Nigdy nie zwątpiłem
Środa, 24 lipca 2013 (02:08)Z Arturem Nogą, płotkarzem, rozmawia Piotr Skrobisz
Jak prezentuje się Pana forma na kilka tygodni przed mistrzostwami świata w Moskwie?
– Rośnie. Na mistrzostwach Polski miałem dwa przyzwoite biegi, złoty medal wywalczyłem z niezłym wynikiem 13,29 s, co było dobrym prognostykiem przed zmaganiami w Moskwie. Pozostały do nich cztery tygodnie, trochę dobrych i mocnych treningów, które powinny zaowocować szczytową dyspozycją.
Takich biegów, naprawdę dobrych, było w tym sezonie więcej, nie tylko podczas mistrzostw Polski. Dodawały skrzydeł?
– Jak najbardziej. W pierwszej części sezonu startowałem często, na równym poziomie, cały czas w granicach 13,40-13,50, co mnie najbardziej cieszyło. Przed mistrzostwami spędziłem dwa tygodnie na mocnej robocie w Spale i jak widać, wyniki poszły do góry.
A zdrowie?
– Zdrowie jest, nie narzekam. Staramy się razem z trenerem z dnia na dzień robić swoje, by zapobiegać wszelakim urazom.
Zdrowie jest, forma jest, czyli wreszcie może Pan spoglądać w przyszłość z optymizmem?
– Zawsze patrzyłem z optymizmem, tyle że nie każdy spoglądał na mnie w ten sam sposób. Nigdy nie straciłem wiary, że jeszcze będę kiedyś szybko biegał, nie stracili jej moi najbliżsi: żona, rodzice. Na razie zbliżam się do rekordu Polski Artura Kohutka i mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie go pobiję. Muszę tylko trafić na swój dzień.
Mówi Pan o optymizmie, a od igrzysk w Pekinie musiał Pan co chwilę odwiedzać lekarskie gabinety, rezygnować ze startów w najważniejszych imprezach. Bolało?
– Faktycznie, przez ostatnie lata kontuzje dopadały mnie w newralgicznych momentach: czy to w sezonie startowym, czy tuż przed najważniejszą imprezą, czy wreszcie już na niej samej. Ale proszę mi wierzyć, wiary w to, że będę szybko biegał, nigdy nie straciłem i podtrzymywała mnie ona na duchu.
Podobno nie do końca wiadomo, co było przyczyną Pana kontuzji?
– Jednoznacznej, pewnej odpowiedzi nie ma. Nie powiem zatem panu, że to wszystko brało się z problemów z kręgosłupem, ze słabości mięśni czy zakwaszenia organizmu. Żaden lekarz nie postawił diagnozy, że to „to i to”. Mój organizm był badany chyba na wszelkie możliwe sposoby, a gdy tylko pojawiły się jakieś znaki zapytania, wątpliwości czy niepewność, błyskawicznie reagowaliśmy. Staraliśmy się ten element eliminować, poprawiać przez wzmacnianie mięśni głębokich, trening funkcjonalny, stabilizujący miednicę i całe ciało, nawadnianie, kwas moczowy, zakwaszanie organizmu, kinazę kreatynową itd.
Rozumiem, że było przez to dwa razy trudniej…
– …bo znając konkretną przyczynę, moglibyśmy od razu dostosować trening etc. A tak chodziłem od lekarza do lekarza i dostawałem całkowicie inne diagnozy. Każda jedna, każde jedno słowo dawało nam jednak jakiś punkt zaczepienia. Trener od razu odpowiednio modyfikował zajęcia, by zapobiegać urazom, wzmacniać dane partie ciała. Cały czas szukamy, w tym sezonie znaleźliśmy kilka elementów, które mogły powodować urazy.
Mój trener Andrzej Radiuk często powtarza, że płotki są wyjątkową dyscypliną, w której wszystkie kluczowe sprawy, takie jak skoczność, gibkość, dynamika, siła i wytrzymałość muszą przez cały rok być utrzymywane na najwyższym poziomie. Kto więcej wytrzyma na treningu i więcej wykona pracy objętościowo, zbliży się do celu. Pewien lekarz powiedział kiedyś, że trening płotkarski jest jedynym w swoim rodzaju połączeniem sprintu z elementem technicznym, jakim jest pokonywanie płotka. Jego zdaniem, podczas biegu wykonywanego na sto procent – czy to podczas ćwiczeń, czy zawodów – na organizm działają tak ogromne siły, że w mięśniach wręcz musi dochodzić do mikrourazów. Często się ich nie odczuwa, ale gdy się nasilają, nakładają na siebie, ten mikrouraz staje się większy, aż mięsień nie wytrzymuje.
Zmienił Pan liczbę kroków między płotkami z ośmiu na siedem. Co to oznacza?
– Większą prędkość na dobiegu i większą prędkość przejścia przez pierwszy płotek. Mam 196 cm wzrostu, ważę 92 kilo, zatem bieganie na siedem kroków było dla mnie bardziej naturalne i odpowiednie. Oczywiście wymagało to czasu, przystosowania się, jednak już dostrzegam efekty. Biegając na osiem kroków, musiałem skracać krok i siła nad płotkiem, zamiast pójść do przodu, szła do góry. Teraz jest inaczej. Lepiej, właściwie.
Pozwoli to Panu poradzić sobie z dotychczasową piętą achillesową, czyli pierwszą częścią dystansu?
– Faktycznie, do tej pory pierwsze dwie, trzy odległości między płotkami były w moim wykonaniu dużo słabsze, dopiero od trzeciego, czwartego zaczynałem szybko biegać. Czyli doganiałem rywali, zamiast rywalizować z nimi od początku. Teraz śmieję się, że dotychczasowa słabość może zamienić się w siłę. Podczas mistrzostw Polski już na drugim płotku prowadziłem.
Pamięta Pan, co mówiono o Panu po igrzyskach w Pekinie?
– Że jestem nadzieją olimpijską?
Że jest Pan idealnym materiałem na przyszłego mistrza olimpijskiego.
– To marzenie… W sporcie wszystko jest możliwe, aczkolwiek nie ma żadnych gwarancji. Ja mogę tylko obiecać, że dam z siebie więcej niż sto procent, by kiedyś ten medal zdobyć.
To jednak melodia przyszłości tej nieco dalszej. Bliższa to mistrzostwa świata. Pojedzie Pan do Moskwy po…?
– …po awans do finału. A gdy tam się znajdę, będę miał takie same szanse na medal, co rywale.
Dziękuję za rozmowę.