Dream Trip przygotowuje się na Alpy
Niedziela, 21 lipca 2013 (09:58)
Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja z 5. dnia rowerowej wyprawy 12 osób z grupy Dream Trip, które pielgrzymują do Fatimy w intencji Ojczyzny
Zanim zaczniemy dzisiejsze opowieści, może jeszcze na chwilę wrócimy do wczoraj. Otóż gdzieś na 170. km wczorajszej drogi ujrzeliśmy widok, który nas zachwycił, ale jednocześnie zatrwożył i wzbudził pewne obawy. Przed nami wyłoniły się Alpy, które są chyba największym wyzwaniem wyprawy. Na wtorek planujemy „zaatakować” przełęcz San Bernardino. A wczoraj mieliśmy naprawdę duże problemy ze znalezieniem noclegu. Nastroje były średnie, ale w końcu się udało dzięki uporowi księdza Adama i Kuby.
Po 210 km mieliśmy dach nad głową, a nasz gospodarz (który z początku nie mógł nas za bardzo przyjąć) z czasem coraz chętniej z nami rozmawiał i sprawił bardzo pozytywne wrażenie. Dostaliśmy od niego nawet 100 euro.
W nocy Sylwia, Konrad i Artur wybrali się na piłkarzyki z młodymi, którzy mieli imprezę. Później wszyscy jak jeden mąż poszli spać. Rano pobudka o 5.00, szybko śniadanie, krótka modlitwa, pożegnanie i w drogę.
Że też to nie tam wypadła niedziela... ehh... Dziś od rana zmagamy się z górami. Jakie szczęście, że jutro już odpoczynek, bo wszyscy odczuwają trudy, przeważnie górskiej, jazdy. Po 100 km drogi mieliśmy przerwę. Sylwia i Monika prowadziły objazdowy gabinet masażu. Nastroje bardzo dobre, jak na razie wszyscy panują nad emocjami (tymi negatywnymi).
Przerwa, przerwa i po przerwie. Chyba nigdy pół godziny podczas postoju nie biegło nam wszystkim tak szybko jak w tym tygodniu. Plan na odcinek przedalpejski został zrealizowany. O godz. 20.00 liczniki wybiły 925 km. Pierwszy, trudny etap jazdy został zakończony.
Przerwa obiadowa pomogła nam odzyskać siły. Ruszyliśmy dalej. Bawaria urzekła nas swoim pięknem i porządkiem. Z każdą godziną dojeżdżaliśmy coraz bliżej i bliżej alpejskich szczytów. W końcu udało się dojechać do Nesselwang, gdzie zamierzaliśmy zatrzymać się na niedzielę. Ledwo zjechaliśmy z górki, a na zakręcie – właściwie w polu – jakby czekając na nas, stała siostra zakonna, która kazała powołać się na nią u tutejszego księdza proboszcza. Bez żadnych właściwie poszukiwań i próśb nocleg został załatwiony. Właściwie już od wtorku spotykamy się z bardzo wieloma „szczęśliwymi przypadkami” – ale nie da się za bardzo opisać tego, co nas spotyka. To należy po prostu przeżyć.
Dobrze, to tyle na dzisiaj (a właściwie wczoraj).
Mamy teraz dzień laby w miejscu, w którym jest wszystko, czego nam potrzeba. Bardzo motywująca do dalszej jazdy jest postawa grupy, która przez ostatnie pięć dni już bardzo się ze sobą zżyła.
Ok. To tyle. Dobranoc, a właściwie... miłego dnia!
Źródło: oficjalne konto Dream Trip na Facebooku