Brak perspektyw na zwiększenie produkcji
Poniedziałek, 15 lipca 2013 (19:50)Główny Urząd Statystyczny poinformował dzisiaj, że inflacja w czerwcu wyniosła 0,2 proc. rok do roku. Przez ostatnie lata, jeśli nie dziesięciolecia, Polacy żyli w przekonaniu, że inflacja jest bardzo złym zjawiskiem, grozi budżetom domowym, gospodarce państwa i obniżeniem wartości pieniądza krajowego. Inflacja świadczy o tym, że w obiegu jest za dużo pieniądza bez pokrycia w towarach i usługach, co powoduje, że nasze dochody są przez inflację „zjadane”, gdy „nie nadążają” za wzrostem cen.
To raczej deflacja jest gorszą oznaką stanu gospodarki. Deflacja w praktyce oznacza, że nie ma popytu na nasze produkty wytwarzane przez gospodarkę narodową. W efekcie przedsiębiorcy, walcząc o klienta i dążąc do upłynnienia produkcji, muszą stawać się bardziej konkurencyjni, a co za tym idzie – obniżać nadmiernie ceny. To dla pracowników oznacza redukcje produkcji, płac i zatrudnienia.
Duży potencjał pracowniczy i wytwórczy jest niewykorzystany, a pracodawcy zamiast zysku odnotowują straty, nie mając motywacji do ponoszenia inwestycji. Na przyszłość oznacza to, że mimo iż obecnie w kryzysie banki centralne drukują na wyścigi pieniądze, nie ma zapotrzebowania na produkcję krajową ani w kraju, ani za granicą, co odbija się brakiem zapotrzebowania na nowe miejsca pracy. Co więcej – pracodawcy będą redukowali miejsca pracy, przez co ludzie będą mieli mniejsze dochody. To zaś będzie nakręcało spiralę: mniejsze dochody spowodują mniejsze zakupy, prowadząc w kolejnym etapie do presji cenowej, czyli obniżania cen i dalszych redukcji. Niestety, ale to doprowadzi do ograniczenia inwestycji w naszym kraju i do przedłużania się kryzysu.
Tak samo jak do nadmiernej inflacji powinnyśmy bardzo ostrożnie podchodzić do procesu schłodzenia polskiej gospodarki. Deflacja w Polsce jest przejawem ostrości kryzysu, gdyż występuje mimo iż jesteśmy krajem na dorobku, w którym ceny powinny wzrastać, a my powinnyśmy coraz więcej zarabiać.
Procesy konwergencji – doganiania bogatszych krajów, naszych sąsiadów, niestety nie następują, a kryzys wewnętrzny się pogłębia. Nie powstają nowe miejsca pracy, to Polacy muszą emigrować, by znaleźć jakiekolwiek zatrudnienie, wyprzedaliśmy majątek narodowy, a zagraniczne koncerny z polskimi władzami w ogóle się nie liczą. W efekcie mamy wyraźny brak perspektywy na zwiększenie produkcji, a co za tym idzie – nastąpi ograniczenie inwestycji, co przy braku zastępowalności pokoleń zwiastuje kryzys na dziesięciolecia.
Dlatego najwyższy czas się przebudzić, wyrwać się z tego zaklętego kręgu wszelakich lobbystów, oprzeć się na kompetentnych urzędnikach gospodarczych, którzy w przeszłości za obronę polskich interesów gospodarczych byli zwalniani ze stanowisk. Zahamować źródła kryzysu, w który wrzuciło nas prowadzenie polityki antyrodzinnej, a z drugiej strony – brak odpowiedniej polityki fiskalnej opartej o optymalizację wydatków budżetowych oraz brak działań wspierających powstawanie nowych miejsc pracy w Polsce, a nie Polaków „na zmywaku” za granicą. Z powodu dwudziestoletnich zaniedbań łatwo nie będzie, ale jeśli posłuchamy zwykłych populistów, to i nadchodzące lata stracimy.
not. MM
Autor jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu RP, prezesem UNFE i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, autorem programu gospodarczego PiS z 2005 roku.
Dr Cezary Mech