Dream Trip w Austrii
Czwartek, 18 lipca 2013 (13:28)
Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja z 2. dnia rowerowej wyprawy 12 osób z grupy Dream Trip, które pielgrzymują do Fatimy w intencji Ojczyzny
Zacznijmy, od momentu w którym zakończyliśmy wczorajszą relację, czyli od poszukiwań noclegu...
Zanim jeszcze dołączył do nas Czarek, ksiądz Adam, Kuba i Konrad wybrali się na poszukiwania noclegu... Po zeszłorocznej klęsce w tym roku do Czech podchodziliśmy z rezerwą... A tu proszę, po jakiejś godzinie koczowania pod „Lidlem” zadzwoniono do reszty ze wspaniałą informacją -jest nocleg, pod katedrą.
Dzięki czeskim zdolnościom Jakuba udało się dogadać z... jak się okazało, czeskim biskupem. Pierwszy sukces!
W bardzo dobrych nastrojach udaliśmy się na spoczynek, mieliśmy nawet prysznic.
Rano, o 5.00, mieliśmy pobudkę. O 5.30 mieliśmy polsko-czeską Mszę św. z proboszczem katedry. Później obfite śniadanie, sakwy na rower i w drogę.
Z początku fajny płaski teren, z czasem zmienił się w wyżynny. I zaczęło się trudniej. Do tej pory udało się przejechać ok. 50 kilometrów. Z rzeczy ciekawszych w Czechach zauważyliśmy sygnalizacje świetlne bez... skrzyżowań.
To tyle na teraz, jesteśmy w markecie w Pyskowicach, zaraz koniec pierwszej przerwy... ruszamy dalej.
Kontynuujmy, czyli od ostatniego postoju, a zatem po drugim śniadaniu, jechaliśmy, a później jechaliśmy, nie żeby jakoś szybko, ale jechaliśmy... Teren – wyżynny – był dosyć wymagający.
Przed obiadem emocje po raz pierwszy dały o sobie znać. Decydującym czynnikiem wpływającym na nasze stany emocjonalne było słońce. Na szczęście wszystko po obiedzie wróciło do normy, dalej jechaliśmy z uśmiechami.
Ogólnie jechało się jako tako. Może oprócz tego, że grzało...
Po około 150 km przekroczyliśmy austriacką granicę (stosowna fotka za chwilę). Dojechaliśmy do 182 km i zaczęliśmy poszukiwania noclegu w Sigmundsherberg. Po wizycie u proboszcza i pewnej pani okazało się, że to Polacy! No i jest kolejny nocleg... Po drodze Artur pojechał szukać jeszcze prysznica... udało się znaleźć lokalnego burmistrza. Na początku powiedział, że bez pieniędzy nie mamy tu czego szukać – rzecz działa się w jego własnej restauracji.
W tej samej restauracji siedziało kilka osób. Po tym jak okazało się, że burmistrz nic nie „załatwi”, pewien facet z baru kazał jeszcze chwilę zaczekać... Po kilku minutach przekonywań nakłonił burmistrza do telefonu i – uwaga – dostaliśmy basen! Beztroska kąpiel po całym dniu jazdy – bezcenne! Aktualnie szykujemy wysyłkę z nadbagażem do Polski. Zaraz idziemy spać...
Dziękujemy serdecznie za wasze modlitwy i wsparcie. Pozdrawiamy!
Źródło: oficjalne konto Dream Trip na Facebooku