• Poniedziałek, 16 marca 2026

    imieniny: Hilarego, Izabeli, Herberta

W świętości wzrastał od dziecka

Sobota, 6 lipca 2013 (19:23)

Z Eugeniuszem Mrozem, przyjacielem i ostatnim żyjącym kolegą szkolnym bł. Jana Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Jak przyjął Pan informację o podpisaniu przez Papieża Franciszka dekretu otwierającego drogę do kanonizacji bł. Jana Pawła II?

– Z wielką radością. Oto nasz wielki rodak zostanie zaliczony w poczet świętych. W pamięci mam wciąż okrzyki i hasła „Santo subito”, jakie skandował tłum zgormadzony na placu św. Piotra podczas pogrzebu Jana Pawła II w kwietniu 2005 r. Uważałem wówczas, że byłoby to za wcześnie. I nie było tu mowy o jakichś wątpliwościach, co do świętości Karola Wojtyły, ale rodziła się myśl, czy wszyscy jesteśmy na to gotowi, że świat powinien dojrzeć do tego, zapoznać się z treścią papieskiego nauczania i testamentem, jaki nam pozostawił. Wkrótce zapadnie ostateczna decyzja co do daty kanonizacji. Jednak moim zdaniem uroczystości kanonizacyjne nie powinny się odbyć w tym roku.

Przyznam, że mnie Pan zaskoczył tym stwierdzeniem… Dlaczego tak Pan uważa?

– Proszę mnie dobrze zrozumieć. W mojej ocenie, jest to zbyt krótki okres od beatyfikacji, żeby zapoznać się i zgłębić myśl Jana Pawła II. Ogłoszenie świętym to nie tylko akt kanoniczny, temu wydarzeniu powinien towarzyszyć też proces poznawania nowego świętego i tego wszystkiego, co Bóg chce nam przekazać przez jego osobę i dzieło życia. Ponadto dużo ostatnio mówi się o połączeniu dwóch kanonizacji błogosławionych: Jana Pawła II i Jana XXIII. W mojej ocenie, te wielkie postaci zasługują na to, aby zostać ogłoszone świętymi podczas dwóch różnych uroczystości. Jan Paweł II był wprawdzie jednym z ojców soborowych, realizował postanowienia Soboru Watykańskiego II, który jak pamiętamy zwołał Jan XXIII, ale wspólna kanonizacja to nie jest dobry pomysł. Według mnie, kanonizacja Jana Pawła II mogłaby się odbyć w dniu urodzin Ojca Świętego, a najpóźniej w październiku, w rocznicę wyboru lub inauguracji jego pontyfikatu. Oczywiście są to tylko moje skromne przemyślenia, ostateczna decyzja należy do Ojca Świętego Franciszka. Jeżeli Bóg pozwoli i starczy sił, to bardzo chciałbym uczestniczyć w kanonizacji bł. Jana Pawła II.

Jak Pan wspomina bł. Karola Wojtyłę?

– Karol Wojtyła, Jan Paweł II od dzieciństwa dorastał do świętości, a nam dane było być tego świadkami. Dlatego decyzja o beatyfikacji czy teraz kanonizacji nie jest dla mnie niespodzianką, ale potwierdzeniem tego, co na co dzień widzieliśmy i czego doświadczaliśmy, obcując z tym człowiekiem. Wielokrotnie podkreślałem głębokie wychowanie religijne, które Lolek odebrał od matki, a po jej śmierci od ojca, który był jego przyjacielem i pierwszym przewodnikiem duchowym. Przyszły Papież był ministrantem, potem był w Sodalicji Mariańskiej i zawsze biła od niego charyzma. Dziś, z perspektywy czasu, przypominając sobie czy oceniając poszczególne wydarzenia, mogę powiedzieć, że biła od niego jakaś przedziwna siła i moc. Bez wątpienia już w latach gimnazjalnych był wielką osobowością. Był gigantem ducha, serca i umysłu, który od dziecka wzrastał w świętości, a przy tym był zwyczajnym chłopcem, jednym z nas. Przy nim i pod jego wpływem stawaliśmy się lepsi. Kiedy został Papieżem i kiedy spotykaliśmy się z nim, czy to w Polsce, czy w Watykanie, czy Castel Gandolfo, zawsze dziękowaliśmy Panu Bogu, że w okresie naszego dzieciństwa i młodości, kiedy kształtowały się nasze charaktery, mogliśmy dorastać u boku tak wspaniałego człowieka jak Karol Wojtyła.

Jest Pan ostatnim świadkiem młodzieńczego, szkolnego życia Karola Wojtyły…

– Maturę, której 75. rocznica przypada w br., zdawało nas 40. 10 zginęło na różnych frontach II wojny światowej, składając najwyższą daninę krwi, oddając życie za Polskę w wiośnie życia. Pozostali koledzy rozproszyli się po świecie. Czas szybko mija i niestety wszyscy nasi koledzy i przyjaciele już odeszli. Z tej grupy zostałem sam, ze wspomnieniami.

Jak więc wspomina Pan swoje pierwsze spotkanie z Papieżem Wojtyłą po wyborze na Stolicę Piotrową?

– Pierwszy raz spotkaliśmy się w czerwcu 1979 r. podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. W Wadowicach – jak to miał w zwyczaju – wymknął się ochronie i na ganeczku wadowickiego kościoła pw. Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny spotkał się z nami. Było to wzruszające spotkanie, choć przyznam, że byliśmy bardzo usztywnieni. Ojciec Święty każdego przytulił do swej piersi, ucałował i wszelkie lody szybko stopniały. Był jak dawniej, takim, jakiego go zapamiętaliśmy z ław szkolnych.

Na tym spotkaniu jednak się nie skończyło…?

– W czasach posługi Piotrowej z Janem Pawłem II spotykaliśmy się wielokrotnie. Byliśmy też zapraszani do Watykanu. Już w Wadowicach Ojciec Święty powiedział: „Przyjeżdżajcie do mnie, zapewniam wam wikt i kwaterunek”. I tak rzeczywiście było. Mimo iż byliśmy zwykłymi, prostymi chłopcami znad Skawy, on, Papież nigdy nie dał nam tego odczuć. Tak było zawsze zarówno w latach gimnazjalnych, jak i później, gdy został Papieżem. To było krzepiące, dodawało sił. Zawsze interesował go nasz los, ale także los naszych rodzin. W tym też tkwiła jego wielkość, bezpośredniość i to nie tylko wobec nas, kolegów, ale wobec wszystkich ludzi na całym świecie, małych czy wielkich.

A jak wyglądało ostatnie spotkanie z Ojcem Świętym?

– Ostatni raz spotkaliśmy się w 2002 r. w Krakowie podczas 8., a zarazem ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. Po Mszy św. na Błoniach Krakowskich Ojciec Święty zaprosił nas do siebie, do Pałacu Arcybiskupów na Franciszkańską. Był już na wózku, schorowany. Spotkanie, choć było bardzo serdeczne, nie miało już dawnej radosnej atmosfery. Nie śpiewaliśmy już piosenek naszej młodości, a ja nie przygrywałem na harmonijce. Choć  nikt nie mówił o tym głośno, to chyba wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to prawdopodobnie ostatnie spotkanie z naszym przyjacielem Papieżem. Na zakończenie powiedziałem, że w 2003 r. będzie 65. rocznica naszej matury i byłoby miło znów spotkać się w Krakowie, Wadowicach bądź w Watykanie. Po chwili zadumy Papież odpowiedział: „Jak Bóg da. Zobaczymy…”. Niestety, do tego spotkania już nie doszło. 2 kwietnia 2005 r. Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca.

Dzisiaj jednak cieszymy się jego świętością i tym, że mamy orędownika w Niebie...

– Z jednej strony cieszymy się i słusznie, ale zastanawiam się, czy jest to radość pogłębiona. Pamiętamy to wielkie poruszenie po śmierci Ojca Świętego czy falę euforii w związku z jego beatyfikacją i zapewnienia o realizacji jego testamentu i wskazań. Potem jednak wszystko ucichło, zapomnieliśmy o deklaracjach, wbrew temu, do czego zachęcał nas Papież, zgasiliśmy Ducha. Nastąpił powrót do dawnych sporów, codziennej złośliwości, nienawiści, obojętności. Konsumpcjonizm znów zaczął królować w naszych sercach. Tego wszystkiego znów się obawiam, czy potrafimy docenić wagę wydarzenia, które Opatrzność nam zsyła w darze, czy potrafimy docenić wielkość naszego świętego rodaka. Zgodnie z tym, czego nas uczył, mamy dawać odpór złu, mamy realizować uniwersalne wartości: dobra, piękna, sprawiedliwości, poszanowania praw każdego człowieka, szanować i bronić życia od poczęcia do naturalnej śmierci. To niby takie proste i jasne, a jednak wciąż potykamy się o te same problemy, brakuje nam dobrej woli.  

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki