• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Sojusznicy nas opuścili

Niedziela, 25 sierpnia 2013 (17:26)

Z prof. dr. hab. Leszkiem Żukowskim, prezesem Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

Trwają obchody 69. rocznicy Powstania Warszawskiego. Może cena, jaką zapłacili Polacy za Powstanie, była zbyt wysoka, niepotrzebna?

– Twórcy Powstania absolutnie nie zakładali takich ofiar. Powstanie miało być powszechne i miało odbywać się na terenie całego kraju. A Warszawa została wytypowana tylko dlatego, żeby wolne miasto przekazać władzom sowieckim. Nikt nie przewidywał jednak, że Powstanie będzie tak długo trwało i że cofnie się front, a Niemcy do likwidacji ludności użyją zbrodniarzy, jacy byli w brygadzie Dirlewangera. Jestem przekonany, że twórcy Powstania nie wyobrażali sobie też, iż miasto będzie tak zniszczone, jak w wyniku zemsty Hitlera za to, że Polacy rozpoczęli Powstanie. Nakazał miasto zrównać z ziemią, a ludzi wymordować.

 

1 sierpnia przed pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego przyznał Pan jednak, że nie zostały dotrzymane cztery warunki wybuchu powstania powszechnego: Niemcy zdegustowani walką nie będą chcieli już walczyć, w kraju będzie zorganizowana wyszkolona i uzbrojona 400-tysięczna armia, polskie Siły Zbrojne z Zachodu dotrą do granicy Polski, a Powstanie wybuchnie na rozkaz na terenie całego kraju.

– Tak jest. Ale fakt, że nie zostały dotrzymane te warunki, nie jest winą polskich dowódców, tylko sprzymierzeńców. Warunki, dotyczące powstania powszechnego, były opracowane w 1939 r., rząd londyński oraz naczelny wódz popierali takie powstanie. Cały czas trwały zabiegi o to, żeby było wsparcie, by były zrzuty broni. To, że tych zrzutów nie było i że nie było wsparcia lotniczego, jest konsekwencją polityki sprzymierzonych. Sprzymierzyli się ze Związkiem Sowieckim, uznając, że razem walczą z Niemcami, i nie chcieli dać broni Polakom, żeby walczyli z ich sprzymierzeńcem. To strasznie powikłana historia i naprawdę bolesna. Bo my, biorąc udział, nie tylko w Powstaniu, ale w ogóle we wszelkiego rodzaju walkach Armii Krajowej czy w Siłach Zbrojnych na Zachodzie, byliśmy gotowi oddać swoje życie. Nasi żołnierze ginęli na Zachodzie i Południu, walcząc po stronie aliantów, a gdy w Polsce miało dojść do Powstania, nie dano nam broni. Inna sprawa, że przyczyniła się też do tego polityka Związku Sowieckiego.

 

To znaczy?

– Wszystkie samoloty, które przylatywały ze zrzutami do Polski, były stracone. W tamtych czasach samoloty nie miały takiej mocy i ładowności baków z benzyną, żeby na tym samym paliwie wrócić do baz. Zakładano więc, że będą lądowały po stronie sowieckiej, zatankują i wrócą. Ale Rosjanie się nie zgodzili. Dopiero w drugiej połowie września na to pozwolili, ale to już była musztarda po obiedzie, bo większa część Warszawy była już w gruzach.

 

Na ile zasadne są głosy krytyczne, że Powstanie nie było dobrze przygotowane. Można stawiać taki zarzut?

– Można. Dlatego że warunkiem wybuchu Powstania, jak mówiłem, było dozbrojenie Armii Krajowej, a ta do końca nie była dozbrojona. Przecież nawet generał „Bór” Komorowski zdawał sobie sprawę z tego, że amunicji mieliśmy na 3-4 dni. A potem ta broń i amunicja były zdobywane, bo przecież zrzuty nie zawsze trafiały tam, gdzie byli powstańcy, a większość samolotów była strącana nad Warszawą. Stale brakowało nam amunicji. Niemcy otwierali ogień ciągły, a powstaniec mógł strzelić raz na jakiś czas, do konkretnego celu. Teraz, po latach, łatwo krytykować, ale wtedy warunki były naprawdę tragiczne.

 

Nie wiedzieliście nic o ustaleniach z Teheranu?

– To prawda. Delegat rządu Jankowski wymógł na „Borze” Komorowskim termin i datę Powstania. Było ono działaniem politycznym, chodziło o to, by wyzwolić Warszawę. Pamiętamy, jak zachowała się strona rosyjska na Wileńszczyźnie, trudno powiedzieć, że tam występowaliśmy jako gospodarze. „Burza” nie bardzo tam się udawała. Powiedzieli naszym żołnierzom, żeby się do nich zgłaszać, bo razem współpracujemy, a gdy AK-owcy to uczynili, zostali aresztowani. Także tutaj chodziło o walkę z Niemcami, a nie Rosjanami.

 

Mieszkał Pan w czasie wojny niedaleko dzisiejszego Skweru Pamięci w Warszawie. Był Pan naocznym świadkiem rzezi Woli?

– Naocznym świadkiem rzezi nie byłem. Byłem mieszkańcem bursy, która mieściła się w budynku przy ulicy Leszno 81. Aktualnie jest to ruina przy al. Solidarności 154 i nikt tam już nie mieszka. Budynek miał oficyny boczne i czwarte piętro, które 3 sierpnia 1944 r. zburzyła bomba lotnicza. Do 6 sierpnia byłem łącznikiem w tamtym rejonie, potem dostaliśmy rozkaz wycofania się na Stare Miasto. Rzeź trwała 6 i 7 sierpnia, więc trudno powiedzieć, że to widziałem. Od 28 lipca siły niemieckie frontu cofnęły się poza Warszawę. Stała załoga niemiecka, która została w mieście, była atakowana przez powstańców. My albo zdobywaliśmy wtedy zajęte przez nich budynki, jak Nordwache, albo blokowaliśmy jednostki niemieckie.

 

W jaki sposób?

– 50 metrów w głębi dzisiejszego urzędu dzielnicy Wola na Lesznie, w stronę szpitala św. Zofii, była przed wojną jakaś szkoła. Budynek znajdował się za murem getta, były tam koszary niemieckie. Oddział, który mnie przyjął w swoje szeregi, miał za zadanie blokować jednostkę, która była w tym budynku. Nie mogliśmy się do nich zbliżyć, bo stojący tam bunkier miał taki ostrzał na obie strony muru, że nie można go było sforsować, nawet po drabinach. Zanim ktoś pod murem postawił drabinę, był już trupem. Dlatego z góry, z wysokości czwartego piętra, ostrzałem nad murem blokowaliśmy im wyjście z budynku. Niemcy nie mogli dojść do swojego bunkra, nie mówiąc już o wyjściu na miasto. To się nazywało „wiązanie nieprzyjaciela”.

 

Jakie były wtedy nastroje wśród ludności cywilnej?

– W tamtym czasie były one zwycięskie. Panowała pogodna współpraca, to było piękne. Jakieś zniechęcenie dało się dopiero odczuć wtedy, gdy domy były w gruzach, a ludzie w piwnicach. Pojawiły się wówczas trudności z dostępem do pożywienia, a powstańcy nie mieli broni, by odpierać ataki. Niemieckim samolotom mogliśmy pomachać ręką, bo z czego mieliśmy do nich strzelać, a one bezkarnie nas bombardowały. A jak tylko jakikolwiek sowiecki nieuzbrojony samolot obserwacyjny tzw. kukuruźnik wyleciał nad Wisłę, od razu była przerwa w nalotach. Nie zestrzelali go, by nie pokazać, gdzie są gniazda artylerii. Z jednej strony był wtedy strach przed Niemcami, z drugiej przed Rosjanami, bo byli po drugiej stronie Wisły.

 

„Tradycjonalistyczny polski patriotyzm czyni z klęski zwycięstwo i postawa taka przeczy zdrowemu rozsądkowi”, „Polska martyrologia nie ma za sobą żadnych zasług i nic w istocie nie dała” – to cytaty z gazet. Jak Pan to odbiera?

– Mimo że Armia Krajowa nie była dozbrojona, to jednak była. I była wyszkolona. Kwestia powołania armii i wyszkolenia jej, a więc to, co było w gestii oficerów polskich, zostało dokonane. Niech pan sobie teraz wyobrazi młodych ludzi, którzy pięć lat patrzą na rozstrzeliwania na ulicach, na łapanki, na wywóz ludzi, na pełną pogardę dla Narodu Polskiego. Ludzie, którzy przez cały okres wojny cierpieli poniżenie, a byli wyszkoleni i mieli jakiś dostęp do broni, z braku wyraźnego rozkazu mogli wywołać niekontrolowane powstanie. Widzieli przecież cofające się w nieładzie jednostki niemieckie, bo trzy dni przed 1 sierpnia trwała ewakuacja frontu. Zaatakowanie wtedy Niemców było kwestią bardzo łatwą.

 

Było ryzyko rozpoczęcia walk bez rozkazu?

Tak. Młodzi ludzie mogli nie wytrzymać i wywołać samoczynnie Powstanie, bo takie było napięcie. Wszyscy czekali na rozkaz. Stąd „Bór” Komorowski został niejako przymuszony do rozpoczęcia Powstania. Rosjanie bez trudności mogli przekroczyć Wisłę, nie była ufortyfikowana. Oni z zaskoczeniem mogli przejść i iść dalej, wtedy miasto byłoby opanowane.

 

Ile miał Pan lat, gdy wybuchło Powstanie?

15. My jako harcerze byliśmy przygotowywani może nie do walki bezpośredniej, ale do służby w łączności, w wywiadzie, jako jednostki pomocnicze. Miałem jednak takie szczęście, że udało mi się zdobyć broń, z czego byłem bardzo dumny. To był zaszczyt, gdy zostałem wtedy żołnierzem, bo 15-letni chłopak bez broni, gdyby prosił, żeby go przyjęli do jednostki, na pewno zostałby odesłany gdzie indziej. Ponieważ mieszkałem w bursie, gdzie stacjonowała jednostka, która miała wywiad, wezwano mnie i powiedziano, że będę ich łącznikiem. „Gdy zdobędziesz broń, będziesz żołnierzem” – usłyszałem”. Tej broni już mi nikt nie odebrał.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler