• Czwartek, 2 kwietnia 2026

    imieniny: Franciszka, Władysława, Arona

Trotylu nie było

Piątek, 28 czerwca 2013 (06:08)

Niewielkie ilości nitrogliceryny będącej składnikiem leku nasercowego to główna wykryta na wraku substancja, która ma związek z pirotechniką.

W wyniku przeprowadzonych badań biegli nie stwierdzili na elementach wraku samolotu obecności pozostałości materiałów wybuchowych lub produktów ich degradacji – to wniosek ze sprawozdania Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego, jakie we wtorek trafiło do prowadzącej śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Niektóre szczegóły znanego tylko prokuratorom referentom sprawy dokumentu zaprezentowali na konferencji prasowej naczelny prokurator wojskowy płk Jerzy Artymiak i wojskowy prokurator okręgowy w Warszawie płk Ireneusz Szeląg. Okazuje się, że jedynymi substancjami mającymi związek z pirotechniką są niewielkie ilości nitrogliceryny będącej składnikiem leku nasercowego, którego opakowanie znaleziono we wraku.

W 16 próbkach znaleziono śladowe ilości difenyloaminy, a w czterech – paranitrodifenyloaminy. Te dwie substancje mają zastosowanie głównie w syntezie tworzyw sztucznych, ale zwrócono na nie uwagę, gdyż używa się ich również jako składników (stabilizatorów) w ładunkach prochu bezdymnego. Wówczas towarzyszyłyby im także inne substancje, których jednak nie stwierdzono.

Na czterech próbkach znajdowała się również siarka, a w jednej stwierdzono mieszaninę węglowodorów alifatycznych, prawdopodobnie jednej z cieczy eksploatacyjnej samolotu.

– Nie ujawniono również cząsteczek charakterystycznych dla materiałów wybuchowych mających w swoim składzie aluminium, takich jak ładunki termobaryczne i materiały saletrzano-amonowe – zakończył wyliczanie płk Szeląg.

Będzie porównanie

Wniosek z tych ekspertyz jest dla hipotezy wybuchu w tupolewie negatywny, ale badania nie są jeszcze kompletne i „nie wystarczą do wnioskowania o możliwości zaistnienia przemiany wybuchowej w pobliżu badanych obiektów”.

Biegli chcą je porównać z wynikami analiz próbek pobranych z ekshumowanych ciał ofiar katastrofy oraz elementów metalowych znalezionych w brzozie, o którą według komisji Millera i rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego miał uderzyć samolot.

Na przełomie lipca i sierpnia prokurator i biegli mają znowu udać się do Smoleńska i wykonywać tam dodatkowe badania. Dopiero cały ten materiał pozwoli specjalistom Zakładu Fizykochemii wydać definitywne rozstrzygnięcie w sprawie możliwości wybuchu jako ewentualnej przyczyny katastrofy.

Jesienią ubiegłego roku pobrano łącznie 258 próbek, ale tylko 134 pochodzą z wraku i miejsca katastrofy. Są to wymazy, wycinki, mikroślady zabezpieczone przez policyjnych specjalistów. Natomiast 124 próbki pobrano z gleby w okolicach toru lotu i w okolicach lotniska.

Ta część próbek służyła przede wszystkim celom porównawczym. Zabezpieczone przez polskich policjantów materiały zostały w Rosji i trafiły do Polski 5 grudnia ubiegłego roku. Jednak według prokuratorów, biegli nie mieli wątpliwości, że dysponują tymi samymi materiałami, które zapieczętowano w Smoleńsku.

Wymijająco o detektorach

Istotnym mankamentem konferencji w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej był brak jasnej informacji o przyczynach wskazań detektorów używanych w Smoleńsku, które sygnalizowały obecność substancji „podejrzanych”, czyli chemicznie pokrewnych materiałom wybuchowym.

Prowadzone analizy laboratoryjne były – jak tłumaczył płk Szeląg – niezależne od wstępnych badań prowadzonych za pomocą urządzeń przenośnych.

Te ostatnie miały wyłącznie pomóc w wyselekcjonowaniu materiału do próbek. Poza tym biegli pobierali materiał także z miejsc, w których detektory niczego nie selekcjonowały. Prokuratorzy zapewniają, że próbkowanie objęło cały wrak oraz składy różnych jego drobnych części (wykorzystuje się w tym celu garaże na Siewiernym), które rzadko są udostępniane.

Szeląg i Artymiak nie potrafili jednak powiedzieć, ile dokładnie próbek pobrano w wyniku sygnału detektora ani czy później zweryfikowano jakoś te wstępne wskazania. W efekcie powstało wrażenie, że jedne urządzenia pokazują jedne wyniki, a drugie – inne, i tak naprawdę wciąż nie ma pewności, czy jednak nie było na wraku trotylu lub nitrogliceryny (w ilościach wskazujących na wybuch).

Stąd też niekończące się pytania przedstawicieli mediów od miesięcy poświęcających dużo miejsca hipotezie wybuchu jako przyczynie katastrofy (przede wszystkim „Gazety Polskiej”). Poczucie braku wyczerpującego wyjaśnienia było wyraźne także u kilku obecnych członków rodzin ofiar katastrofy.

Drżące ręce płk. Artymiaka świadczyły o niezbyt dużej pewności naczelnego prokuratora wojskowego przy udzielaniu wyjaśnień, chyba nie tylko z powodu zaskakującego wniosku mec. Hambury o powstrzymanie kilku prokuratorów od udziału we wszelkich czynnościach prowadzenia, nadzorowania i informowania o przebiegu śledztwa smoleńskiego.

Profil niejawny

Prokuratorzy chwalili natomiast kwalifikacje i doświadczenie policyjnych ekspertów. Stykają się oni z prawdziwymi materiałami wybuchowymi na co dzień, podczas śledztw w sprawach kryminalnych.

Uczestniczyli w udzielaniu pomocy prawnej w słynnej sprawie norweskiego zamachowca Andersa Breivika, który kupował w Polsce niektóre materiały. Posiadają też najnowocześniejszy sprzęt i stosują najnowsze metody kryminalistyczne. Specjalnie w celu sporządzenia opinii w sprawie smoleńskiej zakupiono też nową aparaturę.

Poza sprawozdaniem dotyczącym próbek z wraku i miejsca katastrofy prokuratura posiada już ekspertyzę psychologiczną dotyczącą profilu osobowości i zachowania załogi podczas lotu, która jednak dostępna jest tylko dla zainteresowanych rodzin ofiar (członków załogi) w częściach, które ich dotyczą.

Z powodu obecności w niej tzw. danych wrażliwych na temat tych osób nie zostanie ona nigdy opublikowana, a nawet ogólne wnioski mają zostać upublicznione tylko częściowo. Opinię psychologów dostali natomiast eksperci Instytutu Ekspertyz Sądowych. Z jej pomocą rozpoczęli oni prace nad analizą nagrania z tupolewa pod kątem psychologicznym.

Wczoraj Rosjanie zrealizowali jeden z wniosków o zwrot polskiej własności. Mianowicie attaché wojskowy przy polskiej ambasadzie odebrał siedem pistoletów Glock-17 z amunicją, które należały do eskorty prezydenta. Rosjanie podobno długo opierali się przed przekazaniem Polsce tych przedmiotów, tłumacząc to „brakiem takiej praktyki”.

Przynajmniej do listopada możemy poczekać na ekspertyzę fonoskopijną nagrań rejestratora w drugim polskim samolocie obecnym 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku – Jaku-40. Jeszcze dłużej – na analogiczne analizy dotyczące pracy kontrolerów lotu. Biegli zajmą się nimi dopiero po zakończeniu badań nagrania z Jaka.

Piotr Falkowski