To zaledwie początek długiej drogi
Piątek, 28 czerwca 2013 (18:22)Czytając tekst podpisanej deklaracji, muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Ufam, że nie jest ona jeszcze jednym składnikiem politycznej poprawności, a w jej ramach odgórnego „przebaczania” sobie nawzajem, lecz ma sens oraz przyniesie dobre owoce jako dokument prawdziwie religijny.
Czego dotyczą moje rozterki? Dokument został podpisany przez przedstawiciela Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego i Kościoła bizantyjsko-ukraińskiego w Polsce oraz reprezentatywnych przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce i na Ukrainie. To może wywołać wrażenie, że zbrodnia ludobójstwa dokonanego na Wołyniu i w wielu innych miejscach na Ukrainie to sprawa między dwoma obrządkami tego samego Kościoła.
Myślę, iż nie zostało należycie ukazane, że chodzi o zbrodnie, które dotkliwie zantagonizowały nie tyle katolików obrządku łacińskiego i bizantyjskiego, ile Polaków i Ukraińców. Trzeba nadmienić, że Kościół greckokatolicki na Ukrainie jest drugim co do wielkości, po prawosławiu, a jednak w procesie pojednania wyraźnie brakuje obecności reprezentatywnych przedstawicieli prawosławia. Nadzieję może budzić fakt, że pod koniec deklaracji zostali oni wymienieni. Może więc uda się ich pozyskać dla wzajemnego zbliżenia w nieodległej przyszłości, aczkolwiek wcale nie jest to takie pewne.
W deklaracji nie zaznaczono, że podłożem konfliktu i zbrodni nie były przesłanki religijne i teologiczne, ale polityczne i nacjonalistyczne, które z religią nie mają nic wspólnego. Tymczasem deklaracja może sprawiać wrażenie, że jest drogą wyłącznie do pojednania zwaśnionych Kościołów, a nie do pojednania narodów.
Druga moja rozterka związana jest z pewną asymetrią. W deklaracji abp Szewczuk powołuje się na słowa kard. Lubomira Huzara z 2001 r., że „niektórzy synowie i córki Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego wyrządzali zło – niestety świadomie i dobrowolnie – swoim bliźnim z własnego narodu i z innych narodów”.
Zauważmy: na pierwszym miejscu są ukraińscy współrodacy, a potem bliźni z „innych narodów”, przy czym o Polakach nie ma ani słowa. W następnym zdaniu abp Szewczuk mówi: „Jako zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego pragnę powtórzyć te słowa dzisiaj i przeprosić Braci Polaków za zbrodnie popełnione w 1943 roku”.
Zaraz potem następują słowa ks. abp. Michalika: „Jako przewodniczący Episkopatu Polski kieruję do Braci Ukraińców prośbę o wybaczenie”. Dostrzegam tu niezbyt fortunną asymetrię: abp Szewczuk przeprasza, zaś abp Michalik prosi o wybaczenie. Te jego słowa – zresztą w tekście, którym dysponuję, wyróżnione od innych – mogą być łatwo wyjęte z kontekstu i rozpocząć żywot zupełnie niezależny od ogłoszonego dokumentu.
Zwłaszcza na obczyźnie, przede wszystkim w USA i Kanadzie, gdzie mieszka bardzo wielu Ukraińców, przestanie być jasne, kto i komu wyrządził nieopisane krzywdy. Szkoda, że w dokumencie nie znalazło się więcej nawiązań do faktów, a jeżeli ich ustalanie przychodzi zbyt trudno, to i postulat pojednania może się okazać bezskuteczny.
W ostatnich tygodniach dużo mówiło się na temat ludobójstwa na Wołyniu. W deklaracji nie pojawia się to słowo. A przecież w okrutnych męczarniach zginęło tam ponad 100 tysięcy Polaków tylko za to, że byli Polakami! Owszem, ginęli również Ukraińcy, ale to – można sprawiedliwie powiedzieć – była przede wszystkim rozpaczliwa i naznaczona pragnieniem odwetu odpowiedź na doznane okrucieństwa oraz dokładnie zaplanowaną i zrealizowaną krwawą rzeź ludności polskiej. Rozpatrując te sprawy, koniecznie trzeba zwracać uwagę na wszystkie okoliczności i faktyczny przebieg narastania spirali przemocy.
Polacy byli mordowani w sposób okrutny. Przed śmiercią wielu z nim kazano się przeżegnać i zacząć odmawianie „Ojcze nasz”. Jeśli ktoś modlił się po polsku i uczynił znak krzyża na sposób rzymskokatolicki, natychmiast ginął okrutną śmiercią. Znak krzyża na sposób wschodni i ukraińska mowa były przepustką do życia.
Dla ogółu tych zbrodni symptomatyczne jest to, co działo się np. w podominikańskim kościele w Podkamieniu. W połowie marca 1943 r. pół tysiąca Polaków z okolicznych miejscowości schroniło się w świątyni w nadziei na ocalenie. Wszyscy zostali okrutnie zamordowani, umierając w męczarniach, a miejsce ich pochówku zostało potajemnie oznaczone marną tablicą i przez wiele lat pozostawało nieznane.
Szczególne nasilenie wołyńskich rzezi przypadało na święta i niedziele, gdy wierni gromadzili się w kościołach, co okrutnie wykorzystywali ich oprawcy. Nie można nie postawić pytania o powody tak bezgranicznej nienawiści i pogardy wobec Polaków oraz wobec tego, co święte.
Tak więc, w moim odczuciu, deklaracja przyjęta w piątek jest zaledwie początkiem długiej drogi. Skoro został uczyniony pierwszy krok, nie wolno na nim poprzestać. Przyniesie on błogosławione owoce tylko wtedy, gdy zostaną podjęte kolejne kroki wyrażające szacunek dla prawdy oraz wrażliwość wobec bezmiaru bólu, cierpienia i żalu, jaki tkwi w sercach Polaków.
Autor jest biblistą, dyrektorem Instytutu Nauk Biblijnych na Wydziale Teologicznym UKSW w Warszawie.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski