Przywracamy pamięć
Niedziela, 21 lipca 2013 (18:48)Z Jackiem Burym, koordynatorem projektu „Wołyń 2013. Rebelia”, rozmawia Izabela Kozłowska
Dlaczego postanowiliście Państwo zrealizować projekt „Wołyń 2013. Rebelia”?
– „Wołyń 2013. Rebelia” to kontynuacja projektu, który rozpoczął się pewnego sierpniowego dnia 2008 roku. Był, więc już „Wołyń 2008. Reminiscencje”, „Wołyń 2009. Reedycja”, „Wołyń 2010. Reaktywacja”. „Wołyń 2011. Rekonstrukcja” i wreszcie „Wołyń 2012. Reanimacja”. Na razie pomysłów na kolejne tytuły nam nie brakuje: Rekonkwista, Rekultywacja, Readaptacja, a w 2017, w rocznicę bolszewickiego puczu mam zamiar zorganizować wyprawę pod hasłem „Wołyń 2017. Rewolucja”, żeby ludziom rewolucja zaczęła się kojarzyć z czymś bardziej pozytywnym niż tylko z kilkoma czerwonymi bydlakami.
Kim są uczestnicy wyjazdów na ziemię wołyńską?
– Tak, jak wspomniałem na wstępie pierwsza wyprawa odbyła się pięć lat temu. Wzięła w niej udział młodzież zrzeszona w Środowiskowym Hufcu Pracy w Lublinie i ośrodku OHP w Radzyniu. Była to niewielka grupa w sumie licząca 15 osób. Od tamtej pory inicjatywa rozrastała się, także w roku 2011 i 2012 nasza grupa liczyła ponad 40 osób. Oprócz młodzieży OHP w obozach brali także udział wolontariusze: naukowcy, studenci, pasjonaci historii, bezrobotni... Inicjatorami obozów na Wołyniu byli dr Leon Popek z lubelskiego oddziału IPN i dr Piotr Gawryszczak, ówczesny komendant wojewódzki OHP na Lubelszczyźnie. Ja, jako że pełniłem i pełnię funkcję wychowawcy w ŚHP stałem się medium pomiędzy pomysłodawcami a młodzieżą, która bierze udział rokrocznie w obozie. Od roku 2008 ta grupa także się rozrosła. Dla mnie osobiście jako pedagoga to ci młodzi ludzie są siłą tych wypraw. Nie są w żaden sposób związani z Wołyniem, ale znaleźli tam swoje miejsce. Żartuję, że przyłączyli Wołyń do Bronowic (lubelska dzielnica, z której się rekrutują, siedziba Środowiskowego Hufca Pracy). Bronowice uchodzą za gorszą dzielnicę, a z tej racji tutejsza młodzież za „trudną″. Ale po kilku latach naszej współpracy miałbym problemy ze zdefiniowaniem tego pojęcia. Z jednej bowiem strony spotka Pani na obozie podopiecznych lubelskiego kuratorium, klientów szkolnych gabinetów pedagogicznych i uczniów powtarzających poprzednią klasę. A z drugiej strony honorowych krwiodawców, kandydatów do odznaczenia srebrnym medalem opiekuna miejsc pamięci narodowej (kryterium to przynajmniej trzykrotny udział w akcji porządkowania polskich cmentarzy i miejsc pamięci na Wołyniu) i uczestników wielu projektów wolontariackich od akcji Polacy – Rodakom, poprzez Pomóż Dzieciom Przetrwać Zimę i Góra Grosza, aż po regularny udział w przedsięwzięciach Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej, do których zaliczam m.in. wydawanie żywności najuboższym mieszkańcom Bronowic. I być może ze zdziwieniem Pani skonstatuje, że to Ci sami ludzie. Jeśli więc niejednoznaczność zaklasyfikujemy jako trudność to są trudni. Tylko wtedy pozostaje oceniającemu dylemat: wizyta u okulisty lub w okopach, gdzie można nie wychylając się ugruntować własne przekonania. W moim przekonaniu są przede wszystkim wrażliwi, reszta to maska, którą narzucił im świat, taki a nie inny, w którym rodzili się i dojrzewali. Uczestnicy rekrutujący się ze Środowiskowego Hufca Pracy to młodzież w wieku 12 – 21 lat, czyli Warchlaki (najmłodsi), Barbarzyńcy (okołopełnoletni) i Pretorianie (pełnoletni współpracownicy). Taka nomenklatura funkcjonuje w Kurniku (czyli świetlicy ŚHP), na takie sekcje dzielę ich na obozie także ze względu na rodzaj obowiązków i zadań. W obozie uczestniczy około 20 młodych ludzi z hufca.
Jaki charakter ma ta wyprawa?
– Wyprawa ma wieloraki charakter: od patriotycznego kultywowania pamięci o naszej historii, przez edukacyjny, wychowawczy aż po survivalowy. No bo gdzie dzisiaj można spokojnie siąść w nocy i pogapić się w niebo serwując sobie zamiast internetowego czatu dialog z żywym człowiekiem, zamiast żyrandola świecę, a zamiast prysznica kąpiel w rzece. Historia zaś jest tu wszędzie, czai się za każdym kamieniem, nagrobkiem, ba, nawet drzewem – tyle czasem zostało z polskich wiosek na Wołyniu. I tak opowiadana historia ma jedną przewagę nad tą sztampową, sączoną monotonnie w szkolnych budynkach zgodnie z utartymi schematami: kamienie i drzewa nie wystawiają ocen. Nigdy nie narzucam młodym ludziom tematów czy przedziału czasowego, w którym mają słuchać o historii tych ziem. Sami pytają o to co widzą, czy to starta inskrypcja na twarzy któregoś z pomników, czy to zniszczony grób, czy data którą ktoś wyrył na nagrobku. Jeśli tracą zainteresowanie tematem przerywam opowieść. Następna okazja zdarza się jeszcze tego samego dnia: zawsze jakaś inna, bo albo to grób żołnierza z Września '39 roku, więc jest okazja do rozmowy o II wojnie światowej, albo to cmentarz legionowy, gdzie leżą żołnierze Komendanta Piłsudskiego i jest okazja pogadać o walce Polaków o niepodległość, zaborach, Polskiej Partii Socjalistycznej, terrorystach, którzy musieli napadać na carskie pociągi by mieć forsę na broń, a są jeszcze groby z 1943 roku (rzeź na Wołyniu), z 1920 (wojna polsko-bolszewicka), jest krzyż (cmentarz w Przebrażu) u stóp, którego stoi butelka wódki, kieliszki i cukierki (tak się rozmawia ze zmarłymi na Ukrainie), jest grób gdzie pochowano zabitego w wyniku kłótni o dziewczynę żołnierza 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (cmentarz w Kupiczowie) itd. itd. – po szczegóły odsyłam do mojej relacji z tamtego roku.
Czym dla Pana są te wyjazdy na ziemię wołyńską?
– Dla mnie osobiście jako pedagoga w pierwszej kolejności, a dopiero potem historyka te wyprawy mają przede wszystkim sens ze względu na młodych, a że nie są to harcerze i ministranci tym bardziej wyzwanie zdaje się być godne podjęcia rękawicy. Za dwadzieścia lat wymiernym sukcesem albo porażką mojej pracy będzie fakt czy to oni będą organizować te wyprawy czy projekt stanie w miejscu. W jednym i drugim przypadku pozostanę przy swoim ulubionym cytacie autorstwa mojego ulubionego przedwojennego publicysty, Stanisława Cata-Mackiewicza, który napisał w jednym ze swoich felietonów: ”lubię walkę o słuszną sprawę, a kiedy przegrywam lubię wspomnienie, że walczyłem„.
Jakim zainteresowaniem cieszy się inicjatywa porządkowania polskich nekropolii na Wołyniu?
– Akcja porządkowania polskich cmentarzy na Wołyniu staje się coraz bardziej popularna, nie tylko w Polsce. Dowodem na to datki jakie otrzymujemy z zagranicy na naszą wyprawę: są to i dolary i funty – niewielkie sumy, ale zawsze pomocne. W tym roku np. podczas tegorocznego Rajdu Zapory otrzymaliśmy od Polki z USA 50 USD.
Sama akcja cieszy się proporcjonalnie wraz ze wzrostem zainteresowania mediów Wołyniem także większą ciekawością ze strony Polaków. Jeżdżą z nami na obóz wolontariuszki z Krakowa, a w tym roku już dostałem kilka maili z zapytaniem o możliwość wzięcia udziału i to ludzi także spoza Lubelszczyzny. Sami też urządzamy prelekcje i spotkania, ostatnie (12 lipca) na zaproszenie Historycznego Klubu im. gen. Stefana Roweckiego ”Grota„ w Radomiu. Akcja cieszy się także zainteresowaniem ze strony młodych Ukraińców.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska