Chłodne dni NINIWA Team
Czwartek, 27 czerwca 2013 (11:08)Pod patronatem „Naszego Dziennika”
Relacja Beaty Fleiszner z 55. dnia rowerowej pielgrzymki NINIWA Team na Syberię
Dziś zaczął się dla naszych uczestników wyprawy prawdziwy „czas ostateczny”. Tak sobie podobno żartują, odkąd wjechali w obwód Irkucki i przekroczyli tym samym ostatnią strefę czasową +7 h.
Nawiązując więc do Apokalipsy, a dokładniej do zadanych w poniedziałek do przeczytania dwóch ostatnich rozdziałów, które mówią o początku Nowej Ziemi i Nowego Nieba – dla rowerzystów również zaczyna się coś nowego w ich życiu, jakaś nowa jakość przeżywania wielu spraw. Taka wyprawa musi odbić się poważną zmianą patrzenia na wiele aspektów życia.
Dziś o 5.00 rano przywitał rowerzystów bardzo chłodny poranek, jedynie 3 kreski powyżej zera. Dlatego postanowili najpierw odprawić Mszę Świętą, a dopiero po niej wyjechać, około godziny 7.00. Być może temperatura wzrosła przez te dwie godziny o jakieś kilka stopni. Z jednej strony nie ma się co dziwić, że temperatury są tak niskie, skoro jeszcze miesiąc temu leżała tam gruba warstwa śniegu, ale z drugiej mieszkańcy Syberii mówią, że jest tam wybitnie zimno jak na tę porę roku.
Podziału na grupy dokonał dziś Witek. Jako że od poniedziałku jadą już tylko w dwóch grupach po 12 osób, posłużył się talią kart. Każdy wylosował jedną i tak zostali podzieleni na trzymających czarne i czerwone kolory kart.
Dzisiejsza trasa była pagórkowata, wiodła przez gęsty, rozciągający się przez tysiące kilometrów las. Czasem asfalt kończył się na kilka kilometrów, aby po jakimś czasie znów się pojawić. Chyba jednak nasi drogowcy mają lepszy sposób na remontowanie dróg, włączając sygnalizację wahadłową, co jakiś odcinek, a tam po prostu zwija się cały asfalt na długości nawet pięciu kilometrów. Warunki atmosferyczne nie byłyby najgorsze, bo było około 15-17 stopni, ale niestety czasem przelotnie padało. Michała Pieca dopadł nawet grad, gdyż dołączył do reszty ekipy na jedną z przerw pięć minut później i nie zdążył się już przed nim schować.
Pierwszy dystans miał 57 km. Zatrzymali się w małej wiosce, przy nieczynnej studni. W mijanych wioskach zawsze jest gdzieś taka duża studnia, dostępna dla wszystkich mieszkańców, gdyż nie każdy ma swoją studnię w gospodarstwie. Tacy mieszkańcy mają specjalne wózeczki, na których umieszczają baniaki, do których nabierają wodę ze wspólnej studni. Wioski te, choć są bardzo biedne mają niesamowity urok, wszystkie domki są drewniane, jak w skansenie. Nasi rowerzyści mówią humorystycznie, zatrzymując się przy wioskach, że mają przerwy na starówkach. Jak ci ludzie żyją i funkcjonują w tych drewnianych domkach, bez wody, kiedy przez większość roku są zasypani śniegiem, któremu towarzyszy ponad 30-stopniowy mróz...
Druga przerwa po 54 km przy barze obok drogi. Niektórzy kupili sobie w nim ciepłe pierogi, które są 3 razy większe od naszych i kosztują 1,50 zł za sztukę. Kupując trzy, można się już solidnie najeść. Reszta posiliła się swoimi ulubionymi makaronami i zupkami chińskimi. Gdzieś w międzyczasie nastąpiła jedyna dziś, ale za to konkretna awaria. Otóż Mateuszowi Majchrzakowi wkręciła się w szprychy tylnia przerzutka. Nie wiem, jak to się stało, i nie wiem, jak sobie z tym poradzili, ale ważne, że jadą dalej.
Kolejna przerwa również przy drodze po 50 kilometrach. Było na nią zaplanowanych jedynie 15 minut, aby tylko nawpychać się energetycznych przysmaków i móc dojechać ostatnie 19 kilometrów do wioski Razgon, w której chcieli zakończyć jazdę na dziś. Jak z niektórych relacji można wyczytać, zdarzają się dni, jak na przykład dzisiaj, kiedy nie ma po drodze ani jednego sklepu spożywczego. Dlatego nasi Sybiracy wożą ze sobą zapasy żywności na minimum cały jeden dzień oraz zapasy wody. Niektórzy z nich wożą na bagażnikach 5-litrowe baniaki z wodą, aby móc coś ugotować oraz lekko się umyć. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić, bo na żadnej wyprawie nikt nie wiózł takich wielkich baniaków, ale przymocowanie tego, tak aby nie spadło, musi być niezłą sztuką. Za to z doświadczenia wiem, że ciężar na bagażniku po kilku tygodniach jazdy z takim obciążeniem nie gra już większej roli. Różnicę poczują dopiero, gdy zrzucą po wyprawie bagaże i podskoczą do pobliskiej piekarni po świeże bułki. Bez obciążenia ma się wrażenie, że najmniejszy podmuch wiatru jest niebezpieczny dla utrzymania równowagi i może spowodować wywrotkę.
Tak więc dotarli do wspomnianej miejscowości Razgon i śpią w drewnianej, parterowej szkole. Nocleg w szkole kojarzy się z wypasem, ale w takich małych wioskach jak dziś szkoła nie ma ani wody, ani ubikacji. Jest 7 klas oraz sala gimnastyczna. Na korytarzu, tak jak w poprzednich szkołach, wizerunek prezydenta Putina.
Choć po drodze nie mijają ich już praktycznie żadne samochody spoza granic Rosji, to dziś tym bardziej ucieszyli się, gdy zobaczyli trzy samochody z polskimi tablicami rejestracyjnymi. Zaczęli machać i krzyczeć, a ich zaskoczenie było tak samo wielkie jak radość, gdy przez okno wychylił się Mongoł. Samochody te zatrzymały się po kilku kilometrach. Wysiadło z nich trzech Mongołów, ojciec z dwoma synami, elegancko mówiących w naszym języku polskim. Okazało się, że jeden z braci studiuje na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, a teraz jadą już od pięciu dni do swojego domu w Mongolii, pokonując dziennie 1200 km. Przed nimi jeszcze 2 tys. kilometrów. Ciekawe, co by powiedzieli moi rodzice, gdybym oznajmiła im, że chcę studiować w Mongolii? Radośni panowie poczęstowali naszych uczestników wyprawy ciastkami, które kupili 5 dni temu w Polsce, dokładnie w Tomaszowie Mazowieckim (dokonali szczegółowej analizy naklejki z woreczka, w których były ciastka). Aby jeszcze bardziej przybliżyć naszym kolarzom polski klimat, włączyli w aucie wszystkim znany hit wiosna-lato 2013 „ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend. No i impreza w lesie gotowa.
Mam jeszcze w zanadrzu dwie plotki. Pierwsza jest taka, że Jola Wręczycka podjęła się pisania pracy licencjackiej na temat spożywania alkoholu w Rosji. Dlatego miała na każdym kroku wyciągać przygotowane wcześniej ankiety i rozdawać napotkanym w trakcie wyprawy ludziom. Jednak, co było trochę do przewidzenia, na przerwach jest na tyle mało czasu, żeby się ogarnąć i przygotować do dalszej jazdy, że nie udało się nikomu wcisnąć żadnej do rozwiązania. Kilka dni temu Jola jednak zorientowała się, że przecież czas ucieka i trzeba by się wziąć za swoje ankietki. Poprosiła zatem woźnych ze szkół, w których ostatnio nocowali, aby wypełnili je. Okazało się jednak, że panowie akurat byli abstynentami, choć chyba nie do końca o to Joli chodziło. Co więcej, jeden z nich czytał w swojej kanciapie Pismo Święte oraz uczestniczył we Mszy św. z naszymi śmiałkami. Życzymy Joli powodzenia oraz aby się ogarnęła i przeprowadziła rzetelne badania na ten jakże interesujący temat.
Kolejną nowinką jest zgubiony telefon. Kto zna Sonię, to dobrze wie, że jest ona wyjątkowo radośnie zakręconą młodą damą. Na dowód tego taki mały przykład – przypomnienie, kiedy to w drodze do Jerozolimy Sonia postanowiła ściągnąć w trakcie jazdy bluzę zakładaną przez głowę. Takie akcje są na wyprawach na porządku dziennym, bo przecież cała grupa nie będzie się zatrzymywała za każdym razem, kiedy komuś jest za ciepło czy za zimno, aby się przebrał. Więc trzeba sobie jakoś radzić. Jednak tym razem Soni nie bardzo to wyszło i bluza zaklinowała się jej na głowie, w taki sposób, że nic nie widziała.
Ale Sonia chyba pomyślała, że po co się zatrzymywać, skoro droga jest prosta, można tak jechać, nic nie widząc i jeszcze trochę z nią powalczyć. Akcja zakończyła się w rowie sąsiedniego pasa, a Sonia nie bardzo wiedziała, co się stało, bo nadal nic nie widziała. Ale to takie tam radosne wspomnienie. Tym razem Sonia zorientowała się po pierwszym dystansie, że zostawiła w szkole, gdzie spali, swój telefon komórkowy. Ale jak wyżej napisałam pierwsza przerwa była po przejechaniu 57 kilometrów, więc komu chciałoby się nadrabiać 114 kilometrów, po jakiś tam telefon, który tak szczerze wart jest około 20 złotych. Sonia jak wielu innych na wyprawy biorą takie trochę już złomy, aby w wyprawowych warunkach nie zniszczyć eleganckich telefonów. Ale oto znaleźli się bohaterzy – Marcin z Marcelem! Choć wartość telefonu jest prawie żadna, to jednak rozumieją oni ból straty wszystkich kontaktów z karty SIM i numeru telefonu, który znają wszyscy znajomi. Podziwiamy i życzymy powodzenia w poszukiwaniach, oby przynajmniej ta cała akcja zakończyła się sukcesem, ale czy tak było, dowiemy się dopiero jutro, bo bohaterzy dotrą do ekipy pewno późno w nocy. A kto wie, może zachce im się zrobić jakiś kilometrowy rekordzik?
Pozdrowienia:
– dla ekipy autokarowej, która wyruszyła dziś o 22.00 z Kokotka w stronę Wierszyny! Rowerzyści serdecznie Wam współczują dziewięciu dni siedzenia w jednej pozycji w autokarze i jednogłośnie mówią, że gdyby mieli czas, to woleliby wracać do domu rowerami.
– pozdrowienia i podziękowania dla księdza biskupa seniora Jana Wieczorka, który zawsze wspiera szalone pomysły NINIWA Teamu, a który dziś również przyjedzie odprawić Mszę Świętą i pożegnać „Autokarowców”. Na kazaniu podkreślał, że trzeba „szturmować anioła stróża”, którym Bóg nakazał nas strzec.
Bilans dnia:
– 180 km
– średnia prędkość 20,2 km/h
– 1263 metrów przewyższeń
– kolejna strefa czasowa +7 h
Nocleg:
Razgon
Przejechanych do tej pory kilometrów: 7393
Źrodło: niniwateam.pl