• Sobota, 14 marca 2026

    imieniny: Leona, Matyldy, Jarmiły

Związane ręce ONZ

Piątek, 23 sierpnia 2013 (02:08)

Rada Bezpieczeństwa ONZ omawiała atak na przedmieściach Damaszku na pilnym posiedzeniu. Rada wyraziła wprawdzie „głębokie zaniepokojenie” informacjami o ataku i oświadczyła, że sprawę należy wyjaśnić, nie zażądała jednak przeprowadzenia śledztwa przez inspektorów ONZ, którzy przebywają w Syrii.

Sprzeciwiły się temu Rosja i Chiny, które dysponują prawem weta; oba państwa od początku syryjskiego konfliktu konsekwentnie wspierają prezydenta Asada.

– Jeśli Rada Bezpieczeństwa ONZ nie będzie w stanie podjąć decyzji w sprawie domniemanego ataku z użyciem gazu bojowego w Syrii, decyzje będą podjęte w inny sposób – skomentował zachowanie Moskwy i Pekinu minister spraw zagranicznych Francji Laurent Fabius. Jego zdaniem, jeśli rzeczywiście doszło do użycia broni chemicznej na przedmieściach stolicy Syrii, gdzie zginąć mogło nawet 1,3 tys. osób, to brak zbadania tej sprawy będzie obciążał te dwa kraje. – Rosjanie muszą wziąć odpowiedzialność – powiedział Fabius. Francuski dyplomata przypomniał, że wszyscy członkowie Rady zgadzają się w sprawie zakazu używania broni chemicznej. – Podpisali przecież międzynarodowe porozumienie, zabraniające jej wykorzystania, także Rosja – przypomniał.

W czasie posiedzenia Rady to właśnie głównie Francja wraz z USA i Wielką Brytanią domagały się, by główny inspektor ONZ Ake Sellstroem, przebywający w Syrii na czele 20-osobowej misji ONZ, przeprowadził śledztwo w tej sprawie. Na wieść o odrzuceniu tego wniosku sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun polecił, aby śledztwo w Syrii przeprowadziła Angela Kane, jego przedstawicielka ds. rozbrojenia. Sekretarz wysłał w tej sprawie formalny wniosek do syryjskiego rządu.

Chodzi o wzajemne oskarżenia syryjskiej opozycji i prezydenta Baszara al-Asada o przeprowadzenie ataku chemicznego. Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka nie potwierdziło, że wykorzystana została broń chemiczna, ale twierdzi, że w ataku zginęło co najmniej 136 osób. Wczoraj miało dojść do zbombardowania tych samych terenów. Jak twierdzą syryjscy opozycjoniści, na przedmieścia Damaszku spadły bomby z samolotów armii rządowej. Nie wiadomo, czy były jakieś ofiary tej ofensywy.

Fabius oświadczył również, że jeśli doniesienia o masowym ataku chemicznym na cywilów zostaną potwierdzone, to społeczność międzynarodowa będzie musiała na to odpowiedzieć, używając siły.

Wobec takiego rozwiązania sceptyczni są Amerykanie. Nowojorski „Times” przywołuje słowa gen. Martina Dempseya, który twierdzi, że Pentagon mógłby wprawdzie interweniować w pogrążonej w wojnie domowej Syrii, ale obecnie w tym kraju nie ma umiarkowanych grup rebelianckich, które mogłyby wypełnić próżnię polityczną. Generał nie widzi też prostych rozwiązań, jakie Waszyngton mógłby zastosować w Syrii. – Możemy zniszczyć syryjskie lotnictwo, jednakże (…) doprowadziłoby to do dalszej eskalacji konfliktu i potencjalnie oznaczałoby większe zaangażowanie USA – napisał Dempsey. W jego ocenie, amerykańskie wojska mogą wprawdzie zmienić równowagę sił w Syrii, nie są jednak w stanie rozwiązać zasadniczych problemów historycznych, etnicznych, religijnych i plemiennych, które podsycają konflikt.

Syria, podobnie jak sześć innych krajów, nie podpisała konwencji o zakazie broni chemicznej, która weszła w życie w 1997 roku. Zachód twierdzi, że w Syrii znajdują się ogromne zasoby broni chemicznej, w tym gazu musztardowego, sarinu oraz drażniącego układ krwionośny i nerwowy gazu bojowego VX. W trwającej od marca 2011 r. rebelii przeciwko rządom Asada zginęło już – jak ocenia ONZ – ponad 100 tys. osób.

Łukasz Sianożęcki