• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Recydywa przy trapie

Środa, 28 sierpnia 2013 (02:10)

„Nasz Dziennik” ujawnia:

Trzech spośród czterech żołnierzy oskarżonych o kradzież pieniędzy Andrzeja Przewoźnika 10 kwietnia 2010 r. zostało wyznaczonych do pchania trapu, po którym mieli schodzić pasażerowie Tu-154M

 

Dziś cała czwórka nazywa odrażającą grabież zwłok głupotą, spontanicznym, bezmyślnym czynem. Żałują, mówią o „rysie do końca życia”.

10 kwietnia 2010 r. ich „wycieczka” po bankomatach z kartą Przewoźnika skończyła się półtoragodzinną, mocno zakrapianą balangą w restauracji „Opasły Szop”. Byli żołnierze liczą na wyrok w zawieszeniu i próbują zrobić na sądzie jak najlepsze wrażenie. Pełnomocnicy Igora Pustowara i Siergieja Syrowa wręczyli sędziemu cały plik dokumentów potwierdzających to, co powtarzają też w rozmowie z dziennikarzami.

W pliku kartek są akty małżeństwa Pustowara i Syrowa oraz urodzenia ich dzieci, dobre opinie z obecnej pracy, a także zaświadczenia o chorobie rodziców-emerytów i zwrocie skradzionych pieniędzy rodzinie Andrzeja Przewoźnika. Mamy wraz z sędzią uwierzyć, że w ich życiu nastąpiła stabilizacja, są potrzebni żonom, dzieciom i schorowanym rodzicom.

– To była głupota. Byliśmy młodzi, durni. Nie wiem, jak można było tak zrobić. Wiedzieliśmy, że przy bankomatach są kamery. Ale jakoś nie myślałem o tym – mówi Pankratow. Rzeczywiście trudno uwierzyć w aż taką bezmyślność. Pustowar i Artur Pankratow mają wyższe wykształcenie, trzej mieli już kontakt z wymiarem sprawiedliwości i otrzymali niewielkie wyroki w zawieszeniu na równie krótkie okresy próby, które już dobiegły końca.

– Z prawnego punktu widzenia te wyroki nie mają znaczenia, ale w praktyce oczywiście jest inaczej. Wiadomo, że to powrót do przestępstwa. Państwo raz im zaufało, a teraz zawiedli, chociaż okresy próby minęły i nie można już ich skazać za dawne przewiny – mówi mec. Anatolij Iwaszkow, obrońca Pustowara, który jako jedyny nie ma przeszłości kryminalnej. Adwokat próbuje tłumaczyć zachowanie poborowych wpływem służby wojskowej, podczas której z reguły jest „ciężko, nudno i brakuje pieniędzy”.

To zaufanie rozciągało się też na sfery mogące niepokoić nie tylko rosyjski wymiar sprawiedliwości. Syrow, Pustowar i Pankratow zostali 10 kwietnia 2010 r. wyznaczeni do pomocy przy popychaniu konstrukcji ze schodami, po jakich schodzą i wchodzą pasażerowie samolotu.

Dowódcę jednostki mjr. Siergieja Kokariowa nikt jednak nie zapytał, czy wiedział o przeszłości swoich podkomendnych, którzy mieli wykonywać zadania niemal bezpośrednio przy głowie obcego państwa i innych jego wysokich osobistościach. Oficer przed sądem robił wrażenie zagubionego i zdezorientowanego. Zapamiętał, że po usłyszeniu głuchego uderzenia (które uznano za upadek samolotu) obsługa schodów pojechała w kierunku zdarzenia karetką sanitarną. Ale już nie wie, kto im to nakazał i dlaczego. Nie wiedział też dokładnie, którzy z oskarżonych pełnili tam wówczas służbę, i twierdził, że wszyscy. Pytany o charakterystykę oskarżonych, mjr Kokariow wystawił pozytywną ocenę tylko Pustowarowi, pozostałym zaś negatywną. Ale nie potrafił w żaden sposób tych opinii uzasadnić.

Nieco lepiej przypomina sobie okoliczności zdarzenia kierujący obsługą samolotu chor. Aleksiej Janczenkow.


Chorąży Janczenkow miał komenderować popychaniem schodów, a potem innymi czynnościami, takimi jak tankowanie paliwa. To on kazał żołnierzom pojechać samochodem sanitarnym. Zeznał, że na miejscu nikogo nie było, a więc oznaczałoby to, że był on wraz z trzema oskarżonymi i jeszcze jednym żołnierzem oraz kierowcą i lekarzem z karetki pierwszą grupą, która dotarła do wraku. Janczenkow relacjonował, że kazał żołnierzom zrobić wokół miejsca katastrofy kordon, co trwało, dopóki przybyli funkcjonariusze OMON (specjalnych oddziałów milicji). Zauważył też, że Syrow podnosi z ziemi jakąś torbę i zakazał dotykania czegokolwiek. Potem na polecenie „kogoś” z OMON wrócili do jednostki.

Widziane z karetki


Inaczej te same zdarzenia zapamiętał Dmitrij Korotin, kierowca karetki. Wczoraj w ogóle niewiele pamiętał. Twierdził, że żołnierze tylko patrzyli na sytuację, a nie tworzyli kordony, zresztą na miejscu była już milicja. Miał stracić z oczu Syrowa, ale i to było niejasne, bo mówił też, że był w ogóle odwrócony. Jednak gdy odczytano mu zeznania ze śledztwa, potwierdził je. Tam stwierdził, że Syrow oddalił się i z Janczenkowem zaczęli go szukać. Następnie zauważyli go, gdy pochylał się nad jakąś torbą, i przyprowadzili do samochodu. Korotin nie zapamiętał wspólnego powrotu do jednostki – zeznał, że jechał tylko z lekarzem.


Przed sądem zeznawało też troje pracowników banku Sbierbank. Andriej Bykow odpowiada za systemy rejestracji wideo. Poinformował, że dyski przechowują obraz z kamer przy bankomatach przez dwa miesiące. Jak się okazuje, w oddziale banku zaginęła jedna z kart Przewoźnika zatrzymana przez bankomat (położony tuż przy lotnisku) z powodu blokady.
Na pytania stron i sądu odpowiadał też taksówkarz Oleg Djaczenko, który 10 kwietnia 2010 r. po południu woził całą czwórkę po Smoleńsku od bankomatu do bankomatu. Przy każdym dwójka wysiadała i szła do urządzenia. Potem kazali się zawieźć do restauracji „Opasły Szop”. Następnie zadzwonili po niego półtorej godziny później. Wyraźnie pijani zamówili kurs do jednostki nr 06755. Jednak większość z tych informacji to także odczytane zeznania ze śledztwa. Szofer obecnie nie mógł sobie przypomnieć nawet, w którym roku była katastrofa.

Amnezja FSB


Nie lepiej był przygotowany oficer Federalnej Służby Bezpieczeństwa Władimir Lewczenkow, który zatrzymał podejrzanych żołnierzy. Ze zdjęciami wyciętymi z nagrania wideo udał się do jednostki wojskowej, a dowódca – major Siergiej Kokariow – podał nazwiska i kazał zawołać rozpoznanych szeregowców. Ci zaraz przyznali się i oddali portfel z kartami. Tyle że Lewczenkow lokalizuje pod koniec kwietnia 2010 r. zdarzenie, które miało miejsce 8 czerwca. Od przestępstwa minęło wprawdzie prawie trzy i pół roku, ale po funkcjonariuszu tajnych służb bezpieczeństwa państwa można byłoby spodziewać się lepszego przygotowania.


Jednak wszystkie te rozbieżności i ogólna niepamięć świadków nie robią wrażenia ani na prokuratorze ppłk. Władimirze Wikarczuku, ani na obrońcach. Najprawdopodobniej oskarżenie liczy na efekt, jaki wywoła prezentacja zapisu wideo, na którym oskarżeni podczas wypłacania pieniędzy nie ukrywają twarzy, są w mundurach i widać dokładnie, co robią. – Na rozprawie pokażemy te nagrania – zapowiada Wikarczuk.
Dla oskarżonych jedyną niedogodnością jest zakaz opuszczania Rosji i konieczność meldowania się od czasu do czasu na policji. Podczas pierwszego dnia procesu zachowywali się spokojnie, siedzieli z opuszczonymi głowami i nie mieli żadnych uwag ani pytań.

Do winy przyznali się częściowo. Dlatego że prokurator zarzuca im zamiar wypłacenia wszystkich pieniędzy dostępnych na kartach, a było ich ok. 30 tys. złotych. Udało im się pobrać tylko 6 tys. z powodu limitów, blokad lub nieznajomości numeru PIN. Próby podejmowania pieniędzy do 12 kwietnia zapisały komputery banków i operatorów kart, ale oskarżeni twierdzą, że poza zrealizowanymi wypłatami nie zamierzali już więcej zabierać pieniędzy ofiary katastrofy. Stąd nie przyznali się do jednego z punktów oskarżenia, to jest do zamiaru popełnienia przestępstwa. Wyjątkiem jest Syrow, który przyznaje się do całości zarzutów. Do sprawy dołączono też cywilne żądanie zadośćuczynienia (strat moralnych) w wysokości 10 tys. złotych. Rodzina Andrzeja Przewoźnika chce, by przekazano te pieniądze dla stowarzyszenia Memoriał.

Nie zgadza się na to tylko Sańkow, którego prawnik twierdzi, że rosyjskie prawo pozwala wyłącznie na naprawienie szkody moralnej osobie rzeczywiście pokrzywdzonej, a nie wypłatę zadośćuczynienia innemu podmiotowi.
– Sądzę, że stanowisko oskarżonych w sprawie zakresu winy i zadośćuczynienia może się jeszcze zmienić – uważa mec. Ludmiła Kniaziewa reprezentująca Syrowa.


Reprezentująca Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Teresa Baranowska zeznawała na okoliczność próby podjęcia pieniędzy ze służbowej karty Przewoźnika. Była to imienna karta służbowa, na której 10 kwietnia 2010 roku było tylko ok. 2 tys. złotych. Ponieważ sprawcy nie mieli do niej numeru PIN, żadne środki nie zostały wypłacone. Rada nie poniosła szkody, nie ma żadnych własnych wniosków w sprawie.


Dziś proces będzie kontynuowany. Sąd ma wysłuchać wyjaśnień oskarżonych. Później prokurator przedstawi kolejne dowody. 

Piotr Falkowski Smoleńsk