• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Boże cuda na trasie Dream Trip

Poniedziałek, 5 sierpnia 2013 (10:38)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Relacja z 20. dnia rowerowej wyprawy 12 osób z grupy Dream Trip, które pielgrzymują do Fatimy w intencji Ojczyzny

Jesteśmy na szlaku do Santiago... W kraju Basków nasza grupa jest witana bardzo entuzjastycznie. Tylu okrzyków, oklasków i klaksonów na nasz widok chyba jeszcze nigdy nie było. Tłumy szaleją, ale... okazuje się, że tu na szlaku pielgrzymim, po raz pierwszy natrafiamy na poważny problem z noclegami. Choć jesteśmy witani radośnie, to nikt nie chce nas przyjąć pod swój dach lub nawet do ogrodu. Naszym problemem jest to, że są tu zorganizowane noclegownie. A takich jak my jest wielu, pielgrzymujących pieszo lub na rowerach. Dlatego na pytanie o nocleg jesteśmy odsyłani do noclegowni i punktów obsługujących pielgrzymów. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że o godzinie 20.00 wszystkie są już zapełnione.

W San Sebastián – dużym mieście – w którym zaczęliśmy szukać, policja pouczyła nas o wszystkich możliwych karach za spanie pod chmurką. Około 22.00 jechaliśmy na górę, gdzie miały być jeszcze wolne miejsca na parkingu. Po drodze szukaliśmy szczęścia u spotkanych ludzi, ale nikt nie okazywał chęci przyjęcia nas. Dowiedzieliśmy się jednak, że spanie w parku i innych miejscach wcale nie jest aż tak karane. Generalnie różni ludzie tak robią. Była opcja spania pod chmurką lub pod chmurką na płatnym campingu. Zdania były podzielone, ale ostateczną decyzją było szukanie noclegu na dziko.

Około 5 km od campingu znaleźliśmy ławeczki w parku, gdzie odprawiliśmy Mszę św. i rozbiliśmy obóz. Przywykliśmy już do weekendowych wygodnych noclegów – a tu noc, zmęczenie, godzina 24.00 i... miejsce w parku. Chcąc pocieszyć wszystkich, powiedziałem: „przynajmniej nie pada”. To nam jeszcze nie przeszkodziło – spaliśmy twardo, ale około godziny 6.00 zaczęło padać i uciekliśmy pod daszek ubikacji.

Brak noclegów, deszcz, zmęczenie sprawiły, że niedziela nie rozpoczęła się zbyt radośnie, ale czy mieliśmy zwątpić, że Bóg troszczy się o nas? Przez cały czas wyprawy napotykaliśmy tysiące „zbiegów okoliczności”, dzięki którym mieliśmy wszystko, co nam było potrzebne. W Lourdes, gdy nie wpuścili nas z rowerami na teren sanktuarium, nagle Bartek spotkał dwóch kamilianów, którzy zapewnili nam nocleg w Misji Polskiej, kolację i zorganizowali zwiedzanie.

Jak w wielotysięcznym tłumie, ogromnym mieście, które nas przerosło, gdzie byliśmy niesamowicie zagubieni, znaleźliśmy tych dwóch polskich księży, dzięki którym pobyt w Lourdes nie był czasem straconym? Niedziela rozpoczęta była zatem bez noclegu, ale nie bez nadziei. Ruszyliśmy około godz. 10.00 do kościoła na Mszę św. do pobliskiej miejscowości – około  6 km. Odprawiał ją młody ksiądz w języku baskijskim. Piękny kościół, głośny śpiew wiernych, wspólna modlitwa dodawały nam otuchy.

Po Mszy św. rozmowa z księdzem, który jako jedyny mówił trochę po angielsku i nie odesłał nas do noclegowni, ale zaprowadził do domu parafialnego. Mamy gdzie spać. Jest kuchnia, prysznic, a na dodatek możemy korzystać ze znajdującego się tutaj jedzenia (jest nawet ekspres do kawy) – i jak tu nie wierzyć w Bożą Opatrzność?

Relację przygotował przewodnik, szef i kapelan pielgrzymki – ksiądz Adam Jasiurkowski.

 

Źródło: oficjalne konto Dream Trip na Facebooku