• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Ślub w NINIWA Team

Środa, 10 lipca 2013 (09:57)

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

 

Relacja Pawła Stryjewskiego z 68. dnia rowerowej pielgrzymki NINIWA Team na Syberię

Czy Piotr Wierzgacz sprostał ostatniej próbie męskości, na jaką został wystawiony przez Sarę? Czy wystarczająco często wstawał o godz. 4.00 nad ranem, żeby zdążyć przynieść jej śniadanie do karimaty zanim się obudzi? Czy smarował łańcuch, dopompowywał koła w jej rowerze, przyczepiał do niego miłosne liściki gdy spała, aby zobaczyć uśmiech na jej twarzy? Czy jadł jak prosiak i siadał na gołym betonie gdzie popadnie jak na wyprawowicza z prawdziwego zdarzenia przystało? Czy usłyszy dzisiaj wymarzone TAK od osoby, dla której przejechał 8380 km na rowerze? Zobaczymy...

Póki co, udajmy się do Irkucka, do szpitala. Mamy pierwszą świetną wiadomość tego dnia! Lekarz poinformował, że w poniedziałek Hania zostanie wypisana! Dziewczyna czuje się coraz lepiej, jej stan nieustannie sie poprawia, ale gojące się rany uniemożliwiły jej zjawienie się na dzisiejszym ślubie. Jednak ekipa nie zostawiła jej tam samej nawet w ten dzień. Nieustannie przebywają z nią Krzysiek Skok oraz Jola Wręczycka, więc nie martwmy się, wszystko zmierza ku dobremu.

Pobudka o godz. 5.00 została skwitowana obróceniem się każdego z uczestników na drugi bok. Rezultatem takiej niesubordynacji było mnóstwo stresu, aby zdążyć ze wszystkim przed południem. Lenie wstały o godz. 6.00 ze świadomością, że trochę utrudniły sobie sytuację. Pierwszym problem do rozwiązania był brak kluczy do domu weselnego, w którym miała odbyć się impreza.

Ojciec Tomek jeździł po całej wiosce przez pół godziny, aż udało mu się je znaleźć u pewnej Pani. O godz. 7.00 grupa dostała się do zupełnie pustej sali, co wywołało u niektórych lekkie przerażanie, jako że do ceremonii pozostało zaledwie 5 godzin... Nagle okazało się, że mają tylko pięć chlebów i dwie rybki. Jak tu wykarmić wszystkich gości? Nastąpiła pełna mobilizacja. Oddział złożony z dwóch odpowiedzialnych kobiet (Ani i Soni) miał za zadanie wystroić salę najpiękniej jak się da. Większość grupy, pod wodzą Mateusza Majchrzaka, którego rodzice prowadzą restaurację, czekała Mission: Impossible″ – zrobić coś z niczego. Głównym problemem był brak napojów. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wykorzystać parę pomarańczy, cytryn i studnię.

Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Woda z głębokiej studni była bardzo zimna i przepyszna w smaku, a po pokrojeniu owoców na plasterki i dodaniu ich do dzbanka z wodą otrzymali rewelacyjny napitek. Dodam, że dzisiejszy dzień był bardzo upalny.

Nie wiadomo kiedy pojawiło się na stole 6 różnych sałatek między innymi z warzyw, które wczoraj zakupili. Ktoś znalazł kilka kilogramów kiełbasy w lodówce, ktoś inny sto jajek, a jeszcze ktoś inny kilkanaście bochenków chleba. Przyrządzono danie dnia – bogracz – nie wiem co to, ale na pewno przepyszne! I tak o to właśnie grupa była świadkiem „cudownego rozmnożenia chleba″.

O godz. 11.00 wszystko było już gotowe. DJ Kuniol rozłożył cały swój sprzęt elektroniczny, stoły były nakryte, kościół przystrojony przez Siostry Służebniczki, Sara ubrana.

W tym właśnie momencie mam przykrą wiadomość dla wszystkich czytelniczek relacji. Otóż, tak się niefortunnie złożyło, że o ślubie i weselu rozmawiało przez telefon dwóch facetów. Jeden zapomniał wspomnieć, drugi zapomniał zapytać o takie ważne sprawy jak suknia ślubna, fryzura, welon, kolor paznokci, wysokość obcasów i wzór koronki. Wiem tylko, że była ubrana. Niestety będziecie musiały poczekać na zdjęcia...

Jeszcze tylko szybki, wspólny, plenerowy prysznic urządzony przez o. Karola za pomocą węża ogrodowego i pachnąca, niekoniecznie wyspana ekipa pojawiła się w kościele. Mszy świętej przewodniczył zaprzyjaźniony już biskup Irkucka – Cyryl, a kazanie wygłosił nie kto inny, jak o. Tomek. Oprócz niego było jeszcze czterech innych księży.

Para młoda zjawiła się dopiero przed ceremonią. „Zjawiła″ to mało powiedziane. Zajechali najprawdziwszą rosyjską starą ozdobioną balonikami Ładą załatwioną ze wsi przez paru chłopaków! Pomysłodawca ślubu w Wierszynie powiedział parę rowerowych słów o tym, że Wierszyna to dopiero dobry początek ich wspólnego życia, które nie zawsze będzie łatwe mimo że jechali tu tak długi czas. Również od każdego z uczestników młoda para usłyszała kilka osobistych słów, co było bardzo pięknym i ciepłym momentem ceremonii, ponieważ każdy z nich po 68 dniach wspólnego pedałowania miał im coś konstruktywnego do powiedzenia.

A co mieli sobie do powiedzenia sami nowożeńcy? Niech to zostanie między nimi i Panem Bogiem. Świadkami ślubu byli Ula Machelska oraz Wojtek Mazur. Ojciec Tomek przekazał mi, że ekipa na coś liczy w związku z tym faktem, ale ja tam w swatki bawić się nie będę, o!

Było wspólne zdjęcie przed kościołem, a potem rozpoczęła się huczna impreza. Było bardzo swojsko, co dla pary młodej mieszkającej na co dzień w Katowicach musiało być niezwykle wesołym doświadczeniem. Parkiet nigdy nie był pusty, jedzenie się nie kończyło. Ludzie odpowiedzialni za przygotowanie wesela przeżywali je jak prawdziwy cud! O godz. 7 rano nic nie było, a kiedy przyszli na salę po Mszy Świętej sami nie mogli się nadziwić, jak z niczego mogło zrobić się tak wiele.

Ojciec Tomek wielokrotnie podkreślał, że było to jedno z najlepszych wesel w ich życiu pomimo trudnych warunków wyprawowych. Po prostu wszystkim tak zależało na dobrej zabawie, że musiało wyjść super. Dodatkowo goście weselni byli dużym świadectwem dla mieszkańców Wierszyny, którzy nie mogli uwierzyć, że można tak dobrze bawić się bez alkoholu. Górnik podsumował wszystko swoim mottem życiowym: „Szczęście polega na ciężkiej pracy″. Dzisiaj pasowało ono jak ulał, ponieważ przez uwijanie się jak w ukropie przez całe przedpołudnie, goście mogli w pełni nacieszyć się tym, czego udało im się dokonać.

Impreza trwała do godz. 21.00 kiedy to wszyscy wspólnie zaśpiewali Apel Jasnogórski. Cała grupa z Państwem Wierzgacz na czele, udała się na plebanię, do ojca Karola, gdzie obejrzała film przygotowany podczas wyprawy specjalnie dla pary młodej. Zawierał on różnego rodzaju scenki, piosenki i wierszyki nagrane podczas jazdy. Gdy ojciec zdawał relację, reszta grupy podpisywała olbrzymią ilość pocztówek, które zamierzają jutro przed wyjazdem wysłać do Polski.

Pierwszy ślub na wyprawie rowerowej stał się faktem i jest to kolejny, po wstąpieniu Kasi Szendzielorz do klasztoru, bardzo namacalny owoc tego wszystkiego, co się tam dzieje.

 

Bilans dnia:

– Pierwszy ślub na wyprawach rowerowych NINIWA Team (mają nadzieję, że nie ostatni)

– Dużo jedzenia znikąd

– Tona pocztówek

Źródło: niniwateam.pl