Finał nie dla Radwańskiej
Czwartek, 4 lipca 2013 (19:55)Po pasjonującym pojedynku Agnieszka Radwańska, rozstawiona z numerem czwartym, odpadła w półfinale wielkoszlemowego turnieju tenisowego na trawiastych kortach Wimbledonu. Polkę wyeliminowała Niemka Sabine Lisicki (nr 23.), która wygrała 6:4, 2:6, 9:7.
Pierwszy czwartkowy półfinał trwał krócej, niż się powszechnie spodziewano, ponieważ Francuzka Marion Bartoli (nr 15.) w ciągu 62 minut uporała się z Belgijką Kirsten Flipkens (20.) 6:1, 6:2. W tej sytuacji Polka i Niemka o polskich korzeniach wyszły na Kort Centralny o godz. 14.30, w asyście blisko 15-tysięcznej widowni niemal w komplecie wypełniającej trybuny.
Jeśli wierzyć zgodnym zapowiedziom brytyjskiej prasy, miało to być jednostronne bombardowanie serwisem przez Lisicki. Właśnie ta broń okazała się kluczowa w wyeliminowaniu przez nią w czwartej rundzie ubiegłorocznej triumfatorki Amerykanki Sereny Williams.
Faktycznie maszyna z pomiarem elektronicznym wyświetlała zapisy przekraczające prędkość 100 mil na godzinę, a rekordowy wyniósł 120 mil na godz. Przy stanie 3:3 Radwańska znalazła się w opałach, gdy na tablicy pojawił się wynik 0-40. Wybroniła się przy trzech kolejnych punktach, ale zaraz potem rywalka miała w przewagę. Wykorzystała ją, choć po dość szczęśliwej taśmie, która zmieniła całkowicie lot piłki. Polka, broniąc się przed trafieniem nią, odruchowo zasłoniła się rakietą, a po odbiciu ramą ta nieznacznie wyleciała poza kort.
To oznaczało przełamanie, które okazało się kluczowe dla losów partii, ponieważ choć Polka wyszła na 4:5, to jednak w dziesiątym gemie – mimo jednego „break pointa” – nie zdołała odrobić straty i przegrała seta po 33 minutach.
Już na otwarcie drugiej partii straciła nieoczekiwanie swoje podanie, tym razem nie zdobywając przy nim nawet punktu. Niepokojąco wyglądał nawet nie sam rezultat, lecz to, że serwis krakowianki jakby zupełnie przestał funkcjonować.
Udało się jednak Radwańskiej odrobić stratę, a po udanym swoim gemie objęła prowadzenie 2:1, ale widać było, że ma pewne problemy z poruszaniem się po korcie. Mógł to być skutek mniejszych urazów powstałych podczas trzech poprzednich trzysetowych pojedynków w turnieju.
Po obustronnych przełamaniach zrobiło się 3:2, ale po Lisicki widać było, że zgubiła pewność serwisu. Wykorzystała to krakowianka i rozstrzygnęła losy drugiego seta po godzinie i dziewięciu minutach gry. W ostatnim gemie Niemka popełniła trzy podwójne błędy.
Udana seria sześciu kolejnych wygranych gemów dała Radwańskiej prowadzenie 3:0 w decydującym secie. Okazało się, że są to miłe złego początki, ponieważ Niemka odrobiła stratę. Niemal w tym samym momencie jedna z dwóch tablic świetlnych zgasła.
To, co nastąpiło później, można swobodnie nazwać horrorem. Mnożące się szczęśliwe taśmy, trafienia w linię lub minimalne auty, asy i zabójcze returny, podwójne błędy serwisowe, gry na przewagi, dropszoty, woleje, smecze, niewymuszone błędy i wygrywające uderzenia. Emocjami i zwrotami akcji, jakie nastąpiły w końcówce, można byłoby spokojnie obdzielić kilka spotkań.
Sytuacja zaczęła się zagęszczać przy stanie 6:6, gdy Polka wybroniła się z 15-40 i po raz ostatni zdołała objąć prowadzenie tego dnia. W trzech kolejnych gemach, pełnych nerwów z obu stron, lepsza okazała się Lisicki. Po tym, jak zdołała przełamać podanie Polki na 8:7, wyraźnie uskrzydlona postawiła kropkę nad i, głównie solidnym serwisem.
MM, PAP