• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Maryja na nas czeka

Niedziela, 4 sierpnia 2013 (19:03)

Z Mateuszem Piędelem z parafii pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Jeżowem, uczestnikiem pielgrzymki ze Stalowej Woli na Jasną Górę, rozmawia Izabela Kozłowska

Który raz będzie Pan brał udział w pieszej pielgrzymce?

– To już mój trzeci raz, kiedy ruszam na pątniczy szlak do Matki Bożej Częstochowskiej. Pielgrzymowanie zacząłem dwa lata temu w 2011 roku i od tego czasu staram się regularnie – z roku na rok – brać w nim udział. Wiadomo, że nie jest to łatwe – trzeba znaleźć czas (chociaż mam obecnie wakacje i jest go dosyć sporo), fundusze, a także (co, myślę, jest najważniejsze) chęci. Te jednak pojawiają się same, jeżeli już wcześniej byliśmy na pielgrzymce. Najgorszy jest pierwszy raz...

Jak wspomina Pan swoje początki na pątniczym szlaku?

– Na samym początku na pielgrzymkę wybierałem się jak sójka za morze. Przez kilka lat wmawiałem sobie, że „akurat w tym roku pójdę”. Wiadomo jednak, jak to jest z takim „planowaniem”. Aż w końcu w 2011 r. wraz z grupką moich przyjaciół postanowiliśmy sobie, że w tym roku na pielgrzymkę wybierzemy się na sto procent. I stało się... Poszliśmy. Wcześniej jednak wypytałem mnóstwo znajomych osób, które były już kiedyś na szlaku pielgrzymim, czego należy się spodziewać podczas tych dziewięciu dni (bo właśnie tyle czasu zmierzamy do tronu Jasnogórskiej Pani). Wielu z nich zapewniało mnie, że dojście do celu nie jest czymś niemożliwym, jednak po drodze trzeba się liczyć z kontuzjami, bąblami na stopach i innymi przykrościami, które mogą nas spotkać. Początkowo obawiałem się tego, że nie jestem dość wytrzymały, by móc dotrzeć do celu. Okazało się jednak wręcz przeciwnie – doszedłem bez żadnych większych problemów. Nie miałem ani jednego bąbla!

Dlaczego kolejny rok bierze Pan udział w pielgrzymce?

– Wielu pątników, którym zadaję to samo pytanie, zawsze zgodnie twierdzi, że tego, kto już raz ruszy na pielgrzymkę do Częstochowy, co roku będzie tam ciągnęła niewidzialna siła. I mają rację. Jest coś niesamowitego w całym tym pielgrzymowaniu. Powstaje jakaś niewidzialna więź między pielgrzymem a pielgrzymką. Ten czas, który pielgrzymi spędzają ze sobą, w pewien sposób ich do siebie zbliża, powstają nowe relacje, nawiązują się znajomości, człowiek uczy się pokory, wie, że iść musi, jeżeli chce dotrzeć do celu, pokonuje swoje często duże słabości. Zawsze znajdą się jednak osoby, które pomogą, wesprą. Ale kluczową rolę odgrywa tutaj możliwość oderwania się na kilka dni od tej szarej codzienności i pełnego oddania się Bogu w codziennej modlitwie, Mszy Świętej, wysłuchiwaniu kazań, rozważaniu Słowa Bożego, wspólnym odśpiewywaniu Apeli Jasnogórskich. Człowiek przynajmniej raz w roku znajduje wystarczająco dużo czasu, by w pełni oddać się Ojcu i zawiązać z nim mocniejsze relacje.  

Należy pamiętać także o dobroci gospodarzy, którzy z życzliwością przyjmują pielgrzymów pod swój dach na noc, obdarzając ich tym, co mają najlepsze, by ci dali radę przejść kolejnych kilkadziesiąt kilometrów następnego dnia. My natomiast odwdzięczamy się im za to modlitwą. Także i na takich noclegach zawiązują się nowe znajomości, przyjaźnie, a znam nawet przypadek, że pewien chłopak poznał podczas jednego noclegu swoją obecną żonę. Oczywiście nocleg nie zawsze równa się pięknemu pokoikowi z wygodnym łóżkiem. Czasami trzeba zacisnąć zęby i przenocować na pachnącym sianku w stodole, co wbrew wielu opiniom nie jest wcale takie złe...

Pojawiają się chwile zwątpienia? Skąd czerpie Pan siłę do dalszej drogi?

– Chwile zwątpienia pojawiają się podczas pielgrzymowania bardzo często, szczególnie w dwóch pierwszych dniach. Człowiek nie jest jeszcze do końca przyzwyczajony do pokonywania tak dużych odległości, nogi często odmawiają posłuszeństwa, a w głowie zapala się czerwona lampka, która sygnalizuje nam, że „chyba nic z tego nie będzie, nie uda się”. Jest to normalne zjawisko i występuje u każdego pielgrzyma. Pierwszy bąbel, rana, nadwyrężone ścięgno, oparzenia słoneczne – to wszystko zniechęca, jednak zawsze należy pomyśleć, że w tym całym cierpieniu nie zostaje się samym. Jesteśmy wśród tylu ludzi, którzy cierpią tak jak my, a nawet i gorzej, ale także i wśród tych, którzy nie zostawią nas w potrzebie i pomogą nam dotrzeć do celu. Myślę, że to właśnie ta myśl, a także ta, że tam gdzieś daleko czeka na mnie Matka, która z utęsknieniem mnie wypatruje i która przygarnie mnie do swego domu, kiedy do niej w końcu przybędę, powodują, że znajduję siłę do dalszej drogi.

Jakie emocje towarzyszą samemu wejściu na Jasną Górę i stanięciu przed Cudownym Obrazem Matki Bożej?

– Jest to najcudowniejszy moment z całych tych dziewięciu dni! Człowiek przygotowuje się do niego od początku i wyczekuje go z mocno bijącym sercem. Nie da się do końca opisać tej radości, która wówczas wylewa się z człowieka. Na wielu twarzach maluje się uśmiech, łzy radości. Wszyscy śpiewają, klaszczą i to wszystko dla Maryi, bo przecież to do Niej zmierzaliśmy. Pamiętam, że podczas wchodzenia na Jasną Górę na mojej pierwszej pielgrzymce w pośpiechu wysłałem mamie SMS-a o treści: „Już jesteśmy! Dla tej chwili warto iść przez te dziewięć dni”. To naprawdę niesamowite przeżycie. Każda z grup przygotowuje sobie wcześniej przećwiczoną piosenkę, z którą wkracza przed tron Królowej Polski na błonia jasnogórskie. W międzyczasie ksiądz dyrektor pielgrzymki opisuje daną grupę: liczbę osób w niej idących, z jakiego dekanatu są pielgrzymi, wiek najstarszego i najmłodszego pielgrzyma itd., a następnie kłaniamy się Matce Bożej i wchodzimy do katedry przed Cudowny Obraz na wspólną Mszę Świętą kończącą pielgrzymkę. To, co wówczas dzieje się w sercach wszystkich pielgrzymów, zrozumie tylko ten, kto przynajmniej zdecydował się na trud pielgrzymowania.

Dziękuję za rozmowę.

 


30. Piesza Pielgrzymka ze Stalowej Woli na Jasną Górę wyruszyła dziś po Mszy św. sprawowanej o godz. 6.00 w stalowowolskiej konkatedrze. Bierze w niej udział ponad 1000 pątników, którzy mają do pokonannia ok. 270 km. Do Matki Bożej Częstochowskiej dotrą 12 sierpnia.

Izabela Kozłowska