• Poniedziałek, 16 marca 2026

    imieniny: Hilarego, Izabeli, Herberta

Porywał serca Polaków

Piątek, 2 sierpnia 2013 (09:12)

 Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Z Jolantą Sosnowską, autorką książki pt.: „Kardynał polskich serc” wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk, rozmawia Izabela Kozłowska

 

Książka pt. „Kardynał polskich serc” to pierwsza publikacja napisana po śmierci ks. kard. Stanisława Nagy. Jak zrodził się jej pomysł?

– Bardzo ceniliśmy księdza kardynała i mieliśmy zaszczyt spotykać się z nim często w wydawnictwie przy okazji pracy nad różnymi książkami. Wraz z mężem mieliśmy też szczęście znać ks. kard. Nagy prywatnie. Łączyły nas przyjacielskie stosunki, ceniliśmy bardzo księdza kardynała za to, kim był i jaki był. Niebawem po jego śmierci zrodził się więc pomysł, aby wydać o nim książkę.

Chcemy, żeby pamięć o tym wspaniałym człowieku żyła, żeby poznali go  ci, którzy nie mieli okazji zetknąć się z nim osobiście. Książka nasza ukazuje go nie tylko jako hierarchę, którego nazwisko Polacy poznali przed dziesięciu laty, kiedy został kardynałem, ale również jako wybitnego teologa, wspaniałego duszpasterza, wiernego sercańskiej regule zakonnika i niezwykłego człowieka.

Miał bardzo wiele zainteresowań. Chcieliśmy ks. kard. Nagy pokazać także z nieznanej strony; nie wszyscy np. wiedzą, że bardzo interesował się sportem.

 

Może Pani zdradzić kilka szczegółów, które według Pani są wyjątkowo cenne w tej książce?

–  Mało kto wie, że był on bardzo rodzinnym człowiekiem. Był najmłodszym spośród szóstki rodzeństwa. Najstarsza siostra, zwana Maryjka, opiekowała się Stasiem po śmierci mamy, który miał wówczas zaledwie sześć lat. Brat Franciszek został sercaninem, wyjechał później na misje do Brazylii. Więzy rodzinne między rodzeństwem zawsze były bardzo silne. Trzy siostry niezwykłą troską otaczały dwóch braci, którzy wybrali stan duchowny. Najstarszy brat Jan, powstaniec śląski, założył własną rodzinę, zmarł niestety niedługo po wojnie. Ich kontakty mimo wojny czy oddalenia pozostały żywe przez cały czas, obowiązkowo spotykali się na każde święta.

Ksiądz kardynał do ostatnich chwil swego życia interesował się bardzo bratankami i siostrzeńcami, a także dalszymi krewnymi. Bardzo mnie to ujęło.  Inną wspaniałą cechą ks. kard. Nagy była wielka wrażliwość na krzywdę innych, na ich zmartwienia – zawsze starał się temu zaradzić, pomóc.

Kiedy rozmawiał z danym człowiekiem, całkowicie się nad nim pochylał – nie dosłownie oczywiście –  słuchając uważnie tego, co miał mu on do powiedzenia. Kardynał Nagy interesował się każdym człowiekiem, który stawał na jego drodze.

 

Dzięki pracy nad książką poznała Pani lepiej osobę księdza kardynała?

– Zdecydowanie tak. Wcześniej np. słyszałam, iż był duszpasterzem medyków w Krakowie i że przejął tę posługę po ks. bp. Karolu Wojtyle, ale nie wiedziałam jaką to miało formę. Tymczasem ks. Stanisław Nagy nie tylko przejął opiekę, ale i ją rozwinął; trwało to od 1961 r. aż do lat osiemdziesiątych. Spotykał się z tymi ludźmi w mieszkaniu ks. bp.Wojtyły na ul. Kanoniczej w Krakowie, a także w mieszkaniach prywatnych, odprawiał Msze św., wyjeżdżał na wędrówki po górach, zjeżdżał z nimi na nartach.

W otoczeniu przyrody był czas na spotkania z Bogiem, teologiczne rozważania, analizę Pisma Świętego, rozmowy o Kościele. Gdy trwał Sobór Watykański II ks. Stanisław Nagy, opowiadał studentom i ludziom medycyny oraz farmacji, co dzieje się w trakcie obrad, o opracowywanych dokumentach, dyskutowanych sprawach, itd.

Ojciec Stanisław – bo tak go w środowisku medyków nazywano – kontynuował typ duszpasterstwa turystycznego zapoczątkowany przez błogosławionego dziś Jana Pawła II. Nie o turystykę tu jednak przede wszystkim chodziło. Wyprawy, głównie w góry, miały ułatwiać spotkania i rozmowy z Panem Bogiem, sprzyjały rachunkowi sumienia, zastanowieniu się nad własną drogą życiową, w rozeznaniu której pomagał ojciec Stanisław Nagy. Wszyscy wychowankowie księdza kardynała, z którymi się spotkałam, podkreślali, iż był on dla nich prawdziwym ojcem, dlatego nazywali go „ojcem Stanisławem”.

Miał na ich formację duchową ogromny wpływ. Kilka osób z tego kręgu wstąpiło do zakonów, jeden mężczyzna został księdzem, kilka dziewcząt wybrało świeckie instytuty konsekrowane. Także zawarte w tym kręgu małżeństwa okazały się trwałe. Wszyscy ci ludzie byli jednocześnie bardzo ze sobą związani.

Owoce duszpasterstwa ojca Stanisława są nie do przecenienia. Ksiadz Karol Wojtyła i ks. Stanisław Nagy jako duszpasterze środowiska medycznego potrafili nań wspaniale wpływać i prowadzić tych ludzi duchowo. A dzisiaj tyle słyszymy narzekań pod adresem formacji duchowej lekarzy...

 

Bardzo wymowny jest również tytuł publikacji „Kardynał polskich serc”...

– Ksiądz profesor Stanisław Nagy, kiedy został kardynałem, a było to prawie 10 lat temu, miał już 82 lata. Inni hierarchowie w tym wieku są już na emeryturze i po prostu bardzo spokojnie żyją. Natomiast ksiądz profesor potraktował to wyróżnienie Jana Pawła II jako kolejne wyzwanie. Był kardynałem, a jednocześnie zakonnikiem – sercaninem i całe życie mieszkał w klasztorze.  A mimo to miał bardzo żywy i intensywny kontakt z ludźmi i ze sprawami polskimi, pochłaniało go także życie publiczne. Gdy działo się coś ważnego w kraju, zawsze zabierał głos. W Radiu Maryja, Telewizji Trwam a także na łamach „Naszego Dziennika” czy Tygodnika Katolickiego „Niedziela” – wypowiadał się w najistotniejszych bieżących sprawach.

Brał udział również w  spotkaniach patriotyczno-religijnych organizowanych przez nasze wydawnictwo, gdzie odważnie i zdecydowanie się wypowiadał. Dlatego Polacy tak bardzo go pokochali. Ksiądz kardynał Nagy był dla nich bardzo bliskim człowiekiem, który czuł tak jak oni, był tak jak oni patriotą, nie tylko hierarchą Kościoła katolickiego. Był wspaniałym człowiekiem modlitwy i Pana Boga, ale również wspaniałym Polakiem. Ten patriotyzm wyniósł z przedwojennej szkoły oraz z domu, został w jego duchu wychowany. Pokazujemy, jak umiłowanie Ojczyzny kształtowane było w sercu księdza kardynała od najmłodszych lat, jak on je później w sobie rozwijał i jak pomagali mu w tym ludzie, którzy stanęli na jego życiowej drodze. To jest też jeden z wątków, jaki przewija się w książce „Kardynał polskich serc”.

Ostatnie spotkanie publiczne księdza kardynała miało miejsce 18 maja br. w krakowskiej hali PTG „Sokół”. Było to na trzy tygodnie przed śmiercią. Był już wówczas rzeczywiście bardzo słabiutki. Widzieliśmy, że nie czuje się najlepiej, ale przybył na spotkanie. Hala PTG „Sokół” była przepełniona, prawie tysiąc osób. Kiedy ksiądz  kardynał wjeżdżał na wózku inwalidzkim, to wszyscy ludzie wstali i zaczęli bić mu brawo i wznosić okrzyki. Nikt ich do tego nie namawiał, to była spontaniczna reakcja – zareagowali zgodnie z tym, co czuli. Ksiądz kardynał skierował do nas wówczas piękne przemówienie. Nie mógł zostać z nami do końca i dlatego wyjechał wcześniej. Gdy opuszczał salę, ponownie wszyscy wstali z miejsc i pożegnali go gromkimi brawami i śpiewem, życząc dwustu lat życia. Jak wiemy Pan Bóg miał inne plany. Ale ów moment spontanicznego porywu serc był niezwykle wzruszający. Podobna atmosfera panowała na wszystkich spotkaniach z udziałem księdza kardynała. Dlatego nazwaliśmy tę książkę „Kardynał polskich serc”.

 

Kiedy ostatni raz spotkała się Pani ze śp. ks. kard. Stanisławem Nagy?

– Było to na pięć dni przed śmiercią. Ksiądz kardynał był dosyć słaby, ale jednocześnie bardzo pogodny i żywo zainteresowany przygotowaniem do swego wystąpienia na kongresie „Stop ateizacji” na Jasnej Górze. Długo o tym rozmawialiśmy, ale także o najnowszych wynikach meczów piłkarskich, bo ksiądz kardynał był wiernym sympatykiem Ruchu Chorzów. Mój mąż wziął tego dnia ze sobą aparat fotograficzny i wykonał kilka zdjęć, pięknych, prywatnych portretów księdza kardynała w domowym zaciszu. Nie wiedzieliśmy wówczas, że będą to ostatnie zdjęcia, podobnie jak nie wiedzieliśmy, że było to spotkanie pożegnalne.

Dziękuję za rozmowę.

Izabela Kozłowska