Prokuratura nie potwierdza wybuchu
Czwartek, 27 czerwca 2013 (02:00)„Nasz Dziennik” ujawnia
Większość wytypowanych do badania próbek pobranych z Tu-154M zawiera substancje chemicznie pokrewne trotylowi i nitroglicerynie – estry azotanowe
Na zaplanowanej na dziś konferencji prasowej w sądzie garnizonowym prokuratorzy nie potwierdzą, że na pokładzie Tu-154M doszło do wybuchu. Taki jest werdykt biegłych. Prokuratura odniesie się też do opinii psychologów, którzy odtworzyli sylwetki psychologiczne członków załogi. Biegli nie potwierdzili zaburzeń czynności psychicznych u pilotów, co sugerowali Rosjanie.
Jak dowiedział się „Nasz Dziennik”, wykrytych na wraku tupolewa śladów materiałów wybuchowych czy też substancji o podobnej do nich budowie chemicznej nie można, zdaniem biegłych, uznać za efekty gwałtownego spalania, czyli eksplozji.
Przenośne urządzenia do detekcji materiałów wybuchowych zastosowane przez powołanych przez prokuraturę ekspertów na miejscu katastrofy, w rejonie końcowego toru lotu samolotu oraz we wraku wykryły ślady substancji pokrewnych popularnym materiałom wybuchowym: trotylowi i nitroglicerynie. Lecz, jak stwierdziła prokuratura, wyniki te miały charakter wstępny i służyły wyłącznie wytypowaniu próbek do dalszych badań bez wskazania, czy rzeczywiście materiał wybuchowy był obecny i czy miał związek z katastrofą.
Prokuratura zdecydowała się ujawnić sprawozdanie z pracy specjalistów jeszcze przed sporządzeniem formalnej opinii według wymagań kodeksu postępowania karnego, co jest krokiem w zasadzie bezprecedensowym.
To zapewne pokłosie krytyki działań prokuratury, oskarżeń o brak jednoznacznego stanowiska i celową zwłokę w ujawnieniu faktów ze względu na ich dramatyczną wymowę. Wszystko jednak wskazuje na to, że tyle właśnie trwało wykonanie chemicznych i fizycznych analiz potrzebnych do zajęcia stanowiska.
W Smoleńsku biegli i specjaliści pobrali ok. 250 próbek. Wówczas jednak zatrzymali je Rosjanie ze względu na formalne wymogi związane z prowadzeniem czynności za granicą. Polscy prokuratorzy odebrali próbki w listopadzie ubiegłego roku. Wtedy też ruszyły badania w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji. W styczniu prokuratura szacowała czas potrzebny biegłym na mniej więcej 6 miesięcy.
Wynik badań jest negatywny. Nie znaleziono śladów, które potwierdziłyby wybuch w ostatniej fazie lotu tupolewa. W ramach jednego postanowienia policyjni biegli mieli przeprowadzić analizę zarówno próbek pobranych ze zwłok ofiar katastrofy, jak i w Smoleńsku „pod kątem ujawnienia śladów wskazujących na poddanie działaniu materiałów wybuchowych, a w przypadku stwierdzenia takich śladów – określenie rodzaju materiału, miejsca jego oddziaływania i siły wybuchu oraz zakresu zniszczeń”.
Obu badań nie można było jednak prowadzić jednocześnie. Biegli po wstępnej ocenie materiału dowodowego wybrali metodę, zgodnie z którą najpierw należy zakończyć analizę materiału z wraku i miejsca katastrofy, aby można było przystąpić do badania próbek z ciał ofiar.
Przeprowadzili także uzupełniające oględziny okolic lotniska w Smoleńsku. Pełna opinia biegłych będzie oparta na obu częściach, ale to potrwa i stąd decyzja o upublicznieniu wyników bez formalnego zakończenia opinii CLK.
O wykryciu na wraku tupolewa trotylu i nitrogliceryny napisała w październiku ubiegłego roku „Rzeczpospolita”. Jeszcze tego samego dnia prokuratura zdementowała te doniesienia. Tłumaczono, że w Smoleńsku użyto urządzeń do przesiewowego badania pod kątem obecności związków określanych jako wysokoenergetyczne, czyli potencjalnie wydzielających dużą energię podczas odpowiedniej reakcji chemicznej.
Należą do nich oczywiście także materiały wybuchowe oraz wiele innych, również spotykanych w życiu codziennym.
– Dopiero badania laboratoryjne będą mogły być podstawą do twierdzenia o istnieniu bądź nie śladów materiałów wybuchowych. Zawartą w publikacji prasowej konkluzję o stwierdzeniu w toku prowadzonych czynności obecności materiałów wybuchowych wyciągnąć może jedynie laik, osoba niemająca elementarnej wiedzy na temat tego rodzaju czynności i badań. Podkreślamy, że fałszywie pozytywne alarmy są typowym zjawiskiem przy pracy tego typu aparatów. Ich wykorzystanie daje natomiast możliwość wytypowania próbek do badań laboratoryjnych. Podkreślamy, że nie można wyłącznie w oparciu o sygnały tych urządzeń wnioskować o wystąpieniu śladów materiałów wybuchowych. Jest to całkowicie nieuprawnione – mówił wtedy płk Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Burza medialna zakończyła się m.in. zmianą kierownictwa i odejściem sporej części zespołu gazety; podobnie było w drugim tytule tego samego wydawcy – tygodniku „Uważam Rze”. Pozostały też wątpliwości.
Oświadczenie prokuratury nie wykluczyło przecież, że materiał wybuchowy był, a jedynie że jest za wcześnie, żeby to potwierdzić. W grudniu naczelny prokurator wojskowy płk Jerzy Artymiak przyznał na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, że na ekranach detektorów pojawił się napis „TNT” odpowiadający trotylowi. Ale taki sam napis dotyczy całej grupy podobnych substancji (nitrozwiązków aromatycznych).
Taki właśnie jest werdykt biegłych. Według informacji „Naszego Dziennika”, większość wytypowanych próbek zawierała jedynie substancje chemicznie pokrewne trotylowi oraz nitroglicerynie (estry azotanowe).
Pojawiały się też hipotezy wyjaśniające na różne sposoby takie, a nie inne wskazania przyrządów do wykrywania materiałów wybuchowych. Jedna z nich sugeruje, że w Smoleńsku mogły być obecne ślady wybuchów pozostałych po drugiej wojnie światowej (w rejonie lotniska trwały walki w 1941 i 1943 roku).
Druga zwraca uwagę na fakt, że rządowy Tu-154M używany był nie tylko do przewożenia delegacji państwowych, ale także żołnierzy udających się na misje zagraniczne i z nich wracających, a ci mogli mieć na mundurach ślady substancji wybuchowych. Jak się dowiedzieliśmy, biegli potwierdzili, że w pewnych przypadkach mamy do czynienia z tą drugą możliwością.
Chodziłoby zatem o śladowe ilości prawdziwych materiałów wybuchowych, ale pozostałych po operacjach polskich kontyngentów wojskowych, niemających nic wspólnego z lotem do Smoleńska. W celach porównawczych przeprowadzono analogiczne czynności w drugim polskim tupolewie o numerze burtowym 102. Wynik odczytu był identyczny.
Przyczyna nieporozumień wynika, według sprawozdania biegłych, z przyjętej metodologii. Detektory użyte do wstępnej analizy były ustawione – odmiennie niż zazwyczaj – na wysoką czułość i szerokie spektrum materiałów. To dlatego często sygnalizowały, że coś wykrywają, i wyświetlały się kody różnych podejrzanych grup substancji chemicznych. Biegli posługiwali się tymi sygnałami, by dobrze wyselekcjonować materiał do dalszych badań.
„Tunelowania” nie było
Na dzisiejszej konferencji prasowej pułkownik Ireneusz Szeląg ma poruszyć także temat opinii biegłych psychologów, którym postawiono zadanie odtworzenia sylwetek psychologicznych nieżyjących członków załogi samolotu oraz oceny, czy mogły wystąpić u nich zakłócenia czynności psychicznych mające wpływ na zachowanie podczas wykonywania czynności służbowych.
Opinia ta jest już gotowa i zapoznają się z nią rodziny zainteresowanych (członków załogi) oraz ich pełnomocnicy. Jak ustaliliśmy, nie ma w niej mowy o zaburzeniach czynności psychicznych u pilotów.
Szczegółowo omówiono wszelkie czynniki stresogenne wpływające na zachowania przede wszystkim dowódcy załogi, w tym czynniki związane z jego życiem osobistym i przebiegiem kariery zawodowej. Zdaniem biegłych, wzmacniały one motywację do wykonania zadania (wylądowania na lotnisku docelowym), ale w stopniu niezakłócającym zdolności do podejmowania racjonalnych decyzji.
Biegli przypominają, że z powodu tzw. afery fakturowej w specpułku w latach 1997-2002 i sądowego wyroku (w zawieszeniu) ścieżka awansu mjr. Arkadiusza Protasiuka została zatrzymana. Nie mógł też zostać dowódcą klucza, chociaż miał do tego odpowiednie kwalifikacje i doświadczenie.
Nic więc dziwnego, że starał się pokazać dowództwu z jak najlepszej strony i wykonać postawione zadanie. Od tego jednak – twierdzą biegli – bardzo daleka droga do tezy o presji czy też lęku, a tym bardziej o wpływie „głównego pasażera” lub dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika, na których koncentrował się MAK.
Polscy specjaliści nie poszli też tropem Rosjan, którzy niemiłosiernie przeskalowali znaczenie tzw. incydentu gruzińskiego, czyli sporu o miejsce lądowania między prezydentem a dowódcą załogi (Protasiuk był wtedy drugim pilotem) podczas lotu Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 roku.
Piotr Falkowski