzili najczęściej po dwóch, ale karta na stałe była u Syrowa razem ze skradzionym portfelem Przewoźnika.

Sańkow twierdził początkowo, że on sam uznał wypłacone pieniądze za wystarczające i nie chciałby zabierać już nikomu więcej. Ale na pytanie sądu, dlaczego nie pobrali pieniędzy z pozostałych kart, odpowiedział, że dlatego, iż nie znali PIN-u, a nie z powodu jakoby moralnych zahamowań. To Sańkow, który w pewnym sensie dołączył do grupy, pod pierwszym bankomatem zaproponował, że będą się odtąd dzielić pieniędzmi wszyscy czterej po równo. Dziś przyznaje, że bardzo chciał mieć udział w „łatwych pieniądzach”. – Trudno było mi wtedy zrezygnować. Nie myślałem, że będą takie kuriozalne następstwa – stwierdził przed sądem. I został za to wyrażenie upomniany.

Wszyscy oskarżeni przyznają, że żaden z nich nie zaproponował, by oddać portfel np. dowódcy lub zrezygnować z pobierania pieniędzy.

Po pierwszych 4 tys. rubli pobrali jeszcze 7,5 tys. (tyle wynosi limit jednorazowej wypłaty) i dodatkowe tysiąc. Na wydrukowanym potwierdzeniu była też suma dostępnych środków – 165 tys. rubli. Wrócili na obiad do jednostki. Po południu urządzili rajd po innych bankomatach miasta, ale tylko Sbierbanku, bo wydał im gotówkę i uważali, że jest najlepszy (to największy bank Rosji). Wychodzili na miasto także 11 i 12 kwietnia, za każdym razem wypłacając pieniądze, dopiero 13 kwietnia zamiast gotówki maszyna wyrzuciła kartkę informującą o zablokowaniu karty. Bankomat ją zatrzymał i przygoda z „łatwymi pieniędzmi” się skończyła.

Portfel z kartami i pieniędzmi trzymali zakopany poza jednostką, bo bali się przynosić do koszar duże sumy pieniędzy. Umowy o równym podziale środków w zasadzie dotrzymali, w zasadzie, bo z czasem z podziału wyłączono Pankratowa, który nie chodził razem z pozostałymi (głównie Syrowem i Pustowarem) z powodu jakichś nieporozumień. Pankratow nawet coś podejrzewał i dopominał się o należną część. Nie chciał też uwierzyć kolegom, że karta, do której znali PIN, została w maszynie i już więcej pieniędzy nie wyda.

Za każdym razem poborowi opuszczali jednostkę, łamiąc jej regulamin. Ale – jak wyjaśniają – nikt na to nie zwracał uwagi ani wcześniej, ani później. Pieniądze, poza restauracją „Opasły Szop”, wydawali też na zakup alkoholu, różnego jedzenia, papierosów, grę na automatach oraz wieczory spędzane w bani. Syrow z Pustowarem korzystali też dwa razy z usług prostytutek.

W tym czasie rozpoczynały się na lotnisku czynności dochodzeniowe, przybyli premierzy Rosji i Polski, ministrowie, generałowie i śledczy. Można było przypuszczać, że w jednostce zapanuje większa dyscyplina i dowództwo będzie utrzymywać żołnierzy w gotowości do pomocy służbom zajmującym się usuwaniem skutków katastrofy. Nic bardziej mylnego. Czterem podsądnym nie przeszkadzała ani wyjątkowość zdarzenia, ani ogłoszona w Rosji 12 kwietnia żałoba narodowa. Podczas gdy setki mieszkańców Smoleńska przychodziło w okolice lotniska z kwiatami i zniczami, żołnierze, którzy byli na miejscu katastrofy zaraz po runięciu tupolewa, bawili się w mało wyszukany sposób za pieniądze jednej z ofiar.

Łącznie wypłacili ok. 60 tys. rubli (ponad 6 tys. zł). Pytany o motywy Syrow nie potrafił powiedzieć niczego konkretnego. – Nie było nigdy pieniędzy, w wojsku słabo karmią, chciało się kupić coś, podjeść – mówił. Dodaje oczywiście, że bardzo żałuje bezsensownego kroku, który mu „złamał życie”. Podkreśla, że ma żonę, która nie pracuje, małe dziecko i jest jedynym żywicielem rodziny. Chciałby zmienić przeszłość, ale już nie może.

Dziś przed sądem prokurator zaprezentuje tzw. dowody materialne, czyli przede wszystkim nagrania z bankomatów i wyciągi z operacji przy użyciu kart.

Piotr Falkowski, Smoleńsk