• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Szabrownicy przed sądem

Poniedziałek, 26 sierpnia 2013 (02:03)

Przed wojskowym sądem garnizonowym w Smoleńsku ruszają jutro przesłuchania w procesie czterech żołnierzy, którzy okradli zwłoki Andrzeja Przewoźnika. Artur Pankratow, Igor Pustowar, Jurij Sańkow i Siergiej Syrow mogą usłyszeć wyroki do 10 lat więzienia.

 

Cała czwórka odpowiada z wolnej stopy, wszyscy już dawno zakończyli zasadniczą służbę wojskową i są na wolności. Dwóch mieszka w Smoleńsku, pozostali w obwodach kurskim i moskiewskim. Są oskarżeni o kradzież w znacznym rozmiarze przeprowadzoną grupowo lub w porozumieniu wielu osób i z bezprawnym wejściem do pomieszczenia lub innego miejsca chronionego oraz zamiar popełnienia przestępstwa. Rosyjski kodeks karny przewiduje za te przestępstwa karę pozbawienia wolności do 10 lat, grzywnę do miliona rubli (ok. 101 tys. zł) lub w wysokości pięcioletniego dochodu oskarżonych bądź – najłagodniejszą sankcję – nakaz wykonywania nieodpłatnie pracy społecznie użytecznej.

Sprawę oznaczoną numerem 1-5/2013 prowadzi sędzia ppłk Rauf Ibragimow, oskarża prokurator wojskowy Garnizonu Smoleńskiego ppłk Władimir Wikarczuk. Rozprawa ma być jawna. Chyba że któraś ze stron wniesie o utajnienie, a sąd przychyli się do wniosku. W Rosji wolno podawać dane i fotografować oskarżonych. W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Ibragimow zastrzega, że zamierza prowadzić posiedzenia w miarę możliwości w ciągu kilku kolejnych dni, tak by jak najszybciej wydać wyrok. Ewentualną apelację rozpatrzy moskiewski wojskowy sąd okręgowy. Orzekać będzie wtedy skład trzech sędziów.

Strategia na złagodzenie

Oskarżeni poza karą będą musieli naprawić szkodę i być może także wypłacić zadośćuczynienie poszkodowanym, czyli żonie i córkom Andrzeja Przewoźnika. Adwokaci byłych żołnierzy, przede wszystkim Ludmiła Kniaziewa reprezentująca Syrowa, podjęli starania, by już wcześniej przekazać rodzinie ofiary skradzione pieniądze. To strategia obliczona na złagodzenie wyroku. W sytuacji, gdy wina oskarżonych jest bezsporna, pozostaje im przyznać się i okazywać skruchę. Pieniądze przekazano na konto wdowy; rosyjscy mecenasi mieli nadzieję, że przyjedzie do Smoleńska, a ich klienci będą mogli na posiedzeniu sądu przeprosić za swój czyn.

Jolanta Przewoźnik postanowiła jednak nie jechać do Rosji. Złożyła natomiast wniosek o przekazanie zasądzonego odszkodowania na rzecz rosyjskiego stowarzyszenia Memoriał. To organizacja zajmująca się badaniem i upamiętnianiem zbrodni komunistycznych w Związku Sowieckim, z którą przez lata współpracował Andrzej Przewoźnik. Memoriał ma także wielkie zasługi dla pełnego wyjaśnienia i rozpowszechnienia prawdy o zbrodni katyńskiej, a obecnie ma problemy związane z próbą uznania organizacji przez władze za zagranicznego agenta.

Dla rodziny Przewoźnika ważne jest, żeby sąd nie koncentrował się na materialnym aspekcie popełnionego przestępstwa, czyli kradzieży pieniędzy z karty kredytowej zmarłego, ale na jego wymiarze moralnym. Czy ukształtowany przez marksistowski materializm dialektyczny i teorię walki klas rosyjski wymiar sprawiedliwości jest w stanie w ogóle zrozumieć taki punkt widzenia, zobaczymy, gdy zapadnie wyrok.

Wśród pokrzywdzonych jest też Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, której szefował Przewoźnik. Ale nie poniosła żadnej materialnej szkody, bo ze służbowej karty kredytowej Przewoźnika złodziejom nie udało się pobrać żadnych pieniędzy. Przedstawiciel Rady Teresa Baranowska ma być obecna na jutrzejszej rozprawie.

