• Środa, 1 kwietnia 2026

    imieniny: Grażyny, Hugona, Zbigniewa

Polska jest wszędzie tam, gdzie są Polacy

Sobota, 17 sierpnia 2013 (18:01)

Z Marią Mirecką-Loryś, byłą dyrektor Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago, prezes Koła Lwowian, siostrą jednego z nielicznych ocalałych w bitwie pod Zadwórzem polskich żołnierzy Bronisława Mireckiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki  

 

Kolejny raz weźmie Pani udział w niedzielnych uroczystościach upamiętniających rocznicę jednej z największych bitew w wojnie polsko-bolszewickiej bitwy pod Zadwórzem. Co Panią przyciąga do tego miejsca?

– Jeszcze jako dziecko słyszałam, że jest takie miejsce, gdzie za Ojczyznę ginęli młodzi ludzie. Wśród uczestników tych walk był także mój brat Bronisław Mirecki, który miał wówczas 16 lat.

Zgłosił się na ochotnika do armii, o czym powiedziała nam mama. Przez długi czas nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje, a przypomnę, że toczyły się wówczas ciężkie boje. Wreszcie przyszła wiadomość, że brat jest w szpitalu we Lwowie. Pod Zadwórzem poległo 318 żołnierzy, a pozostali zaginęli bez wieści lub zesłano ich do niewoli.

Wśród 12 ocalałych był mój brat, który uciekł z obozu jenieckiego pod Kijowem. Zachorował na tyfus, trafił do szpitala, a potem został przewieziony do Lwowa. O Zadwórzu nie mówiło się w szkole. Dopiero kiedy wyjechałam za granicę, bo polskie władze nas prześladowały, i po 26 latach po raz pierwszy przyjechałam do Polski, udałam się zaraz do Zadwórza.

Była to moja pierwsza wizyta w tym historycznym miejscu. W 1980 r. było tam jeszcze bardzo skromnie, było też mało ludzi – dosłownie garstka, inaczej niż dzisiaj, kiedy są harcerze, którzy trzymają wartę, kapłani, którzy się modlą za poległych i przedstawiciele władz. Niestety, wciąż nie ma tam dobrej drogi dojazdowej. Autobusy muszą parkować z dala od tego miejsca i żeby dotrzeć pod pomnik, trzeba iść łąkami.

Czym jest dla Pani Zadwórze?

– Zadwórze jest najwspanialszą lekcją naszej, polskiej, historii. Jest to miejsce niezwykłe, które przypomina jeden z najbardziej znaczących, choć także bardzo bolesnych momentów naszej historii, w którym nieliczna grupa – bądź co bądź jeszcze dzieci – tak jak Lwowskie Orlęta, składając ofiarę z własnej krwi, przesądziła o biegu historii.

To byli prawdziwi polscy patrioci, prości ludzie z Galicji, którzy utworzyli armię, o których przez długi czas nie wolno było nawet mówić. Owszem, u nas w rodzinie się mówiło, bo byliśmy w tę sprawę przez brata bezpośrednio zaangażowani, ale na ogół było cicho. Polska była jeszcze bardzo młoda po odrodzeniu, miała przecież zaledwie dwa lata, a mimo to ci młodzi ludzie, którzy zgłaszali się na ochotnika, mieli w sobie tak dużo ofiarności i bohaterstwa.

W tym roku również udaje się Pani, by oddać hołd bohaterom…

– Mimo 97 lat, dopóki tylko sił starcza, staram się uczestniczyć w dorocznych uroczystościach. Jestem jedną z niewielu żyjących jeszcze osób uczuciowo i rodzinnie związanych z Zadwórzem.

Brała Pani udział w wielu uroczystościach na Ukrainie upamiętniających bohaterstwo Polaków. Co Panią najbardziej wzruszyło?

– Rzeczywiście wiele było takich wzruszających uroczystości na przestrzeni lat. Były też momenty denerwujące np. w Żytomierzu, w jedną z rocznic przystąpienia do Armii Kościuszki, kiedy przedstawiciele ukraińskich władz mówili w swoim ojczystym języku, a konsul polski zamiast mówić po polsku, przemawiał w języku ukraińskim. To były bardzo niesmaczne i niepotrzebne gesty, bo czy widział ktoś Ukraińca przemawiającego podczas uroczystości w języku polskim, bo ja nie widziałam. Natomiast w Chicago można spotkać transparenty Ukraińców, gdzie widnieją napisy „Ukraina po Kraków i po Lublin”. Tymczasem my nie bronimy swoich własnych interesów narodowych, a powinniśmy.

Dodajmy do tego, że na Ukrainie wciąż wiele jest miejsc, które czekają na upamiętnienie…

– Wiele jest takich miejsc, mało tego, w wielu miejscowościach tablice w języku polskim zostały zastąpione tablicami w języku ukraińskim. Np. w Berdyczowie, gdzie w kościele pw. św. Barbary była tablica w języku polskim upamiętniająca ślub Eweliny Hańskiej i Honoriusza Balzaka, dzisiaj niestety jest już tylko w języku ukraińskim. To bardzo smutne i przykre. Pamiętam tamtejszą bibliotekę, książki, obrazy autorstwa wybitnych malarzy – to wszystko zostało usunięte, zniszczone i śladu po tym nie ma. Podobnie jest w wielu innych miejscach, które przechodzą w ręce ukraińskie, a polskość nie jest kultywowana i powoli zanika.

Powróćmy może jeszcze do Zadwórza. Pani brat, Bronisław Mirecki, po pobycie w wojsku wybrał kapłaństwo i jako ksiądz katolicki przez wiele lat posługiwał wiernym na Ukrainie…

– Kiedy wielu ludzi, w tym kapłanów, wyjeżdżało do Polski, brat miał dylemat, co robić. Wraz ze swoim przyjacielem, też księdzem, napisali list do Ojca Pio, co mają robić: wyjechać czy może zostać.

Ojciec Pio odpowiedział im jednym słowem: „Trwać”, i zostali. Brat trafił do miejscowości Podwołoczyska w obwodzie tarnopolskim nad Zbruczem. Żeby utrudnić mu posługę, bolszewicy wysadzili w powietrze kościół, a brat jako jedyny kapłan na terenie Ukrainy otrzymał zakaz prowadzenia działalności duszpasterskiej.

Zamieszkał na stacji kolejowej, w dawnym pożydowskim magazynie. On sam nigdy się nie skarżył, ale ludzie opowiadali mi, że warunki, w jakich żył i pracował, były okropne. Summa summarum było to potrzebne, bo mógł tam prowadzić podziemne duszpasterstwo. Mimo nadzoru ze strony KGB i zagrożenia zsyłkami w ukryciu odprawiał Msze św., przyjmował ludzi, którzy do niego przychodzili, błogosławił małżeństwa, chrzcił dzieci, poświęcał ziemię na pochówki, w których jako kapłan nie mógł uczestniczyć.

Potem pracował m.in. w Kamieńcu Podolskim, Gródku Podolskim, Połonnem, wreszcie trafił do miejscowości Hałuszczyńce – miejsce w zasadzie niedostępne, gdzie nie było żadnej komunikacji i gdzie był jedynym kapłanem w całym obwodzie tarnopolskim. O tym, że był dobrym kapłanem, świadczy fakt, że na 50. rocznicę święceń kapłańskich w 1983 r. Ojciec Święty Jan Paweł II nadesłał telegram z życzeniami, w którym zapewniał brata o swoim duchowym uczestnictwie w tej uroczystości i o modlitwie. Brat nigdy nie opuścił Kresów i żyjących tam Polaków. Trzy lata później zmarł.

Proszę powiedzieć, skąd wziął się przydomek „Przemytniczka Boża”, jaki przylgnął do Pani?

– Wraz z moją siostrą Heleną, która mieszkała w Nowym Jorku, wiedziałyśmy dobrze, w jakich warunkach żyje brat i ludzie, którym służy. Brakowało wszystkiego: jedzenia, ubrań, ale także dewocjonaliów.

Nie było różańców, świętych obrazków, a ludzie tego łaknęli jak chleba. Stąd zabierałyśmy ze sobą różańce i przewoziłyśmy przez granicę. Polakom nie wolno było jeździć, ale my z siostrą miałyśmy paszporty amerykańskie, co otwierało nam drogę i nie ukrywam, że bardzo nam pomagało.

Oficjalnie nasze podróże miały charakter turystyczny, odwiedzałyśmy także groby zmarłych krewnych, rzeczywistość była jednak inna. Pewnego razu przewiozłam np. sto obrazków, które poświęcił Papież Jan Paweł II. Udało mi się je szczęśliwie przewieźć mimo rewizji i to rewizji osobistej. Sama nie wiem, jak to się stało, że nikt ich nie znalazł, choć były w niemałej kopercie. O tym niezwykłym zdarzeniu pisałam do kard. Rubina, który z kolei powiedział o tym Ojcu Świętemu.  

Pomoc dla Polaków na dawnych Kresach nie ograniczała się jedynie do przewożenia różańców i dewocjonaliów…

– Przez długi czas w Chicago, gdzie mieszkałam, tylko kilka osób wiedziało o tym, że na wschodnie rubieże dostarczam również pieniądze.

Kiedy brat żył, nie mogłam o tym mówić głośno, np. w radio, czy pisać o tym w prasie, bo mogłoby to zaszkodzić i tak trudnej sytuacji, w jakiej się znajdował. Po jego śmierci ukazał się artykuł i ludzie zaczęli się do mnie zgłaszać z prośbą o dostarczanie pieniędzy ich krewnym na Ukrainie. Jednak przede wszystkim były to pieniądze na odbudowę zniszczonych i zaniedbanych świątyń, bo ludzie nie mieli gdzie się modlić. Potem były paczki z pomocą, bo ludzie też tego potrzebowali.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki