Nie ma rzeczy niemożliwych
Czwartek, 27 czerwca 2013 (02:06)Z Tomaszem Adamkiem, bokserem wagi ciężkiej, rozmawia Piotr Skrobisz
Jak Pana forma i samopoczucie na kilka tygodni przed walką z Tonym Grano?
– Po ostatnim moim pojedynku ze Steve’em Cunninghamem minęło sporo czasu, zdążyłem odpocząć, nabrać świeżości i głodu walki. Od kilku tygodni mieszka ze mną Roger Bloodworth, co oznacza, że ciężko trenuję i przygotowuję jak najlepszą formę. Jestem dobrej myśli i wierzę, że 3 sierpnia wyjdę na ring jak wojownik i zwyciężę.
Grano, choć jego nazwisko przeciętnym fanom boksu nie jest specjalnie znane, nie będzie „chłopcem do bicia”.
– Bo to dobry pięściarz, mocno bijący z prawej ręki. Zdecydowaną większość swoich walk zakończył przed czasem, co stanowi niezłą wizytówkę. Ja jednak jestem na to gotowy. Każdy, kto walczy z Adamkiem, jest bowiem przygotowany na 120 procent. Dajemy co najmniej osiem tygodni na treningi; wystarczająco długi czas, by złapać maksymalną formę. Dlatego nigdy nikogo nie lekceważyłem i tak jest teraz.
Co będzie kluczem do sukcesu w sierpniowym starciu?
– Moje atuty: szybkość, praca nóg. Kiedy te elementy funkcjonują należycie, unikam ciosów, sam wyprowadzam własne i punktuję. A gdy mocno trafię, to mogę rywala posłać na deski.
Wprowadził Pan jakieś nowinki w przygotowaniach?
– Jest takie mądre powiedzenie, że człowiek, choćby nie wiadomo co robił, to i tak wszystkiego w ciągu swojej kariery się nie nauczy. Mam 36 lat i ciągle coś poprawiam, a gdy odłożę rękawice na półkę, to i tak nie będę potrafił wszystkiego. Każdy trening, każde spotkanie z Rogerem powoduje jednak, że staję się coraz lepszym pięściarzem i rozwijam swój talent.
Nadal ma Pan taki sam głód wiedzy, głód pracy jak cztery, sześć, osiem lat temu?
– Roger powiedział kiedyś, że jestem zupełnie innym bokserem niż przed przylotem do Stanów. Wtedy byłem bardziej otwarty, przyjmowałem więcej ciosów. Przez kilka lat naszej współpracy wiele zmieniłem i zdaniem mojego trenera fakt, że w tak krótkim czasie tak wiele poprawiłem, świadczy o tym, że mam talent i szybko wychwytuję pewne rzeczy, niuanse. Potrafiłem zrozumieć szkołę boksu amerykańskiego, co nie było łatwą – i pewną – sztuką. Tak, odpowiadając na pytanie, nadal chce mi się pracować i rozwijać.
Ale coraz częściej wspomina Pan o końcu kariery. Naprawdę 2014 będzie ostatnim Pana rokiem na ringu?
– Jak człowiek planuje, to Pan Bóg się śmieje. Tylko On zna dzień i czas, my możemy sobie jedynie mówić i myśleć. Dlatego zobaczymy, co pokaże przyszłość. Na pewno chciałbym stanąć do kolejnej walki o mistrzowski pas, to mój cel i moje marzenie. Jeśli wygram najbliższe dwa starcia, z Grano i jesienne, to na pojedynek o tytuł – w 2014 roku – zasłużę. A wtedy, jeśli Pan Bóg pozwoli, być może zostanę mistrzem świata. Jeśli nie, to chyba będę powolutku szykował się do zejścia ze sceny na zasłużoną emeryturę. Zasłużoną, bo w sporcie trochę osiągnąłem, choć wielu patrzy na moją karierę przez pryzmat porażki z Kliczką.
Zatem tylko zwycięstwo w walce o tytuł może ewentualnie przedłużyć Pana przygodę z boksem?
– Wszystko zależy od formy, od zdrowia. Trener mówi: jeśli jesteś szybki, unikasz ciosów, dobrze reagujesz, zdrowie dopisuje, walcz dalej. Ale gdy reakcje stają się opóźnione, przyjmujesz coraz więcej uderzeń, to czas zejść z ringu. Życie i zdrowie ma się tylko jedno, a łatwo je stracić.
Patrząc wstecz na swoją karierę, zastanawia się Pan czasem, co mógł zrobić inaczej, lepiej?
– Jako katolik poddaję się woli Bożej, zatem wychodzę z założenia, że było tak, jak być miało. Oczywiście, gdybym mógł cofnąć czas, coś zmienić, to wyjechałbym do USA pięć lat wcześniej. Gdybym tak uczynił, to być może dziś już bym nie walczył, bo miałbym na koncie wszystkie tytuły, o jakich marzyłem.
Nadal za pojedynek życia uważa Pan walkę z Paulem Briggsem?
– Tak. 3,5 tygodnia przed tą walką złamałem nos, lekarze nie dawali mi szans. Patrząc realnie, powinienem się poddać, zrezygnować, a jednak wyszedłem na ring. W drugiej rundzie rywal ponownie złamał mi nos, ale biłem się nadal i zwyciężyłem. Myślę, że wtedy udowodniłem, iż wszystko jest możliwe, gdy ma się wielką wiarę. Mój przyjaciel, ojciec Józef, jezuita, umocnił mnie przede wszystkim duchowo, modlił się za mnie i mówił: zaufaj Panu Bogu, zaufaj Matce Bożej. Tak, to było moje największe zwycięstwo i takim chyba pozostanie.
Ktoś kiedyś powiedział, że Tomasz Adamek nie ma szczęścia, bo gdyby nie trafił na dekadę Kliczków, to byłby pewnym mistrzem świata w królewskiej kategorii.
– Nie zgadzam się. Gdybym do walki z Kliczką przystąpił świeży, optymalnie przygotowany, to wyglądałaby ona inaczej. Nie ma zawodników nie do pokonania, wiara góry przenosi. Jeśli ma się serce do walki, to można wygrywać ze złamanym nosem. Jeśli uwierzysz, to Bóg da ci siłę ponad wszystko, i jeśli taka jest Jego wola, możesz osiągnąć cel, o jakim marzysz. Ja wierzę, że dostanę szansę powalczenia z Kliczką jeszcze raz, pewnie z bratem, i udowodnię, że można zwyciężać z większymi i silniejszymi.
Ma Pan już pomysł na życie poza ringiem?
– Coś się klaruje, ale na konkrety jest za wcześnie, bo nadal jestem czynnym bokserem. Prawdopodobnie zostaniemy w USA, nie ze względu na mnie, tylko na dzieci, które tu się zadomowiły, poznały przyjaciół, tutaj się uczą. Ja na pewno coś będę robił, nie wysiedzę bezczynnie w domu. Jestem chłopakiem z gór, żadnej pracy się nie boję.