Półtora roku mitręgi

Sprawa toczy się ślamazarnie. Akt oskarżenia trafił do sądu na początku tego roku, 23 kwietnia odbyło się posiedzenie wstępne. Na właściwy proces czekamy kolejne cztery miesiące. To jednak zrozumiałe, bo między wszystkimi czynnościami muszą zostać zachowane przerwy na doręczenie pism procesowych do Polski.

Trudniej usprawiedliwić opieszałość organów ścigania. Śledczy wykryli sprawców bardzo szybko dzięki monitoringowi bankomatów. Kamery zarejestrowały twarze sprawców oraz mundury wojskowe pozwalające na łatwą identyfikację. Zatrzymano ich 8 czerwca 2010 r., wszyscy przyznali się do winy. Śledztwo powinno być więc stosunkowo krótkie, tymczasem Komitetowi Śledczemu zajęło półtora roku. Rosjanie tłumaczyli się przede wszystkim długą procedurą pomocy prawnej ze strony Polski w celu m.in. ustalenia numerów kont itp. Po drodze popełnili szereg błędów. Jednym z nich jest nieprawidłowe ustalenie spadkobierców Przewoźnika. Potem akta przeleżały rok w smoleńskiej prokuraturze wojskowej, która miała akt oskarżenia jedynie sprawdzić, zatwierdzić i przesłać do sądu.

Własne śledztwo w sprawie kradzieży kart płatniczych Przewoźnika od maja 2010 r. prowadzi też Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Też idzie opornie, głównie dlatego, że strona rosyjska bardzo opieszale przekazuje niezbędne materiały ze swojego dochodzenia.

Żadnej odpowiedzialności za zachowanie swoich podkomendnych nie poniesie dowódca jednostki wojskowej nr 6755, która zabezpieczała teren po katastrofie.

Rosyjska prokuratura wojskowa nie stwierdziła żadnych uchybień w jego pracy. Uznano, że na miejscu katastrofy było dużo osób i nie mógł wszystkiego dopilnować.

Decyzji, by do zabezpieczenia rejonu, w którym znajdował się wrak i ciała ofiar, skierować zwykłych poborowych, na dodatek recydywistów, wcześniej wyznaczonych do stworzenia zewnętrznego kordonu wokół lotniska, nie oceniono w ogóle. Stąd błąd rzecznika rządu Pawła Grasia, który przypisał sprawstwo kradzieży funkcjonariuszom OMON. Kiedy okazało się, że to nie ludzie z elitarnej jednostki milicji (ani żadnej innej służby podległej MSW) popełnili tak odrażające przestępstwo, Graś przepraszał rosyjski resort spraw wewnętrznych, po rosyjsku. I z wyjątkową uniżonością.

Rosjanie nie są wcale skorzy do uznawania swojej bezspornej winy. Ministerstwo obrony zapowiedziało, że owszem, „złoży przeprosiny i będzie gotowe niezwłocznie zrekompensować skradzione środki finansowe”, ale dopiero, „gdy sąd uzna winę i odpowiedzialność podejrzanych żołnierzy służby zasadniczej”.

Dowódcy nie widzą niczego nagannego w wyznaczeniu do zadań związanych z ochroną Siewiernego w dniu wizyty polskiego prezydenta (a następnie dopuszczeniem do miejsca katastrofy) żołnierzy z przeszłością kryminalną. Syrow był już karany za grabież, Sańkow – za kradzież, a Pankratow – za wprowadzanie do obiegu fałszywych środków płatniczych. Tylko Pustowar nie ma na koncie żadnego wyroku.

Według aktu oskarżenia, Syrow odnalazł portfel Przewoźnika z kartami płatniczymi i zapisanymi kodami. Po powrocie do jednostki pokazał znalezisko kolegom. Wspólnie postanowili pobrać pieniądze z bankomatów w Smoleńsku. Na karcie sekretarza ROPWiM było prawie 40 tys. zł, ale z powodu limitu wypłacili tylko ok. 6 tys. zł (60 345 rubli), używając karty 11 razy. Trwało to do 13 kwietnia, kiedy karta została zablokowana. Pieniądze od razu wydawali. Sześć razy używali też karty służbowej, ale nie udało się z niej skorzystać, bo nie pasował numer PIN.

Piotr Falkowski, Smoleńsk