Zabetonowana scena
Poniedziałek, 22 lipca 2013 (02:00)Za utrzymaniem systemu finansowania partii politycznych z budżetu państwa opowiedzieli się eksperci zaproszeni przez marszałka Sejmu do debaty o partyjnych pieniądzach.
Na początku tego tygodnia klub Platformy Obywatelskiej ma skończyć prace nad projektem zakładającym wyeliminowanie finansowania partii pieniędzmi budżetowymi.
System finansowania partii z budżetu państwa powinien być lepiej kontrolowany pod względem ich merytorycznego uzasadnienia, rachunki za wydatki poczynione przez poszczególne partie dostępne do wglądu wyborców, np. w internecie.
Można również przedyskutować, a następnie zdecydować, aby o wsparciu poszczególnych partii politycznych decydowali obywatele, deklarując przekazanie wsparcia przy corocznym rozliczaniu się z podatku dochodowego, jak również o obniżeniu – w celu odbetonowania sceny politycznej – 3 proc. progu poparcia w wyborach parlamentarnych, który partia musi osiągnąć, by liczyć na budżetowe pieniądze.
To były najczęściej pojawiające się koncepcje wśród ekspertów zaproszonych do Sejmu przez marszałek Ewę Kopacz, na wczorajszą debatę, w sprawie sposobu finansowania partii. Byli jednak zgodni, że partie powinny być wciąż finansowane ze środków publicznych.
Jaki model finansowania
– Partie polityczne są koniecznym elementem systemu demokracji parlamentarnej. Bez partii nie ma demokracji parlamentarnej. Jeśli zatem chcemy mieć taką demokrację w naszym kraju, to musimy się zgodzić na istnienie partii politycznych, a jeśli się na to godzimy, to musimy się także godzić na konsekwencje praktyczne z tego wynikające również dla naszej kieszeni – mówił prof. Piotr Winczorek.
Konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego zaznaczył, że „w czasach, w których partie polityczne przestały być organizacjami masowymi”, liczenie, że będą w stanie – ze względu na skalę swojej działalności – utrzymywać się ze składek członków, jest myśleniem bardzo naiwnym.
– Partie polityczne muszą się liczyć natomiast z opinią publiczną, gdy pieniądze już otrzymają i będą je wydawać. Nie mogą się zdarzać takie przypadki, o jakich ostatnio w prasie było dosyć głośno, ponieważ to odstrasza obywateli od partii politycznych w ogóle, a od finansowania ich ze środków publicznych w szczególności – dodał Winczorek.
Zdaniem dr. hab. Krzysztofa Skotnickiego, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Łódzkiego, w dyskusji o finansowaniu partii politycznych prowadzonej na przestrzeni lat, na całym świecie, wypowiedziano już wszystkie argumenty „za” i „przeciw”.
– Nie sadzę, byśmy byli w stanie znaleźć coś nowego. Dobrze, żebyśmy odnajdywali te elementy, które są elementami najlepszymi – mówił Skotnicki. Zaznaczył również, że nie można wprost przenosić rozwiązań dotyczących finansowania partii z innych państw ze względu np. na różne warunki dotyczące chociażby odmiennego dystansu obywateli do polityków i polityki.
Fundusz z odpisu?
Konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski z UW ogłosił jednak, że nową propozycję uregulowania systemu finansowania partii właśnie przedstawia.
– Proponuję powołanie funduszu na rzecz rozwoju demokracji zasilanego wpływami z obowiązkowego, 10-procentowego odpisu od dotacji i subwencji, a także innymi źródłami wpływów – darowiznami podlegającymi odliczeniu od dochodów, ale nie na konkretną partię polityczną, tylko na fundusz – mówił Piotrowski.
Wyjaśniał, że taki fundusz, z którym środkami musiałyby się podzielić partie otrzymujące pieniądze z budżetu państwa, pomagałby komitetom wyborczym, które w obecnej sytuacji nie są w stanie przełamać choćby finansowej bariery podjęcia rywalizacji z partiami monopolizującymi rynek polityczny w Polsce.
Piotrowski ocenił, że obecny system finansowania partii jest bardzo szkodliwy – nie usuwa podejrzenia, że partie polityczne „handlują prawem”, ale także betonuje scenę polityczną.
– Trudno sobie wyobrazić szanse wyboru kandydata, który nie został wysunięty lub poparty przez istniejące partie czy ugrupowania polityczne. W wyborach do Sejmu jest to wręcz niemożliwe, m.in. ze względu na zasadę progu 5 proc. i progu finansowania. To znaczy, że pewna część obywateli jest pozbawiona, także ze względu na sposób finansowania partii politycznych, realizacji swoich podstawowych praw politycznych – podnosił Piotrowski.
W jego ocenie, dalsze tkwienie w obecnym systemie z czasem może doprowadzić do prywatyzacji partii i monopolu na politycznej scenie, charakterystycznego raczej dla systemu totalitarnego.
Odpis z PIT
Politolog dr Sebastian Kozłowski z UW przyznał, że przed laty był entuzjastą finansowania partii z budżetu państwa, przekonanym, że ten system zapewnia kontrolę wydatkowania środków.
– Po 10 latach swoje stanowisko nieco zmodyfikowałem. Nie jestem pewien, czy akurat finansowanie wprost z budżetu państwa jest adekwatne do zapotrzebowania społecznego, do oczekiwań wyborców. Nie jestem też pewien, czy dzisiaj partie polityczne są mniej uzależnione od biznesu, niż były w latach 90., kiedy finansowania z budżetu nie było – mówił Kozłowski.
Jego zdaniem, można się zastanowić, czy obywatelom nie przyznać większego wpływu na finansowanie partii i oddać ich decyzji, którą partię – ale także de facto pieniędzmi publicznymi – chcą wesprzeć. – Co roku w deklaracji PIT obywatele mogą przekazać środki na organizacje pożytku publicznego. Dlaczego nie stworzyć takiej możliwości, aby na partie wpłacać w ten sposób – mówił Kozłowski.
W ocenie dr Magdaleny Dudkiewicz, socjologa z UW, koncepcja finansowania partii w wyniku darowizn przez odpis w PIT, nie jest dobrym pomysłem.
– Gdyby zadać badanym pytanie, czy jesteś za tym, żeby twoje preferencje polityczne podpisane imieniem i nazwiskiem znalazły się w dokumencie, który łączy je z twoimi wrażliwymi danymi osobowymi, adresem i jeszcze do tego danymi majątkowymi, bo musiałoby się to znaleźć w PIT, to myślę, że przyzwolenie dla takiej formy byłoby znacznie niższe – zwróciła uwagę.
Według Dudkiewicz, negatywne nastawienie obywateli do finansowania działalności politycznej wynika z niezrozumienia, po co jest system partyjny i po co jest sprawowanie władzy w połączeniu z niskim zaufaniem do polityków. – Gdyby zadać pytanie, czy finansować z budżetu państwa Sejm i Senat, to myślę, że również nie byłoby powszechnej zgodny na to, żeby to robić, a chyba nikt takiego pytania by nie zadawał – dodała Dudkiewicz.
Państwem rządzi pieniądz
Z kolei prof. Joanna Górnicka-Kalinowska, etyk z UW, zauważyła, że „jeżeli partie nie są finansowane z budżetu państwa, to państwem rządzi pieniądz”.
– Nie musi tak być, ale tak być może, bo system kontroli tego właściwie nie jest możliwy. Partie finansowane przez bogatych sponsorów będą partiami, które zabiegają o ich interesy. Tak, że byłabym skłonna do finansowania partii z budżetu państwa – powiedziała.
Zaznaczyła, że można byłoby obniżyć próg poparcia w wyborach uprawniający do wsparcia partii dotacją z 3 proc. np. do 0,5 proc. – by dać szansę zaistnienia na scenie politycznej także nowym partiom.
Badania opinii publicznej wskazują, że za finansowaniem partii z budżetu opowiada się najwyżej kilka procent Polaków. W propozycji wyeliminowania budżetowego finansowania partii premier Donald Tusk zdaje się upatrywać szansę na odwrócenie trendu spadkowego popularności wśród wyborców.
Dyskusja w sprawie zaprzestania finansowania partii z budżetu rozgorzała na nowo po medialnych doniesieniach, że Platforma Obywatelska wydaje partyjne środki np. na zabawę w nocnym klubie czy garnitury Tuska oraz że te środki miały być wydawane przez PO na wina i cygara.
Ujawnienie faktycznie mogących bulwersować obywateli informacji o tym, jak Platforma wydaje pieniądze, posłużyło politykom PO do rozpoczęcia dyskusji o potrzebie zabrania wszystkim partiom budżetowych dotacji. Polityczni przeciwnicy pomysłu Platformy zwracają uwagę, że zniesieniem dotacji PO chce zaszkodzić konkurentom, pozbawiając ich finansowania, i zwracają uwagę, że Platforma jako partia rządząca ma znacznie lepsze możliwości prowadzenia kampanii wyborczych.
Na zgłoszeniu propozycji w sprawie likwidacji finansowania partii z budżetu premier może praktycznie tylko zyskać. Nie dość, że zgłasza inicjatywę mającą społeczne poparcie, to w dodatku polityczni konkurenci są tej propozycji przeciwni. Ponadto, zgodnie z dotychczasowymi deklaracjami partii politycznych, nie ma też większości w Sejmie dla uchwalenia zmiany przepisów, Donald Tusk nie ryzykuje więc, że za następny garnitur dla siebie albo za sukienkę dla żony będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
Artur Kowalski