• Poniedziałek, 16 marca 2026

    imieniny: Hilarego, Izabeli, Herberta

Kluczem jest miłość

Wtorek, 30 lipca 2013 (09:51)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Z o. Tomaszem Maniurą OMI – duszpasterzem młodzieży Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, organizatorem zagranicznych wypraw rowerowych NINIWA Team, rozmawia Izabela Kozłowska

Pragnę serdecznie pogratulować Ojcu i pozostałym śmiałkom osiągnięcia założonego celu. 77 dni w drodze, przejechanych 8,5 tysiąca kilometrów, wszystko to robi ogromne wrażenie. Jakie były te pierwsze uczucia po dojechaniu do Wierszyny?

– Czułem radość i poczucie dumy z tego, że jestem Polakiem. Podobne odczucia towarzyszyły innym uczestnikom. Wiem to, bo rozmawialiśmy o tym. Ponadto czuliśmy wdzięczność wobec Boga, że doprowadził nas tak daleko, oraz pragnienie dzielenia się tym, co przeżyliśmy, i naszą wiarą.

Dlaczego postanowiliście jechać w intencji Ojczyzny?

– Chyba najlepszą odpowiedzią na to pytanie byłaby pewna sytuacja, której doświadczyliśmy w drodze powrotnej, już autokarem do Polski. W Kazaniu odbywała się uniwersjada, czyli uczelniana edycja sportowej olimpiady, na którą zjechało się tysiące sportowców z różnych dyscyplin z całego świata. Było tam też ok. 230 Polaków. W tamtejszej parafii katolickiej ksiądz Mario stworzył tzw. wioskę ewangelizacyjną i organizował codzienną modlitwę i Eucharystię.

Uniwersjada trwała już od trzech tygodni, a żaden Polak nawet nie przyszedł na Mszę Świętą. Za taką Polskę, małej wiary, małej pobożności właśnie jechaliśmy. Można mieć wrażenie, że jeszcze nasza Ojczyzna tętni pobożnością, to jednak najczęściej tylko ułuda i brakuje Polakom wiary. O nią się modliliśmy.

Jak podsumowałby Ojciec minioną wyprawę? Co sprawiało największe trudności, były jakieś groźne sytuacje?

– Największe trudności są w nas samych, ale te trudności grupa pokonała. Kluczem do zwycięstwa jest miłość w grupie, troska o drugiego. A z praktycznych zagrożeń... Baliśmy się policji. Dlatego że jest nieprzewidywalna. Rosyjskie prawo nie wszystko jeszcze dobrze reguluje, a w sytuacjach niepewnych policja stanowi ostateczną wykładnię. Dodatkowo baliśmy się tirów, a na pewnym etapie, że zabraknie nam kół do wymiany – tak kiepskie są tam drogi.

Pojawiały się chwile słabości?

– Tak. One były we mnie.

Czytając z zapartym tchem wszystkie relacje, wiemy, że wiele się działo w ciągu całej wyprawy. Co Ojcu najbardziej zapadło w pamięci?

– Trudno wskazać jedną taką sytuację. Na pewno wypadek Hani utkwił mi w pamięci. W chwili największej grozy i bezradności objawiła się największa moc Boża. Także plac Czerwony z powodu swojej pięknej architektury był uderzający. Choć z drugiej strony smuciło ograniczenie wolności (kazano nam schować naszą flagę). Trzeci motyw to otwartość mieszkańców Syberii. Była niespotykana nigdzie indziej, bo ludzie sami pytali nas, czy mogą nas przenocować i pożywić! Dotknęła mnie też prostota Kazachstanu, w którego ciszy i pustce czuło się jednocześnie pełnię Obecności.

Z jaką reakcją mieszkańców mijanych miejscowości spotkaliście się po drodze?

– Ogólnie Rosja im bardziej na wschód, tym życzliwsza, bardziej otwarta. Im bliżej Moskwy, tym więcej fobii, ograniczeń i kontroli.

Na pewno wyjątkowym wydarzeniem był ślub Sary i Piotra. Dla grupy to także był szczególny czas?

– Ten ślub był dla nas świadectwem wiary i miłości. Grupa miała okazję widzieć dwoje zdecydowanych na wspólne życie ludzi. Gratulowaliśmy im tej decyzji, że chcą iść wspólną drogą w życiu tak, jak na wyprawie. Do tego wesele było przednie, a nie popłynęła nawet kropelka alkoholu, co mocno szokowało miejscowych. Widać, 24 uczestnikom wyprawy alkohol nie był potrzebny do dobrej zabawy.

Mimo trudu i zmęczenia po wielogodzinnej jeździe codziennie znajdowaliście czas na Mszę św. i modlitwę. Czym one dla Was były?

– Niejednokrotnie uczestnicy po drodze mówili, że gdyby nie było Eucharystii, to by nie mieli po co jechać. To chyba wystarczająca odpowiedź? (uśmiech)

Podczas powitania grupy w Lublińcu burmistrz Edward Maniura stwierdził, że nie zdziwi go, jak w przyszłości wyjedziecie na Biegun Południowy... Są już plany NINIWA Team na przyszłą wyprawę?

– Trzeba iść za Barankiem, dokądkolwiek pójdzie. Moim zadaniem jest słuchać i wypełniać. Jestem zakonnikiem, więc niewiele zależy ode mnie. Marzenia są. Moją odpowiedzialnością jest duszpasterstwo młodzieży, więc muszę podążać za młodymi i być tam, gdzie oni. Możliwe, że burmistrz niewiele się pomylił (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

 

Izabela Kozłowska