Pierwsza Kadrówka i pierwsze zwycięstwo
Wtorek, 13 sierpnia 2013 (02:04)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Z Wojciechem Kawalcem ze Związku Strzeleckiego „Strzelec” w Kielcach, uczestnikiem Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej, rozmawia Marcin Austyn
Dlaczego ruszył Pan szlakiem Kadrówki?
– Tak naprawdę moja przygoda z historią zaczęła się w wieku siedmiu lat. To wtedy zacząłem interesować się historią II wojny światowej. Pamiętam, że zacząłem w rodzinie dopytywać o te sprawy, o losy moich przodków. Tak dowiedziałem się, że miałem dwóch pradziadków, którzy służyli w Legionach Marszałka Józefa Piłsudskiego. Okazało się też, że jeden z moich dziadków należał do Związku Strzeleckiego. Było to jeszcze przed II wojną światową. Tak właśnie moje zainteresowanie historią rosło. A że uwielbiam też militaria, szukałem organizacji, w której mógłbym rozwijać swoje zainteresowania. Tak trafiłem do kieleckiego „Strzelca”. Jestem w Związku od dwóch lat i mogę powiedzieć, że był to doskonały wybór. Obecnie doszedłem do stopnia starszego strzelca.
Który raz na Kadrówce?
– To mój pierwszy Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej.
I już zanotował Pan na koncie mały sukces w konkursie historycznym.
– Tak, to pierwsza Kadrówka i pierwsze moje zwycięstwo.
Czego dokładnie dotyczył konkurs?
– Był to swego rodzaju sprawdzian wiedzy o Marszałku Józefie Piłsudskim, Legionach Polskich i historii II Rzeczypospolitej.
Skąd u Pana taka wiedza?
– Prawdę mówiąc, nigdy nie uczyłem się historii, ja ją po prostu czytam. Tak z zamiłowania. I ta wiedza jakoś sama zostaje.
Konkurs był trudny? Jak ocenia Pan rywali? W końcu na Marszu było sporo miłośników historii.
– Trzeba przyznać, że konkursowe pytania były dość szczegółowe. Wszystkim uczestnikom tej rywalizacji poszło jednak bardzo dobrze. A ja miałem to szczęście, że wygrałem.
Wróćmy do samego Marszu. Podoba się Panu taka forma krzewienia patriotyzmu?
– Tak. Choć ta ocena na pewno mocno zależy od charakteru każdego człowieka. Powiem tak: bywało ciężko, ale jakoś wytrzymywałem i polecam każdemu udział w Kadrówce.
Dlaczego?
– Przede wszystkim jest on swego rodzaju kuźnią patriotyzmu. Ponadto można sprawdzić siebie samego, hart ducha, wytrzymałość, swoje możliwości, słowem – zweryfikować, na ile mnie stać.
Czego można nauczyć się na Marszu?
– To chociażby poznawanie wielu szczegółów na temat samego Marszałka Piłsudskiego, Legionów i związanych z tym działań niepodległościowych. Byliśmy w miejscach, gdzie te wydarzenia, o których wiemy z historii, rozgrywały się w rzeczywistości. Byliśmy np. w Michałowicach, gdzie I Kadrowa przekroczyła granice zaboru austriackiego i wkroczyła do Kongresówki. Odwiedzaliśmy po drodze miejscowości, w których Strzelcy stacjonowali. Bywało nawet, że byliśmy zakwaterowani w tych samych miejscach, co oni. Przy okazji dowiadywaliśmy się tego, co robili legioniści 99 lat temu.
Wspomina Pan jakieś szczególne spotkania na trasie Marszu?
– Wśród uczestników był np. ponad 80-letni były żołnierz Armii Krajowej, uczestnik walk o niepodległość, który wielokrotnie uczestniczył w Marszu. Osobiście bardzo interesowały mnie jego relacje z minionych lat. Był z nami także wykładowca historii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w ciekawy sposób wszystko nam tłumaczył.
Jak wytrzymał Pan trudy marszu? Szliście w mundurach w iście afrykańskich upałach.
– Na pewno dzięki temu można było sporo schudnąć (śmiech). Ale rzeczywiście bywało ciężko, zwłaszcza kiedy mieliśmy pokonać długie odcinki trasy. Wtedy upał szczególnie dawał się we znaki. Wprawdzie nie braliśmy udziału w zawodach, nie biegaliśmy na trasie, nie pokonywaliśmy jej na czas, ale przy takiej aurze nawet droga w drużynie marszowej może dobrze zmęczyć. Jeden z odcinków dziennych miał prawie 50 kilometrów. Było naprawdę ciężko. Był jednak też dzień odpoczynku. I może dzięki temu jesteśmy u celu, w Kielcach. Prawda jest jednak taka, że jeśli maszeruje się w doborowym towarzystwie, to żadne trudy nie są groźne. Choć trzeba oddać, że odparzone stopy, odciski czasem mocno dają się we znaki.
Za rok przypada setna rocznica wymarszu Strzelców z krakowskich Oleandrów w kierunku Kielc. Weźmie Pan udział w Marszu?
– Oczywiście. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Taka rocznica zobowiązuje do czegoś więcej?
– Jak najbardziej. Dlatego plany mam ambitne i zamierzam konkurować na czas w drużynie marszobiegowej.
Mając już marszowe doświadczenie, sądzi Pan, że wystarczy sił, by konkurować na czas?
– Jak Pan Bóg pomoże, to dam radę. Będą potrzebne treningi. Ale mam cały rok na przygotowania, więc jestem dobrej myśli.