• Wtorek, 10 marca 2026

    imieniny: Cypriana, Marcelego

Nie ma ropy ani gazu - nie ma interwencji

Sobota, 21 lipca 2012 (20:30)

Z dr. Przemysławem Osiewiczem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz ekspertem Instytutu Sobieskiego, rozmawia Marta Milczarska  

Jakie są możliwe scenariusze rozwoju konfliktu w Syrii?

- Trudno przewidzieć, a jeśli potrafiłbym jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, to pewnie byłbym sekretarzem generalnym ONZ. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że nawet sekretarz generalny nie zna odpowiedzi. Scenariusze można sobie jedynie wyobrazić. A najbardziej prawdopodobny jest taki, w którym nic się nie zmieni, w którym będziemy nadal obserwowali rywalizację wewnętrzną między siłami popierającymi prezydenta Baszara al-Asada a tak zwaną Radą Wolnej Syrii.  I wynik tej rywalizacji, jeżeli nie będzie zewnętrznej interwencji, może być tylko jeden: zwłaszcza przy miażdżącej przewadze, przede wszystkim w uzbrojeniu, prędzej czy później siły prorządowe zwyciężą. Drugi scenariusz rozwoju tego konfliktu zakłada jakąś zewnętrzną interwencję, która w tej chwili jest bardzo mało prawdopodobna, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Rosja i Chiny są temu zdecydowanie przeciwne, ale też oficjalnie przedstawiciele państw zachodnich w Radzie Bezpieczeństwa oświadczają, że na razie takiego scenariusza nie rozważają, lecz chcą się skupić na sankcjach.

Jest szansa na rozwiązanie tego konfliktu przez ONZ mimo wetowania rezolucji i blokowania ze strony Chin i Rosji?

- Karta Narodów Zjednoczonych bardzo precyzyjnie określa sytuację, w której można podjąć taki środek ostateczny - bo to jest środek ostateczny - po wyczerpaniu wszystkich innych środków. Karta wskazuje jednoznacznie, że wymagana jest tutaj zgoda wszystkich stałych członków RB ONZ. I Chińska Republika Ludowa, i Federacja Rosyjska są stałymi członkami Rady, trudno więc sobie wyobrazić, aby pozwoliły na interwencję. Tak samo trudno sobie wyobrazić, żeby z pominięciem rezolucji ONZ takie państwa, jak np. USA, Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, podjęły jakąkolwiek interwencję. Tym bardziej że stawka nie jest tak wysoka, żeby, mówiąc brutalnie, im się to opłacało. Ponieważ mielibyśmy tutaj do czynienia z bardzo wyraźnym pogorszeniem stosunków globalnych, np. między Staniami Zjednoczonymi a Rosją i Chinami. I to jest właśnie ta stawka, której USA z pewnością nie zaryzykują. To nie jest Irak, to nie jest Libia, gdzie, mówiąc wprost, było o co się bić, było o co rywalizować. To jest bardziej przeciąganie liny i rywalizacja polityczna, gdyż tak naprawdę Syria nie dysponuje niczym szczególnym z gospodarczego punktu widzenia, aby interwencja się opłacała. Brzmi to brutalnie, ale taka jest prawda, że poza deklaracjami i oświadczeniami  nie sądzę, żeby doszło do jakiejkolwiek interwencji z pominięciem ONZ.  Nie mówiąc o tym, że byłoby to jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego. 

Stany Zjednoczone nasilają sankcje i nakładają kolejne embarga na konkretne osoby. Jest w tym jakikolwiek sens, skoro wszystko, czego odmówią USA, dają Rosja i Chiny?

- Trzeba zwrócić uwagę także na to, że jakiekolwiek embargo gospodarcze uderza nie w elity państwa, tylko w najniższe warstwy, czyli mówiąc kolokwialnie, w szarych ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z władzą i to oni jako pierwsi odczuwają skutki embarga gospodarczego. To właściciele małych i średnich firm odczuwają te skutki. Zatem to jest dobry środek, ale tylko z pozoru.

Oczywiście najbardziej przerażające jest to, że giną cywile: kobiety i dzieci. Niestety, mamy do czynienia z przykładem „realpolitik”.  Spójrzmy chociażby na Libię: nie było jeszcze rezolucji, nie było zgody na interwencję, a już niektóre państwa podjęły zdecydowane kroki i bardzo jasno się określiły przeciwko Kaddafiemu. Co ciekawe, wówczas także ginęli cywile i skala była porównywalna, a tam reakcja była natychmiastowa, natomiast tutaj nie. Dlaczego? Ponieważ Libia dysponuje ropą i gazem, a Syria nie. Wzniosłe oświadczenia i wyrażanie ubolewania z powodu śmierci cywilów niczego tutaj nie zmieniają. Brutalna prawda jest taka, że społeczność międzynarodowa przez te kilkanaście miesięcy przyzwyczaiła się do codziennych komunikatów o śmierci kilkudziesięciu osób dziennie i to nie robi już wrażenia. Sam nie wiem, co musiałoby się tam zdarzyć, żeby wstrząsnęło to opinią publiczną.  Organizacje pozarządowe apelują, żeby coś z tym zrobić, ale na tym się kończy, nie ma żadnych zdecydowanych działań.

Co w tej chwili można tak naprawdę zrobić?

- Jedyny sposób to wywarcie silnej, silniejszej niż do tej pory, presji na Rosję i na Chiny. Ani rząd rosyjski, ani chiński nie zmienią w najbliższym czasie stanowiska w tej sprawie, a przynajmniej nic na to nie wskazuje. Można spróbować na przykład bojkotu towarów chińskich czy rosyjskich na skalę światową, żeby uderzyć w firmy pochodzące z tych państw. Ale to pomysł naiwny, nierealny i z góry skazany na niepowodzenie.

W środę rebelianci dokonali pierwszego zamachu w Damaszku, w którym  zginęli ważni przedstawiciele reżimu. Czy można nazwać to pierwszą ofensywą ludności?

- Próby z pewnością były podejmowane wcześniej, lecz nieudane. A teraz udało się rebeliantom zabić ludzi, którzy byli w najbliższym otoczeniu Asada. Do tej pory Damaszek wychodził z tej rewolucji obronną ręką, a teraz mamy ofensywę zachodniej części Damaszku na szeroką skalę.

Analitycy syryjscy twierdzą, że Asad chce zrobić porządek przed ramadanem, który się właśnie zaczyna. Chce też pokazać siebie jako dobrego muzułmanina, który wprowadza pokój. Muzułmanin nie powinien walczyć w okresie ramadanu. Nie ma jednak co liczyć na zawieszenie ognia, w grę wchodzi niestety radykalne rozwiązanie.  Na pewno zabicie przedstawicieli reżimu podbudowało morale rebeliantów. Przekonali się, że nawet nie dysponując ciężkim sprzętem, mogą wiele. Rebelianci uwierzyli, że skoro są w stanie dotrzeć do numeru 2 lub 3 w państwie, to czemu nie miałoby się to udać w przypadku numeru 1?  Podejrzewam, że takie właśnie jest założenie i prędzej czy później będą próbowali podejść jak najbliżej pałacu prezydenckiego w Damaszku, a nie są tak naprawdę daleko, bo w linii prostej to kilkanaście kilometrów. Asad przegapił moment, w którym mógł podjąć rozmowy i bez większych konsekwencji zakończyć ten konflikt. Było to rok temu. Wówczas mógł ocalić i głowę, teraz konflikt może zakończyć się tylko odsunięciem Asada od władzy. Albo ucieknie, albo zginie jak Kaddafi. Powstańcy wiedzą, że jeśli zabraknie Baszara al-Asada, reżim się załamie. Dopóki Asad jest przy władzy i kontroluje armię, ten dramat będzie trwał.

Jest na scenie politycznej inne państwo, które do tej pory nie brało udziału w  tej sprawie, a które mogłoby mieć wpływ na zakończenie konfliktu w Syrii?

- Bez wątpienia Turcja jest państwem kluczowym, które może rozgrywać kwestie wewnętrzne w Syrii. Władze Turcji do zeszłego roku popierały Baszara al-Asada. Wcześniej rząd zdominowany przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju doprowadził do normalizacji w relacjach z Syrią. Jednak gdy prezydent Syrii wydał rozkaz strzelania do cywilów, praktycznie z dnia na dzień Turcy zmienili front i poparli opozycję. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan jednoznacznie potępił syryjski reżim i personalnie Asada za zabójstwa cywilów. Turcy też jako pierwsi zaczęli przyjmować uchodźców. Poza tym nie jest tajemnicą, że uzbrojenie trafia do rebeliantów syryjskich przede wszystkim przez terytorium tureckie. Turcja angażuje się w sprawę syryjską, dlatego ugrupowania opozycyjne spotykają się właśnie na terytorium Turcji. Myślę, że z punktu widzenia Ankary jest to inwestycja długoterminowa. Tureckie władze liczą, że opozycja w końcu tę próbę sił wygra i będą miały swoich ludzi w Damaszku, ludzi przyjaźnie nastawionych do Turcji i do planu budowy szerszego sojuszu politycznego na Bliskim Wschodzie czy też do umacniania wpływów tureckich w regionie. Turcja może odegrać pozytywną rolę, jeśli wpłynie na przyspieszenie zmian w Syrii i zaprzestanie walk.

Dziękuję za rozmowę

Marta Milczarska