Pruchnik oczekuje prawdy o zabójstwie
Sobota, 3 sierpnia 2013 (18:15)Po 15 latach śledztwa sąd nie wskazał zabójców szefa polskiej policji gen. Marka Papały. Zbulwersowana tym faktem jest opinia publiczna, a szczególnie mieszkańcy Pruchnika – miasteczka na Podkarpaciu, z którego generał pochodził i gdzie na miejscowym cmentarzu spoczywają jego doczesne szczątki.
Choć do wyjaśnienia sprawy zabójstwa gen. Marka Papały zaangażowano specjalne grupy policjantów i prokuratorów, przesłuchano kilkuset świadków, przeprowadzono szereg wizji lokalnych, a samo śledztwo, prowadzone przez dwie prokuratury: warszawską i łódzką, wielokrotnie przedłużano, to niestety nie ustalono: kto i na czyje zlecenie dokonał tej zbrodni. Jak się okazuje, niewiele dały też monity o pomoc prawną m.in. do Austrii, Danii, Grecji, Niemiec, Rosji, Szwecji, Stanów Zjednoczonych czy Włoch.
Efekt: w środę Sąd Okręgowy w Warszawie, uznając dowody oskarżenia zgromadzone w śledztwie za zbyt kruche, po trwającym 15 latach śledztwie uniewinnił Ryszarda Boguckiego i Andrzeja Z. ps. „Słowik”, oskarżonych o nakłanianie do zabójstwa byłego szefa policji gen. Marka Papały. Fakt, iż sąd nie znalazł fundamentu, na którym można było oprzeć wyrok skazujący, budzi niesmak zwłaszcza w środowisku, z którego wyszedł Marek Papała – w Pruchniku. To tu ukończył szkołę podstawową, tu w 1990 r. świętował obronę pracy doktorskiej na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego czy zdobycie generalskich szlifów w 1997 r.
Po orzeczeniu Sądu Okręgowego w Warszawie wielu ludzi ocenia taki werdykt jako porażkę i kompromitację polskiego wymiaru sprawiedliwości, wątpiąc, by kiedykolwiek sprawcy czy też zleceniodawcy zabójstwa komendanta głównego policji doczekali się sprawiedliwego wyroku.
Mieszkańcy Pruchnika byłego szefa policji wspominają jako dobrego, uczciwego człowieka. Zniesmaczeni przebiegiem i efektem trwającego 15 lat śledztwa są także rodzice gen. Papały, którzy nie chcą komentować wyroku sądu. Ich zdaniem, syn musiał komuś wejść w drogę, nie wierzą jednak w wersję o przypadkowej śmierci z ręki złodzieja samochodów.
Również przedstawiciele władz samorządowych Pruchnika uważają wynik śledztwa za bulwersujący. Wyrok, jaki zapadł, rozpatrują w kontekście zbrodni i kary, i choć nikt za sąd nie feruje wyroków, to wiedzą, że skoro była zbrodnia, to powinna być kara.
Stanisław Kłopot, zastępca burmistrza Pruchnik,a w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl podkreśla, że w Pruchniku gen. Papała kojarzy się jednoznacznie z człowiekiem, który choć w hierarchii społecznej zaszedł wysoko i pracował w Warszawie, to nigdy nie wstydził się swoich stron ani ludzi. – Bywał tu często, zawsze życzliwie pomagał samorządowcom w różnych sprawach, także gdy lokalne władze udawały się do Warszawy. Przyjeżdżał także na święta i nie stronił od ludzi, z którymi po nabożeństwie w kościele stawał i chętnie rozmawiał. Był normalnym, dobrym człowiekiem – podkreśla zastępca burmistrza Pruchnika.
Jego zdaniem, wyrok, jaki zapadł, świadczy też o niemocy państwa, w którym – jak widać – nie można do końca czuć się bezpiecznie. – Zaczęło się od śmierci gen. Papały, a kumulacją tego wszystkiego była katastrofa smoleńska, gdzie państwo zawiodło, udowodniając nie tyle, że nie ma siły, tylko że nie ma woli chronić obywatela. W obu tych sprawach jest pewna analogia związana z zaciemnianiem czy – używając języka prawniczego – mataczeniem – ocenia Stanisław Kłopot. Dodaje, że nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że za zabójstwem gen. Papały stoi gang złodziei samochodów.
Mieszkańcy Pruchnika, którzy znali gen. Papałę, oczekują działań, które doprowadzą do wykrycia i ukarania winnych śmierci komendanta głównego policji. – Tego wymaga sprawiedliwość – komentuje wyrok sądu wiceburmistrz Kłopot.
Generał Marek Papała był najmłodszym komendantem głównym w historii polskiej policji. W chwili obejmowania urzędu szefa policji miał 38 lat. Pełnił tę funkcję przez rok. Pod jego kierownictwem stworzono m.in. podstawy reformy policji w Polsce. Został zastrzelony 25 czerwca 1998 r. w swoim samochodzie na parkingu przed blokiem na warszawskim Mokotowie.
Mariusz Kamieniecki