Matka Boża Fatimska czuwała nad nami
Środa, 21 sierpnia 2013 (10:43)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Z ks. Adamem Jasiurkowskim, organizatorem pielgrzymki rowerowej do Fatimy, rozmawia Marta Milczarska
W poniedziałek w Pyskowicach uroczyście zakończyła się wyprawa do Fatimy. Jakie są pierwsze przemyślenia po dotarciu do domu?
– Był to przede wszystkim piękny czas modlitwy i pielgrzymowania. Ale te ponad 30 dni nieustannej jazdy na rowerze na trudnych, górzystych trasach to był także czas zmagania się z samym sobą, ze swoimi słabościami.
Jednakże cały czas podczas tej wyprawy czuliśmy moc modlitwy w naszej intencji, która dodawała nam siły.
Chcielibyśmy bardzo podziękować wszystkim, którzy podczas tej wyprawy mieli w nas w swoich modlitwach. Chcielibyśmy także podziękować za piękne i wzruszające przywitanie nas w Pyskowicach, gdzie czekał na nas tłum ludzi. Dziękujemy za to bardzo serdecznie. Dziękuję także panu burmistrzowi miasta Pyskowice – Wacławowi Kęska, od którego otrzymaliśmy listy gratulacyjne i pamiątki związane z naszym miastem.
Jak podsumowałby Ksiądz tę wyprawę, co sprawiało największe trudności podczas jej trwania?
– Ta wyprawa wymagała od nas ogromnej wytrwałości w drodze do celu. Pierwsze dwa tygodnie mijały spokojnie. Niósł nas początkowy entuzjazm i wiele się działo. Przejeżdżaliśmy przez wspaniałą Bawarię, pokonywaliśmy majestatyczne Alpy i mimo wymagającego terenu był to dla nas piękny czas.
Najtrudniejszy był dla nas trzeci tydzień. Bardzo nam się dłużył. Na tym etapie zmierzaliśmy do Santiago de Compostela – jechaliśmy przy oceanie, towarzyszyły nam piękne widoki, ale teren był bardzo pofałdowany. Nie były to wielkie góry, ale monotonia nieustannych podjazdów i zjazdów nas wykańczała. Już lepiej się nam chyba pokonywało wysokie górskie przełęcze – gdy byliśmy nastawieni na cały dzień zmagań niż te niekończące się podjazdy.
Oprócz takich fizycznych zmagań był to czas pracy nad sobą. Każdy z nas miał musiał się dostosować do grupy, nauczyć się porzucania własnego egoizmu i sposobu wyrażania swoich przeżyć, obaw, zastrzeżeń i upomnień, tak by były one budujące, a nie raniące.
Co Księdzu najbardziej zapadło w pamięci?
– Wiele sytuacji. Naprawdę nieustannie doświadczaliśmy czegoś niesamowitego. Podczas tej wyprawy tak naprawdę nic nie było zaplanowane (oprócz trasy oczywiście), a wszystko: noclegi, przerwy obiadowe, nawiedzanie sanktuariów itp. układało się tak, jakbyśmy miesiącami siedzieli i załatwiali sobie dzień po dniu wszystkie atrakcje.
Tak było np. Z La Salette. Zanim tam dojechaliśmy, było kilka opcji na odwiedziny w tym sanktuarium, np. wjedziemy, pomodlimy się i zjedziemy (nie wiedzieliśmy, czy można tam przenocować), wjedziemy i zostaniemy na noc itp. Ale takiego planu, jaki miał Pan Bóg, nie mieliśmy.
Okazało się, że wjazd na La Salette przypadł nam na sobotę i że będziemy tam nocować – a ponieważ w niedzielę nie jeździmy, to tak naprawdę zostaliśmy tam nie jeden dzień czy kilka godzin, ale cały weekend. To nie koniec.
Sanktuarium to zrobiło na nas niesamowite wrażenie – wysoko w górach, przepiękny kościół i niesamowita atmosfera tego miejsca. Gdy byliśmy już tam, na miejscu, okazało się, że młodzież saletyńska ma tu swój zjazd, że możemy uczestniczyć w ich międzynarodowych Mszach Świętych, że jest tu wielu Polaków, także księży z Polski, z których jeden oprowadził nas po sanktuarium i opowiedział o objawieniach Matki Bożej.
Dzięki gościnności księży saletynów mieliśmy też wspaniałe miejsce noclegowe, gdzie wszystkie nasze potrzeby były zapewnione (prysznic, kuchnia itp.) – po raz pierwszy na wyprawie nie musieliśmy też spać na ziemi.
Tak samo było w Lourdes i Fatimie – Matka Boża jest bardzo gościnna. Wiele było jeszcze sytuacji, których się nie spodziewaliśmy i które nas zaskakiwały. Także w Austrii zatrzymaliśmy się na przerwę obiadową przy kościele – najpierw jednak miała być Msza św., więc chcemy spytać o pozwolenie księdza proboszcza, a tu się okazuje, że to Polak i że po Eucharystii zaprasza nas na obiad.
Ponad 4 tys. km po dość trudnym górzystym terenie to wielki wysiłek, który chcieliście ofiarować w intencji Ojczyzny. Ta intencja ciągle Wam towarzyszyła?
– Nasza pielgrzymka przebiegała przez niemal całą Europę, jechaliśmy przez m.in. Turyn, La Salette, Santiago de Compostela, nawiedziliśmy piękne sanktuaria z tą właśnie intencją w sercu.
Codziennie sprawowaliśmy Eucharystię oraz podczas wspólnej wieczornej modlitwy pamiętaliśmy o Polsce.
Myślę także, że każdy uczestnik indywidualnie modlił się o pogłębienie wiary w Polsce. Ważnym punktem i przypomnieniem o tym, w jakiej intencji pielgrzymowaliśmy, było po dotarciu do Fatimy odśpiewanie naszego pięknego hymnu narodowego.
Jakie myśli towarzyszyły podczas wjazdu do Fatimy, kiedy ujrzeliście cel Waszej wyprawy, figurę Matki Bożej Fatimskiej?
– Po pokonaniu ponad 4 tys. km i dotarciu do sanktuarium w Fatimie byliśmy naprawdę bardzo wzruszeni i szczęśliwi, że jesteśmy w tym świętym miejscu, gdzie w 1917 roku ukazała się Matka Boża.
Na samym początku chcieliśmy podziękować Matce Bożej Fatimskiej za to, że do Niej szczęśliwie dotarliśmy, że cały czas nad nami czuwała. Mimo wielu różnych wypadków i przygód zdołaliśmy dotrzeć do Jej stóp, by ofiarować Jej nasze mniejsze lub większe troski, radości i intencje. Czuliśmy, że Matka Boża przyprowadziła nas do siebie. Każdy z nas miewał jakieś zwykłe, ludzkie słabości, które udawało nam się przezwyciężać dzięki zawierzeniu się właśnie w Jej ręce, w ręce Matki.
Jakie plany Dream Trip ma na następny rok?
– Na razie nie możemy powiedzieć nic na pewno, ponieważ konkretnych planów jeszcze nie mamy. Padły pierwsze propozycje, ale to na razie nic pewnego.
Chcielibyśmy pielgrzymować w przyszłym roku do Ziemi Świętej. Jednakże ze względu na obecną sytuację w Syrii nie wiemy, czy będzie to możliwe. Będziemy się oczywiście zastanawiali nad alternatywną drogą do Jerozolimy, która nie przebiegałaby przez to państwo, ale jak zaznaczyłem wcześniej, są to na razie jedynie propozycje. Na plany konkretne przyjdzie jeszcze czas...
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska