• Środa, 1 kwietnia 2026

    imieniny: Grażyny, Hugona, Zbigniewa

Trzykrotny wyrok śmierci

Sobota, 3 sierpnia 2013 (02:06)

Z Bożeną Przybyłowską-Sacharczuk, córką por. Jana Przybyłowskiego ps. „Onufry”, szefa wywiadu 11. Grupy Operacyjnej Narodowych Sił Zbrojnych, rozmawia Piotr Falkowski

 

Jak to się stało, że Pani ojciec został żołnierzem Polskiego Państwa Podziemnego?

– Urodził się w 1917 r. w Zbyszewie pod Dobrzyniem nad Wisłą. Tu się wychował, we Włocławku chodził do Gimnazjum Ziemi Kujawskiej, potem skończył podchorążówkę. Nie został zmobilizowany w 1939 r.; okazało się, że jest jednym z nielicznych mężczyzn zdolnych do pracy w rodzinie – pozostali byli nieletni. Jednak zgłosił się na ochotnika do wojska, walczył, dostał się do niewoli. Przetrzymywano go w obozie jenieckim aż w Bawarii. W 1942 r. uciekł z niewoli i udało mu się przedrzeć do rodzinnych stron. Gestapo go szukało. Babcia była przesłuchiwana, pobita, nawet miała raz wstrząs mózgu i była nieprzytomna. Ale rodzice mówili, że nic nie wiedzą o losie swojego syna, chociaż naprawdę przyjeżdżał do rodzinnej wioski. I do końca wojny nie został złapany. Tu, w Polsce, od razu wstąpił do Narodowych Sił Zbrojnych.

To wynikało z jego wcześniejszych poglądów politycznych?

– Nie, po prostu to była jedyna organizacja podziemna, która na tym terenie działała. Ponieważ ojciec w niewoli dobrze nauczył się języka niemieckiego, skierowano go do wywiadu. Wtedy też poznał mamę. To była Polka z USA. Przyjeżdżała do Polski na wakacje. W 1937 r. poślubiła swojego „korespondencyjnego” narzeczonego, ale wróciła jeszcze do Ameryki. W 1939 r. przyjechała znowu. Jej mąż był wtedy w wojsku i zginął. Została więc 19-letnią wdową z małą córką. Mieszkała tu, w pobliżu, u dalszej rodziny i tak się poznali z moim ojcem. Pobrali się i byli razem w organizacji już do końca. Była łączniczką, bardzo skuteczną, ponieważ jako obywatelkę amerykańską Niemcy traktowali ją zupełnie inaczej. Była nietykalna, dostawała bez problemu kartki na wszystkie towary – potem oddawała to żołnierzom.

 

Na czym polegała działalność wywiadowcza Pani ojca?

– Utworzono na naszych terenach komórkę Armii Ludowej, złożoną z ludzi przeszkolonych w ZSRS i tu przysłanych. Ojciec został skierowany jako wtyczka do nich. Był więc w AL, ale przekazywał informacje NSZ, a potem – po połączeniu w 1944 r.– Armii Krajowej. Jego informacje służyły m.in. do przejmowania sowieckich zrzutów. Dowiedział się o planowanym desancie specjalnego oddziału, który miał zlikwidować komórki AK. Dzięki tym informacjom, grupa ta została rozbita. O jego działalności właściwie niewiele wiadomo, wszystko było tajne. Ojciec nawet z mamą nie rozmawiał o szczegółach. Doszedł do funkcji szefa wywiadu 11. Grupy Operacyjnej NSZ.

 

Czy po zakończeniu wojny nadal posługiwał się fałszywą legendą przynależności do AL?

– Przez pewien czas tak. Ujawnił się jako partyzant, ale komunistyczny, a o służbie w NSZ i AK nic nie mówił. Dostał od swoich prawdziwych przełożonych rozkaz, żeby kontynuować działalność pod przykryciem i rozpracowywać struktury komunistyczne. W tym czasie, po rozwiązaniu AK, odtworzyły się struktury NSZ jako Narodowe Zjednoczenie Wojskowe. W NZW mój ojciec dostał awans oficerski i awans na porucznika. Wniosek był wcześniejszy, ale dowództwo AK nie zdążyło go rozpatrzyć. Natomiast w strukturach Polski Ludowej był gminnym sekretarzem PPR. To dawało mu dostęp do wszystkich ważnych informacji, także o akcjach przeciwko niepodległościowemu podziemiu.

Nie przeszkadzało w tym małżeństwo z obywatelką USA?

– Nie, ponieważ rodzice mieli tylko ślub kościelny. W czasach okupacji niemieckiej ojciec był poszukiwany, więc ksiądz nie mógł nigdzie tego ślubu zapisać. Także dla władz komunistycznych nic ich nie łączyło.

 

Jak doszło do dekonspiracji Pani rodziców?

– To było związane z amnestią w 1947 roku. W połowie tego roku ujawnił swoją służbę w NSZ i AK. Wtedy na świecie był już mój starszy brat i ja. Mamie zależało na rozpoczęciu normalnego życia, wierzyła w amnestię, że będzie ona prawdziwa i komuniści dadzą im spokój. Rodzice zdążyli jeszcze wziąć tzw. ślub cywilny. Ale UB od razu zobaczył, że mój ojciec wcale nie jest komunistą i rozpoczęły się represje. Rodzice zaczęli się ukrywać. Ale gdyby ojciec się nie ujawnił, to też by mu to nie pomogło, ponieważ z amnestii korzystały tysiące ludzi, w tym jego podwładni, więc tak czy inaczej UB wszystkiego by się dowiedział i następnego dnia po zakończeniu obowiązywania ustawy amnestyjnej zostałby aresztowany. A tak mógł liczyć, że jakoś da się przeżyć. Jednak nie dało się – był zbyt ważną postacią w strukturach konspiracji niepodległościowej.

 

Długo udało im się ukrywać?

– Do września 1948 roku. Rodzice pod fałszywymi nazwiskami ukrywali się w Warszawie. Tam Urząd Bezpieczeństwa nakrył brata w lokalu konspiracyjnym przy ulicy Strzeleckiej. Tydzień później wpadła mama, która była w ciąży – syn urodził się w więzieniu. Brat pierwsze zeznania złożył dwa dni po aresztowaniu mamy. Z akt wynika, że od razu niczego nie mówił. Wiadomo, że podczas śledztwa ojca szantażowano. Bito mamę na jego oczach i żądano przyznania się do zarzutów, gdyż w przeciwnym wypadku nie pozwolą na urodzenie się dziecka.

 

Jakie to były zarzuty?

– No właśnie wcale nie chodziło o to, że ojciec pracował dla AK i donosił na AL, ale głównie o współpracę z gestapo. To był zupełnie fałszywy zarzut, gdyż gestapo przecież ojca poszukiwało jako zbiega z obozu jenieckiego, na co są dokumenty. UB wyciągnął na pierwszy plan wątek całkowicie sfabrykowany, że ojciec spotkał się w Płocku z jakimś gestapowcem, który obiecał mu dać broń. Rzecz całkowicie nierealna. Ale chodziło o pokazanie, że AK współpracuje z gestapo. Już na procesie ojciec powołał na świadka swojego dowódcę z AL Jakuba Krajewskiego ps. „Kuba”. Znali się dobrze z czasów wojny i późniejszych. Któregoś razu, kiedy Niemcy otoczyli ich oddział, to ojciec na plecach wyniósł z kotła Krajewskiego, więc uratował mu życie. W czasie komuny Krajewski był posłem PPR z Płońska (1947-1952). No więc ojciec liczył, że złoży zeznania i powie, jak było w czasie okupacji, że z jego strony nie stała się żadna krzywda tej grupie AL. Owszem, robił robotę wywiadowczą, wiadomości dotyczące sowieckich zrzutów przekazywał dowództwu, ale nie szkodził partyzantom ze swojej grupy. Ale stało się inaczej. Krajewski przysłużył się karze śmierci dla ojca. Cały proces był pokazowy. UB dokładnie napisał scenariusz i rozpisał role dla każdego uczestnika, również oskarżonych. Jeden z kolegów ojca, Stefan Bronarski, ojca przełożony, podczas procesu oświadczył, że jego zeznania zostały wymuszone. Został tak skatowany, że w desperacji usiłował popełnić samobójstwo. Ledwo przeżył. A mój ojciec dostał wyrok na początku 1949 roku: trzykrotną karę śmierci. To i tak „łagodnie”, bo jeden z jego towarzyszy, Wiktor Stryjewski, miał 38-krotną.

W jaki sposób Pani ojciec to wszystko przyjmował? Wiadomo, jak zachowywał się podczas procesu, w więzieniu?

– Tak jak inni. Nie miał wiele do powiedzenia. Gdy był już w celi śmierci, inny więzień wyznaczony do roznoszenia jedzenia, przekazał mu, że właśnie urodził mu się syn i będzie się nazywał Jan. Ojca stracono 18 stycznia 1951 roku. W czerwcu tego samego roku Bierut ojca i wszystkich skazanych w tym procesie ułaskawił. Tylko że pośmiertnie. Chciano pokazać, że wódz jest dobry, nie chce nikogo krzywdzić.

Na tym kończy się walka Pani rodziców, a zaczyna się walka o pamięć.

– Do tego było jeszcze daleko. Mama wyszła z więzienia jesienią 1950 r. i trzeba było myśleć o przeżyciu. W rodzinnych stronach nie mogła znaleźć pracy. Zabrała czworo dzieci i pojechała na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Tam dostała pracę w fabryce tworzyw sztucznych. Tam nikt nie wiedział o jej przeszłości, więzieniu i losach męża – wroga Polski Ludowej. Tam ponownie wyszła za mąż i urodziła jeszcze dwóch synów. Ale jakoś mama bała się mieszkać w Szczecinie, cały czas obawiała się, że wrócą tam Niemcy. Poza tym miała sentyment do tych stron – Kujaw, ziemi dobrzyńskiej, północnego Mazowsza. Więc jeszcze w latach 50. wrócili i zamieszkali we Włocławku. Mnie wychowywali rodzice ojca w Zbyszewie. Mama zmarła w 1978 roku.

 

Podejmowaliście przez te lata jakieś próby odnalezienia miejsca pochówku Pani ojca?

– Do 1989 r. nie było mowy o niczym takim. Mama zresztą do końca życia była inwigilowana przez SB. Nawet sąsiad pracujący w milicji przyznał się, że pisze o mamie raporty. Dopiero w 1991 r. brat złożył wniosek do sądu o kasację wyroku z 1949 roku i rehabilitację.

W wolnej Polsce nikt nie powinien mieć wątpliwości co do oceny działalności „Onufrego”.

– A proces, proszę pana, ciągnął się 15 lat! Pierwszy skład sędziowski robił wszystko, żeby ten proces przeciągać. Wysyłano zapytania do różnych zagranicznych archiwów niemieckich, rosyjskich. Bardzo pomagali nam historycy, którzy spędzali mnóstwo czasu w sądzie, szukali dokumentów, dowodów. Część z nich znalazła się później w IPN. Pomagał też Związek Żołnierzy NSZ. Dopiero w 2005 r. zmienił się skład sędziowski i prokurator. I ten nowy skład prawie od razu zakończył proces pozytywnie. Uchylono komunistyczny wyrok w całości. Brat podczas procesu pytał, czy wiadomo, gdzie pochowany jest ojciec, ale nie było żadnej odpowiedzi. Dopiero niedawno odnaleziono dokumenty, z których wynika, w jakim czasie straconych na Rakowieckiej chowano na Łączce. Ponieważ do egzekucji mojego ojca doszło właśnie w tym czasie, można liczyć, że prędzej czy później prof. Krzysztof Szwagrzyk znajdzie jego ciało, tak jak już znalazł ciała innych zamordowanych w tym samym czasie. Oddaliśmy próbki DNA i czekamy. Każdy chce mieć miejsce, w którym może pomodlić się i uczcić pamięć najbliższych osób.

 

Prowadzi Pani w Bętlewie bardzo otwarty dom. Spotykają się tu historycy, teraz gości Pani motocyklistów ze Stowarzyszenia Międzynarodowy Rajd Katyński.

– Mieszkam w domu ciotki mojego ojca. Od kiedy tu zamieszkałam, to miejsce stało się celem pielgrzymek całej rodziny i ludzi, bo jakoś wszyscy je bardzo lubią. Poza tym od dawna zbieram zdjęcia, dokumenty, wszystko, co dotyczy walk na naszym terenie. Bo z mojej rodziny nie tylko ojciec działał w podziemiu, a potem był represjonowany. Prowadzę więc tu rodzinne archiwum. Dlatego pojawiają się też historycy badający działalność podziemia niepodległościowego na północnym Mazowszu i Kujawach. A rajd motocyklowy zorganizowano tu dość spontanicznie. U mnie jest baza, a uczestnicy cały dzień biorą udział w grze terenowo-historycznej. Muszą dojechać do miejsc związanych z antykomunistycznym podziemiem i działalnością żołnierzy wyklętych: miejsc walk, akcji partyzanckich itp. Potem będą składać relacje z tego, czego dowiedzieli się na trasie.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski