• Środa, 4 marca 2026

    imieniny: Kazimierza, Łucji, Witosławy

Z czym do Londynu?

Poniedziałek, 16 lipca 2012 (15:19)

„Nie ma takiego miasta – Londyn” – mówiła swego czasu telegrafistka na poczcie w kultowym filmie „Miś” Stanisława Barei. Dziś, w 31. rocznicę powstania tego obrazu, okazuje się, że jednak Londyn jest. A do tego trzeba tam koniecznie pojechać i zaprezentować się sportowo od jak najlepszej strony.

Wynik poprzednich igrzysk olimpijskich w Pekinie, mówiąc delikatnie, rozczarował. Zaledwie 10 medali dla niemal 40-milionowego narodu to nie jest rezultat zachwycający. W tym roku wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że może nie być lepiej. Nie mamy już bowiem „pewniaków” do medali, tak jak to było jeszcze nawet osiem lat temu. Ale przyjrzyjmy się nieco dokładniej naszej reprezentacji i poszukajmy choćby cienia szans na medale, oraz wskażmy tych, z którymi wiązanie nadziei wydaje się mieć najwięcej sensu.

W pierwszym szeregu wszystkie media przywołują oczywiście naszych siatkarzy – zwycięzców Ligii Światowej. Trzeba z czystym sumieniem powiedzieć, że tak solidnie grającej reprezentacji nie mieliśmy w tej dyscyplinie od dawna. I jeśli wierzyć sprawdzonej już dwukrotnie zasadzie, że „zwycięzca Ligii Światowej wygrywa także IO”, można w naszych siatkarzach upatrywać kandydatów do medalu.

Nie sposób się także nie zgodzić z osobami stawiającymi na M&M-sów, czyli Majewskiego i Małachowskiego. Nasz kulomiot i dyskobol trzymają się w ścisłej światowej czołówce i kto wie, czy przy odrobinie szczęścia nie usłyszymy za ich sprawą Mazurka Dąbrowskiego.

Jeśli jesteśmy przy lekkiej atletyce i typujemy dwójkami, to para naszych 800-metrowców Lewandowski i Kszczot oraz młociarzy Włodarczyk i Ziółkowski to typy, które budzą nieco więcej niż tylko cichą nadzieję.

Mamy też kilka „czarnych koni”, które nie powinny poddać się bez walki – całkiem silna reprezentacja w tyczkach (może szczyt formy przyjdzie właśnie na Londyn), płotkarz Artur Noga, siedmioboistka Karolina Tymińska, a może któryś z chodziarzy nawiąże do wielkich sukcesów Roberta Korzeniowskiego. Z areny lekkoatletycznej schodzimy więc, nomen omen (bardzo optymistycznie) z 11 medalami.

Należy niestety zapomnieć o jakichś niewiarygodnych osiągnięciach w sportach walki, które jeszcze 2-3 olimpiady temu przynosiły nam zawsze kilka medali. Teraz jest niestety straszliwa posucha.

Na niespodzianki podobne do brązowego medalu Agnieszki Wieszczek w Pekinie można zawsze liczyć, ale ja obstawiam, że tym razem maty nie powiększą naszego dorobku. Podobnie sytuacja wygląda z pływaniem – według najlepszych szacunków możemy zgarnąć co najwyżej dwa krążki. Nieco lepiej wypada pomost ciężarowców, tu są nadzieje nawet na trzy zdobycze medalowe. Również trzy, a może nawet cztery przyniosą nam wiosła.

Być może z zimnych wód hrabstwa Dorset dwa medale wyłowią żeglarze, z parą Kusznierewicz - Życzki na czele. Ten dział, nazwijmy go wodno-siłowym, da nam więc (ciągle bardzo optymistycznie) kolejne 11 medali.

Na koniec zostawiłem sobie drobne kobiety, których występy wywołują zawsze gigantyczne emocje. W pierwszym rzędzie jest tutaj Maja Włoszczowska, obecnie wice, przed dwoma laty mistrzyni świata, w kolarstwie górskim. Serce zawsze podpowiada, że warto na nią liczyć.

Niestety, MTB jest sportem tak trudnym, że jeden błąd może kosztować dobry rezultat. Choć Włoszczowska drugim miejscem na Mistrzostwach Świata w Champéry udowodniła, że nawet pomimo przebitej opony i dwukilometrowego biegu z rowerem na ramieniu do strefy serwisowej potrafi skutecznie walczyć o najwyższe laury.

Druga z naszych „drobnych” nadziei to Agnieszka Radwańska. Osiągnięty przez nią finał Wimbledonu w pełni predestynuje ją do tego, aby być chorążym naszej reprezentacji. Sama Radwańska twierdzi, że „klątwy chorążego” (nasz chorąży nigdy nie zdobył medalu IO) się nie boi, jednak o powtórzenie wyniku na trawistych kortach w czasie igrzysk będzie trudno.

Przypominam, że Agnieszka podczas Wimbledonu nie trafiła na żadną z nielubianych przez siebie rywalek. Na jej drodze nie stanęły chociażby Kwitowa, Szarapowa czy też jej tegoroczne fatum – Azarenka. Nie mniej jednak – dlaczego sytuacja miałaby się nie powtórzyć. A skoro jesteśmy optymistami, to dopisuję do listy kolejne dwa medale.

Podsumowując – wierzyć w Polaków i kibicować im w Londynie będziemy z całego serca. Jeśli zrealizują mój optymistyczny scenariusz, to po igrzyskach będziemy cieszyć się z 25 medali. Ile wśród nich będzie tych z najcenniejszego kruszcu - to już mniej ważne. Patrząc realnie, trzeba koniecznie pobić wynik z Pekinu. O negatywnym rozwiązaniu na razie nie mówimy.

Łukasz Sianożęcki