• Środa, 1 kwietnia 2026

    imieniny: Grażyny, Hugona, Zbigniewa

Przy trumnie wuja „Zapory”

Piątek, 23 sierpnia 2013 (02:04)

Z Krystyną Frąszczak, siostrzenicą mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Po 64 latach od egzekucji na Rakowieckiej genetycy zidentyfikowali ciało „Zapory”. To z pewnością wzruszający dzień dla Pani i Pani rodziny, trudno zapanować nad emocjami?

– Te emocje stopniowały się, jak zaczęły się prace na Łączce, to po cichu mówiono, że być może on tu spoczywa. Potem z Instytutu Pamięci Narodowej poproszono nas o dostarczenie materiału genetycznego, więc znów pojawiła się kolejna malutka nadzieja. Gdy odkryto grób dziewięciu, stwierdzono, że może to być grupa „Zapory”, jego współtowarzyszy wraz z jednym, straconym także w tym dniu innym człowiekiem. Wtedy prawdopodobieństwo odnalezienia wuja jeszcze się zwiększyło.

Myśleliśmy – a nuż zgadza się to z datami w kronikach, w których zapisano czas ich zgonu. Wtedy dowiedziałam się, że jest jednak ogromny problem z identyfikacją i materiał DNA od dalszych osób spokrewnionych – czyli ode mnie i mojej kuzynki, jako najbliższych krewnych „Zapory” – nie wystarczą do potwierdzenia jego profilu genetycznego. Ponieważ moja matka była siostrą Hieronima Dekutowskiego, zostałam wówczas poproszona o poszukanie jakiejś rzeczy, która mogłaby jeszcze nosić jej ślady. Przypomniałam sobie, że mam ładny futrzany kołnierz, który mama nosiła na szyi. Pan dr Andrzej Ossowski, gdy ze mną rozmawiał, stwierdził, że to bardzo możliwe, że zostały na nim jakieś ślady DNA mamy. Wtedy profesor Krzysztof Szwagrzyk tłumaczył, że muszą liczyć się z pieniędzmi i ewentualna ekshumacja moich rodziców będzie ostatecznością. Wysłałam szal, lecz po jakimś czasie dostałam informację, że nie udało się tego badania zrobić.

Ekshumacja rodziców okazała się więc konieczna?

– Tak. Ekshumacja była przesuwana w czasie, gdyż pojawiła się kwestia zdobycia na nią odpowiednich środków. Miała być na początku wiosny tego roku, lecz ostatecznie odbyła się pod jej koniec. Profesor Szwagrzyk chciał mieć stuprocentową pewność, że odnalazł tak ważnego człowieka jak Dekutowski. Mówił jednak, że już badania antropologiczne wskazywały na to, że go znaleźli. Przynajmniej ja miałam takie informacje.

Żyliśmy nadzieją, że już jest coraz bliżej końca. Nie byliśmy jednak pewni w stu procentach. Gdy we wspólnym grobie znaleziono i zidentyfikowano jego dwóch podkomendnych, prawdopodobieństwo, że on również tam jest, było już spore. Dlatego jak mówiłam, te emocje bardzo rozłożyły się w czasie. One narastały, dlatego stopniowo mogliśmy się przygotować do tego, że „Zaporę” faktycznie odnaleziono. Co nie oznacza, że emocje związane z oficjalnym ogłoszeniem tego faktu na konferencji nie były duże. To niesamowite wydarzenie, że mamy już stuprocentową pewność, że to on. Żałuję tylko bardzo, że moi bliscy, czyli matka Dekutowskiego i moja matka, a jego siostra, nie doczekały tej radosnej chwili. Byłyby bardzo szczęśliwe, że ciało wuja się odnalazło.

Niestety, ekshumacje są spóźnione o kilkadziesiąt lat, nie dożyli ich rodzice „Zapory”.

– Tak niestety jest. Wierzę jednak, że mama i babcia obserwują to „z góry” i też się cieszą. Jesteśmy szczęśliwi, że pamięć o „Zaporze” została przywrócona, że nie będzie już bezimiennym, leżącym gdzieś w nieznanym miejscu człowiekiem, ale będzie miał w końcu swój pogrzeb. To wielka ulga. Przecież tych jego pustych, symbolicznych grobów trochę jest, np. w Lublinie czy Tarnobrzegu.

Czy rodzina postanowiła już, gdzie „Zapora” zostanie pochowany?

– Jako rodzina skłanialibyśmy się do tego, by wszyscy ekshumowani zostali pochowani na Łączce. Także mój wuj, bo to byłoby godne miejsce. Nie mogę jednak wypowiadać się w imieniu innych rodzin, tylko wuja. Przyszedł mi jednak do głowy pomysł, by w tym symbolicznym grobie „Zapory” w Tarnobrzegu umieścić urnę z ziemią z dołu, w którym go znaleziono. Tak jak bierze się – jako pewien symbol – ziemię z Katynia czy innych miejsc. Profesor Szwagrzyk stwierdził w rozmowie ze mną, że to dobre rozwiązanie, żeby taka urna z ziemią z Łączki znalazła się w grobie w Tarnobrzegu. I pewnie tak zrobimy.

Doktor Witold Mieszkowski, syn komandora Stanisława Mieszkowskiego, dowódcy floty zamordowanego w więzieniu mokotowskim, wyszedł z propozycją szczególnego uhonorowania Łączki jako miejsca pamięci narodowej. Co Pani sądzi o tym pomyśle?

– Byłoby to piękne. Nie wiem tylko, jak mogłoby być to rozwiązane, przecież leży tam część oprawców naszych bliskich. Jeżeli nie będą tu pomieszane groby oprawców z ofiarami, to jestem jak najbardziej za tym pomysłem. Wspaniałe by było, gdyby rodziny ekshumowanych, a przynajmniej większość, nie zabierały szczątków ich bliskich do swoich miejscowości, tylko tu pochowały. Myślę, że – oprócz pieniędzy, jakie na ten szczytny cel uhonorowania Łączki powinno dać państwo – gdyby zawiązał się tu jakiś komitet, to wielu ludzi z pewnością za zaszczyt poczytywałoby sobie danie na ten cel jakichś środków, by mieć w tym także swój udział. Gdy budowane były symboliczne obeliski czy tablice w miejscach pamięci Dekutowskiego, to ludzie bardzo chętnie wpłacali pieniądze, by mieć wkład w jego upamiętnienie. Dziś jest czas rekompensaty dla naszych bohaterów, którzy przywracani są pamięci narodowej. Niestety, Dekutowski dla wielu nadal jest niewygodny, od czasu do czasu słyszę jeszcze, że to postać „kontrowersyjna”. To bardzo przykre. Oby prawda o „Zaporze” była coraz lepiej przedstawiana, by docierać z nią do coraz większych rzesz – także tych nieprzekonanych. Myślę, że wtedy takie głosy nie będą się już więcej pojawiały.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler