Każdy chce się pokazać
Wtorek, 16 lipca 2013 (02:05)Z Przemysławem Karnowskim, koszykarzem Gonzaga Bulldogs, rozmawia Piotr Skrobisz
Kiedy wylatywał Pan za ocean, by grać w lidze NCAA, miał Pan zapewne wyobrażenia tego, co tam Pana spotka. Jak wypadły w konfrontacji z rzeczywistością?
– Wiedziałem, że czekają mnie ciężkie treningi. Takie były, może nawet intensywniejsze niż przypuszczałem. Na początku miałem małe problemy z językiem, ale po około półtora miesiąca sobie poradziłem. Przeżyłem oczywiście mały szok kulturowy, znalazłem się przecież kilka tysięcy kilometrów od domu, na innej półkuli. Trochę zaskoczyło mnie zainteresowanie kibiców, na każdym meczu w naszej hali był komplet sześciu tysięcy osób. A co do mojej gry, cóż, liczyłem po cichu, że będę spędzał na parkiecie nieco więcej czasu. Tymczasem pojawiałem się na nim głównie wtedy, gdy nasi liderzy potrzebowali odpoczynku albo prowadziliśmy większą ilością punktów. W nowym sezonie, mam nadzieję, będę już głównym środkowym.
Podobno koledzy z reprezentacji Polski zakładali się o to, kiedy wróci Pan do domu?
– No tak, kiedy wylatywałem, nie wyglądałem za dobrze, zapuściłem się troszeczkę. Słyszałem, że wrócę po dwóch miesiącach, po tygodniu, w połowie sezonu. Miło, że nikt nie trafił (śmiech).
Wspomniał Pan jednak, że było ciężej niż Pan przypuszczał.
– Porównam NCAA do ligi polskiej, w której występowałem. W USA gra jest dużo szybsza, bardziej atletyczna, jest więcej pojedynków jeden na jeden. Praktycznie nie ma chwili na złapanie oddechu, na lekki trucht, trzeba cały czas biegać, być aktywnym. Musiałem się do tego przyzwyczaić, co faktycznie było sporym wyzwaniem. Każdy chce się pokazać, zostać zauważonym.
Jak wygląda Pana zwykły dzień pracy? Pracy i nauki, bo nie zapominajmy, że łączy Pan te dwie rzeczy.
– O godz. 9.00 rano mam indywidualny trening, podczas którego pracuję nad rzutami, hakami, zbiórkami. Krótki, trwający nieco ponad 30 minut. O godz. 10.00 idę na trzygodzinne zajęcia na uczelnię, po których mam obiad i pół godziny na odpoczynek. Około godz. 13.30 zaczynają się ćwiczenia na siłowni, potem o godz. 15.00 trening główny, trwający średnio dwie i pół godziny. Wieczorem teoretycznie mam czas dla siebie, ale teoretycznie, bo zazwyczaj odrabiam wtedy zadania. Wolnego zatem trudno wypatrywać, jednak nie narzekam, bo nie po to poleciałem do Stanów, by odpoczywać. Poleciałem, by pracować i stać się lepszym koszykarzem. Zresztą jeśli tylko mam ochotę, to o każdej porze mogę iść na salę i trenować. Czy o godz. 20.00, czy 24.00, czy 1.00 w nocy. Światła są zawsze zapalone, na sali mamy specjalne urządzenie, które zbiera i podaje piłki.
O ile jest Pan dziś lepszym koszykarzem niż przed wylotem do USA?
– Zrzuciłem około dziesięciu kilogramów, straciłem kilka procent tkanki tłuszczowej, więc fizycznie czuję się dużo lepiej, acz w tej materii wciąż mam sporo do poprawy. Na treningach raz bywało lepiej, raz gorzej, lecz cały czas ktoś mi pomagał, wspierał mnie. Teraz ciężko pracuję nad manewrami podkoszowymi, także rzutami osobistymi, które wychodziły mi co najwyżej średnio.
Miał Pan kiedyś wątpliwości co do wyboru uczelni, zespołu?
– Nie. Trafiłem na bardzo dobrych trenerów – pracuje z nami jeden główny i trzech asystentów. Jeden z nich skontaktował się ze mną już w 2010 roku i od tego momentu pozostawaliśmy w kontakcie. Wiedziałem, że Gonzadze zależy na mojej osobie, a to coś znaczyło. Propozycji oczywiście dostałem więcej, jednak od początku byłam nastawiony na tę uczelnię. Kiedy poleciałem do USA, by ją poznać, od razu mi się spodobała, zresztą znałem się dobrze z jednym z zawodników, Kanadyjczykiem Kevinem Pangosem.
Gdybym podpisał zawodowy kontrakt w Europie czy nawet w naszej lidze, byłoby mi bardzo trudno połączyć sport z nauką. A zależało mi na tym, by nie zaniedbać edukacji i ten fakt też odegrał ogromną rolę przy wyborze uczelni i zespołu. Pierwszy rok ukończyłem bez większych problemów, choć oczywiście trochę wysiłku mnie to kosztowało. Na szczęście w Gonzadze pracuje pani, która pomaga nam przy układaniu kalendarza na kolejne tygodnie i miesiące.
Gonzaga University to uczelnia katolicka. Miało to dla Pana znaczenie?
– Oczywiście. Jestem katolikiem i cieszę się, że mogę uczyć się w miejscu, które krzewi wartości mi bliskie. Uniwersytet założyli jezuici, kilkudziesięciu księży mieszka na jego terenie. Jeden z nich jeździ z nami na mecze, pomaga nam, zawsze możemy z nim porozmawiać, przyjść z jakimkolwiek problemem. Po każdym treningu wspólnie się modlimy. Nikogo to nie dziwi, nie stanowi żadnej sensacji. Jest to coś po prostu naturalnego, oczywistego. Na terenie uniwersytetu jest też kościół.
NCAA to przystanek przed NBA. Jak blisko, albo jak daleko jest Pan od najlepszej ligi świata?
– Ciężko powiedzieć. Pierwszy rok był czasem adaptacji, grywałem chyba zbyt rzadko, by ktoś mógł mnie zauważyć. Trzeba spędzać na parkiecie po 20-30 minut, pokazywać świetną koszykówkę, by wpaść w oko. Oczywiście, jak każdy, marzę o NBA, stała się ona moim celem. Przede mną bodaj najważniejsze dwa lata. Już kolejny sezon może być przełomowy, na to zresztą liczę i na tym się skupiam. I jestem dobrej myśli, choć teraz akurat marzę o wyjeździe na mistrzostwa Europy z reprezentacją i niespodziance, którą możemy sprawić w Słowenii.